Subskrybuj
fot. z archiwum autora
Publicysta, eseista, krytyk filmowy związany ze środowiskiem „Krytyki Politycznej”, publikuje również m.in. w „Tygodniku Powszechnym” i „Newsweeku”

Wschód się wznosi, Zachód opada

Żaden ze spornych dziś punktów między Chinami i USA nie musi prowadzić do bezpośredniego konfliktu zbrojnego. Gdyby do niego doszło, byłby on – powiedzmy to sobie wprost – katastrofą dla całego świata.

Dziesięć lat temu, obserwując gasnącą hegemonię USA oraz rosnącą potęgę Chin, Graham Allison opublikował artykuł, w którym przestrzegał przed „pułapką Tukidydesa”. Ta metafora opisywała lekcję z historii: lęk mocarstwa przed utratą swojej pozycji i wzrost znaczenia pretendenta do zajęcia jego miejsca często prowadził do gwałtownych konfliktów – tak było choćby w V w. p.n.e. z Atenami i Spartą. Czy jesteśmy obecnie bliżej wpadnięcia w tę pułapkę?

Bez wątpienia stosunki chińsko-amerykańskie są dziś o wiele bardziej napięte niż dekadę temu.

Tezy Allisona, które potem rozwinął w książce Skazani na konflikt, były w Chinach szeroko dyskutowane. W pewnym momencie władze chińskie, zwłaszcza przedstawiciele MSZ, powoływały się nawet w dyskusjach międzynarodowych na tę publikację. Chińscy dyplomaci, nie do końca zgodnie z tym, co pisał autor, sprowadzali jej sens do ostrzeżenia: jeśli świat chce uniknąć globalnego konfliktu, to Stany Zjednoczone muszą częściej konsultować się z Pekinem i liczyć z jego zdaniem. W narracji Chin to zawsze USA eskalują konflikt, a Chiny stanowią głos rozsądku i porozumienia.

Co odpowiada za ten wzrost napięcia?

W dużej mierze samo uwarunkowanie strukturalne. Wynika ono z pozycji obu państw w systemie międzynarodowym oraz z ich modeli gospodarczych. Oczywiście swój wpływ ma też to, kto stoi na czele obu mocarstw, a więc Xi Jinping oraz Donald Trump. Obaj zbudowali swoją pozycję polityczną na obietnicy przywrócenia wielkości swoich ojczyzn, a także na wizerunku twardziela. Bezpośrednią konfrontację uważam za bardzo mało prawdopodobną, lecz spodziewam się, że mniejsze eskalacje zatrzymujące się przed progiem wojny będą nam w najbliższych latach towarzyszyć w miarę regularnie.

Chiny Xi Jinpinga postrzegają siebie jako wznoszące mocarstwo, a Stany jako odchodzącego hegemona?

Przekonanie, że przyszłość świata należy do Chin, zaczęło pojawiać się w chińskich elitach władzy już w latach 90. XX w. Dojście do władzy Xi Jinpinga wzmocniło tę retorykę i wiarę Państwa Środka we własne możliwości.

W 2017 r. minister spraw zagranicznych Wang Yi wprowadził do dyskursu najwyższych organów władzy hasło krążące w Chinach mniej więcej od 2009 r.: „gwałtowna zmiana, jakiej świat nie widział od stulecia”. Rok później powtórzył je sam Xi Jinping. Określać ma ono przekształcenia porządku światowego, które Chińczycy poetycko opisują za pomocą formuły: „Wschód się wznosi, Zachód opada”.

Chińskie elity są przekonane, że ich system polityczny góruje nad amerykańskim oraz że należy się im rola może nie globalnego hegemona – bo to nie jest ambicja Chin – ale państwa, które ma w systemie międzynarodowym najwięcej do powiedzenia. Polityka USA ostatnich miesięcy umacnia to przekonanie.

Retoryka o chińskim renesansie nie jest tylko propagandą na użytek wewnętrzny?

Na pewno odgrywa istotną wewnętrzną rolę. Xi Jinping i elita Komunistycznej Partii Chin skupiają się na problemach wewnętrznych w znacznie większym stopniu niż np. elita amerykańska.

Gdy mówimy o rywalizacji amerykańsko-chińskiej, warto pamiętać o danych. USA wydają na zbrojenia trzy razy więcej niż Chiny. Gospodarka amerykańska, licząc nominalnie, jest o połowę większa niż chińska, lecz patrząc na parytet siły nabywczej, chińska już jakiś czas temu wyprzedziła amerykańską. Ale dla oceny finansowych możliwości państwa na arenie światowej istotniejszy jest pierwszy wskaźnik.

Chiny lepiej prezentują się w dziedzinie technologii, gdzie odrobiły już dystans dzielący je od Stanów, a w takich obszarach jak produkcja dronów, samochodów elektrycznych czy odnawialnych źródeł energii nawet je wyprzedziły.

Wszystko to skłania elity chińskie do tego, by prowadzić bardziej asertywną politykę. Chiny bardzo dynamicznie rozszerzają takie formaty jak BRICS czy Szanghajska Organizacja Współpracy, zapraszając do nich kolejne państwa. Proponują nowe inicjatywy międzynarodowe, z których nawet jeśli nie wynika wiele, to kreują wizerunek państwa rozdającego karty.

Jak te inicjatywy postrzegają państwa, które Chiny próbują wciągnąć do współpracy?

Symptomatyczna była w tym kontekście parada organizowana w Pekinie 3 września br. w 80. rocznicę zakończenia wojny przeciw Japonii. Po prawicy Xi szedł Putin, po lewicy Kim Jong Un, za nimi liderzy kilku państw środkowoazjatyckich i afrykańskich. Swojego przedstawiciela nie wysłało żadne większe państwo demokratyczne. Daleko jesteśmy więc od momentu, gdy większość państw zacznie postrzegać Chiny jako globalnego lidera.

Mówił Pan o strukturalnych źródłach napięć między Chinami a Stanami. Które z nich są najważniejsze?

Pierwsze mają charakter wojskowy. Wynikają głównie ze zwiększającej się aktywności Chin na morzach Południowo- i Wschodniochińskim. Kluczowy jest jednak wymiar gospodarczy. Nie chodzi przy tym tylko o wojnę handlową. Napięcie wynika tu z odmienności dwóch modeli gospodarczych: amerykańskiego opartego na otwartym przepływie kapitału i wolnym handlu oraz chińskiego bazującego na gigantycznych inwestycjach wewnętrznych finansowanych długiem, przybierających często postać subsydiów dla chińskiego przemysłu. Te subsydia, zaczynając od taniej, wspieranej przez państwo energii, dają chińskiemu przemysłowi przewagi konkurencyjne i ułatwiają podbój kolejnych rynków poprzez wypieranie z nich amerykańskich, a także europejskich producentów. Na dłuższą metę USA i UE nie mogą akceptować takiej polityki.

Trzecie źródło napięć to proces pełzającego eksportu niektórych elementów chińskiego systemu politycznego. Na przykład związanych z rozbudową aparatu bezpieczeństwa, inwigilacją społeczeństwa, nieprzejrzystością władzy. To bardzo atrakcyjne rozwiązania dla wielu elit politycznych w Afryce i w Azji.  Myślę w pierwszej kolejności o wideomonitoringu z funkcją rozpoznawania twarzy, który chińskie firmy zbudowały już w niektórych miastach Kenii. Co do zasady ma on służyć lokalizowaniu przestępców, jednak może być pomocny również w identyfikowaniu uczestników protestów politycznych, co jest standardowym zastosowaniem tej technologii w Chinach. A warto wspomnieć także Szkołę Przywództwa im. Juliusa Nyerere w Tanzanii, która stanowi próbę przeszczepienia modelu szkolenia kadr z Chin na grunt afrykański.

Trump już w trakcie pierwszej kadencji zdefiniował Chiny jako kluczowego rywala Stanów, nie zmieniła tego administracja Bidena. Jak zwrot amerykańskiej polityki był postrzegany przez chińskie władze?

Pierwsze salwy wojny handlowej odpalone przez Trumpa w latach 2017–2018 przyjęto w Chinach bez zaskoczenia. Dominowało przekonanie, że prędzej czy później musiało do tego dojść. W 2013 r. Carnegie Endowment for International Peace oraz China Strategic Culture Promotion Association, think tank założony przez emerytowanych generałów chińskiej armii,  przeprowadziły sondaż wśród chińskich i amerykańskich elit. Wyniki zostały zaprezentowane w raporcie U.S.-China Security Perceptions Survey. I o ile w Stanach mało kto z elit rządowych postrzegał wtedy Chiny jako przeciwnika, o tyle w Chinach blisko jedna trzecia badanych polityków określała Stany jako wroga.

W ciągu prawie dekady od początku pierwszej kadencji Trumpa Chiny zrobiły dużo, by przygotować się do konfrontacji na szerszą skalę.

W jaki sposób?

Do 2017 r. zakładano, że celem polityki przemysłowej ma być modernizacja, że z czasem brudny przemysł będzie przenosił się z Chin do biedniejszych państw. Teraz władze są gotowe dotować też mało zaawansowany przemysł, by zapewnić sobie samowystarczalność. Tak by w sytuacji potencjalnego konfliktu nie okazało się, że Chinom brakuje fabryk odzieży, substancji czynnych do leków czy zakładów przetwórstwa żywności. Kierowano również dotacje do sektorów kluczowych dla światowej gospodarki, takich jak chociażby branża stoczniowa, technologie informacyjne, biomedycyna, by uczynić z Chin niezbędny element światowego systemu gospodarczego. Przygotowano też listę amerykańskich podmiotów, którym w razie konfliktów będzie można zablokować dostęp do chińskiego rynku.

Po pierwszych miesiącach drugiej kadencji Trumpa widać, że Chiny były przygotowane na każdy jego ruch.

Wszystkie ciosy, jakie Stany wyprowadziły przeciw Chinom od 2017 r., chybiły celu?

Było ich zbyt mało i były zbyt słabe, by faktycznie zaszkodzić Chinom. Gra na wywołanie kryzysu gospodarczego w Chinach – wydaje mi się, że do tego Trump dążył w pierwszej kadencji – wymagałaby długiego, systematycznego działania. Chiny dysponują potężnymi możliwościami kompensowania sobie strat, np. przez zwiększoną akcję kredytową. Jak choćby możliwości kierowania swojego eksportu do Stanów przez państwa trzecie, np. Wietnam, Meksyk czy Maroko – które ma jednocześnie umowę o wolnym handlu ze Stanami i z Chinami. Mogą wreszcie wypracować swoją nadwyżkę handlową w relacjach z innymi państwami.

Choć oczywiście nie jest tak, że polityka amerykańska nie wywiera wpływu na Chiny. W pewnym momencie wydawało się, że wyzwanie amerykańskim projektom AI rzuci chiński DeepSeek, trenując swoje modele na sprzęcie od rodzimych dostawców. Okazało się jednak, że chińskie chipy nie są dostatecznie wydolne i że potrzebny jest dostęp do amerykańskich. Tymczasem amerykańskie władze zakazały eksportu chipów do Chin, a chińskie importu ze Stanów. Przedstawiciele DeepSeek próbowali przekonać władze, że amerykańskie chipy są im niezbędne i trzeba jakoś rozwiązać tę sytuację.

Chiny mają narzędzia, by w podobny sposób zaszkodzić amerykańskiej gospodarce?

Kontrola eksportu metali ziem rzadkich. Co prawda udział Chin w wydobyciu tych minerałów spadł do ok. 60% światowej produkcji, jednak jeśli chodzi o przetwórstwo sprawiające, że one są użyteczne w przemyśle, przy niektórych Chiny mają praktycznie monopol.

A metale ziem rzadkich są kluczowe dla produkcji zielonych technologii, elektroniki, najnowocześniejszego uzbrojenia.

Firmy, które chciały kupić takie metale w Chinach, musiały zdobyć licencję. Przejść przez cały biurokratyczny proces, który w zależności od interesu Pekinu może trwać od 3 dni do 3 miesięcy.

Jak skończy się obecna wojna gospodarcza Stanów z Chinami? Dojdzie do porozumienia? Będzie postępował decoupling, odłączanie się od siebie dwóch największych gospodarek świata?

Niezależnie od wszystkich napięć na linii Stany–Chiny nie wierzę w pełny decoupling.

Pierwszą wojnę handlową Trumpa zakończyło w lutym 2020 r. coś, co nazwane zostało „porozumieniem pierwszej fazy”. W jego ramach Chiny zobowiązały się do zakupu amerykańskich produktów, głównie rolnych określonej wartości, a Stany do obniżenia ceł. Ostatecznie ani cła nie zostały obniżone, ani Chiny nie dokonały deklarowanych zakupów. Chwilę później w Stanach władzę przejął Joe Biden – jego administracja nie tylko podtrzymała cła Trumpa, ale też nałożyła na Chiny szereg ograniczeń, np. wspomniany eksport zaawansowanych chipów.

Bardzo więc możliwe, że cła na poziomie 50% utrzymają się do końca kadencji Trumpa, a dopiero następna administracja, zwłaszcza jeśli utworzą ją demokraci, będzie myśleć, co z nimi dalej zrobić. W Chinach z kolei tak długo, jak rządzi Xi, nic się raczej nie zmieni, bo obecna władza jest przekonana, że Chiny ostatecznie wygrają wojnę handlową.

Trump swoją chaotyczną polityką sprzyja długoterminowym chińskim interesom? Wystarczy, by Chińczycy usiedli i czekali, aż rzeka wyrzuci zwłoki ich wrogów?

W Chinach przed wyborami trwała dyskusja, kto byłby lepszym prezydentem z ich punktu widzenia: Trump czy Harris. Po ponad pół roku rządów Trumpa reakcją w Chinach jest poczucie ulgi. Jego polityka jest bowiem tyleż antychińska, ile chaotyczna i nieprzemyślana.

Trump obniża międzynarodowy status USA, a chińskie elity nie czekają biernie, aż rzeka przyniesie trupy – działają aktywnie, by wykorzystać błędy Trumpa.

Spójrzmy na Indie. Trump najpierw nałożył na nie pierwsze cła jako karę za deficyt, jaki Stany mają z nimi w relacjach handlowych, następnie kolejne jako karę za to, że kupują rosyjską ropę (na co administracja Bidena przymykała oko albo nawet po cichu wspierała jako narzędzie stabilizacji globalnego rynku nośników energii). Od 20 lat Indie prowadziły politykę zbliżenia ze Stanami, teraz w ciągu kilku miesięcy Amerykanie roztrwonili dużą część politycznego kapitału, jakim dysponowali w tym państwie.

Chiny od razu zareagowały mimo problemów, jakie same mają w relacjach z Indiami – łącznie z konfliktem granicznym, który jeszcze w 2020 r. zaowocował starciami. Modi przyjechał do Chin na szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy, wyściskał się z Putinem i Xi. To oczywiście tylko symbolika, ale otwiera pole do dalszej współpracy.

Trump wystosował list do państw NATO, który wydaje się zawierać propozycję: przyłączcie się ze mną do wojny handlowej z Chinami, to zakończę wojnę w Ukrainie, naciskając na Rosję; jak nie, radźcie sobie sami. To poważna oferta czy próba zwalenia winy za brak pokoju na Europę? Coś z tego może wyjść?

Jeżeli spojrzymy na chłodno, to w kontekście gospodarczym interesy USA oraz pozostałych państw NATO są w stosunku do Chin podobne. Gdyby Trump zaczął od próby porozumienia się z nimi, to pewnie udałoby się stworzyć wspólny front handlowy. Zamiast tego postawił tradycyjnych sojuszników USA po przeciwnej stronie barykady gospodarczej, przymuszając Kanadę oraz UE wysokimi cłami do negocjacji. Skończyły się one przedstawieniem porozumienia, z którego wynika uprzywilejowana pozycja USA względem Unii. Dlatego nie sądzę, żeby ta inicjatywa Trumpa mogła odnieść sukces. Zwłaszcza że chyba mało kto wierzy w jego sprawczość w dążeniu do zakończenia wojny w Ukrainie.

Stany mają dziś jakieś soft power w Chinach? Czy powszechne jest raczej przekonanie, że chiński system, kultura, styl życia są po prostu lepsze od amerykańskiego?

Poglądy elit politycznych nie do końca pokrywają się z poglądami chińskiego społeczeństwa. Także wśród przeciętnych Chińczyków amerykańska demokracja nie jest pożądaną wartością. Do czego znacząco przyczyniło się to, kogo Amerykanie w ostatniej dekadzie wybierali na swoich prezydentów – dobrze oceniany w Chinach nie był ani Trump, ani Biden. Chyba ostatnim prawdziwie szanowanym tam prezydentem USA był Bill Clinton.

Jednocześnie Chińczycy doceniają takie elementy amerykańskiego systemu jak niezawisłość sądów czy transparentność władzy. Gdy zajmowałem się badaniem aktywności Chińskiej Partii Komunistycznej, Chińczycy niejednokrotnie mówili mi, że u nich takie badania nie byłyby możliwe.

Jakie są jeszcze główne wewnętrzne problemy Chin w ich rywalizacji ze Stanami?

Największy jest taki, że chiński model gospodarczy po prostu się wyczerpał. Co widać najlepiej, gdy porównamy sobie wskaźniki wzrostu PKB ze wskaźnikami rosnącego zadłużenia państwa. W Chinach na potęgę zadłużają się wszyscy: rząd centralny, władze regionalne, wielkie firmy państwowe. Te wszystkie największe lotniska i najszybsze koleje budowane są na kredyt.

Chiny nie są państwem, które może rolować swój dług praktycznie w nieskończoność?

Robią to już długo, lecz w końcu ktoś będzie musiał ponieść konsekwencje. Pytanie, czy poniosą je państwowe przedsiębiorstwa, zmuszone ciąć zatrudnienie, czy władze lokalne, którym będzie np. brakowało pieniędzy na pensje dla nauczycieli. Albo czy koszt zostanie przerzucony na społeczeństwo – co częściowo już się dokonuje, bo przeciętny Chińczyk dostaje w pensji znacznie mniejszą część tego, co wypracuje, dużo mniej niż przeciętny Polak. Widać to pośrednio w statystykach wydatków na konsumpcję gospodarstw domowych – w Polsce wynoszą one 58% PKB, trochę powyżej średniej światowej, podczas gdy w Chinach tylko 40% PKB. I to w sytuacji, gdy przeciętny Polak ma szerszy dostęp do usług publicznych, takich jak edukacja i opieka zdrowotna, które nie są wliczane do tych statystyk.

Jeśli zatem model oparty na wielkich, finansowanych długiem inwestycjach w przemysł nie zostanie gruntownie zreformowany, to problemy chińskiej gospodarki będą narastać.

Chińskie władze mają tego świadomość?

Z pewnością zdają sobie z tego sprawę. Tylko czym innym jest świadomość, a czym innym zdolność do przełamania takiego modelu. Na inwestycjach infrastrukturalnych, finansowanych przez władze lokalne zarabiają wielkie firmy, które potem lobbują, by utrzymać ten model.

Problemem Chin nie jest demografia?

Jest, społeczeństwo się starzeje. Xi Jinping o tym wie. Pod jego przywództwem państwo najpierw zrezygnowało z polityki jednego dziecka, a potem wprowadziło limit: maksymalnie troje dzieci, znosząc jednocześnie kary za jego przekroczenie. Problem w tym, że Chińczycy nie chcą mieć dzieci.

Chiny są w stanie rozwiązać ten problem migracją?

Pytanie, czy znaleźliby się chętni. Zwłaszcza na skalę konieczną dla państwa, które ma 1,4 mld mieszkańców. Migracja musiałaby liczyć dziesiątki, a może nawet setki milionów osób. Trudno to sobie wyobrazić.

Chińczycy większe nadzieje pokładają w robotyzacji, licząc na to, że uda się im dzięki niej zastąpić zapotrzebowanie na ludzką pracę. Jednak przykład Japonii pokazuje, że robotyzacja nie rozwiązuje problemów demograficznych.

Czy kwestie demograficzno-migracyjne nie są też barierą w technologicznej rywalizacji Chin ze Stanami? Stany mogą przecież łatwiej ściągnąć największe talenty z całego świata, oferując im lepsze warunki pracy i lepsze pieniądze. Oraz życie w wolnym kraju.

To jest bariera. Jednak teraz widzimy, jak pod wpływem polityki Trumpa do Chin wraca ze Stanów wielu chińskich uczonych. Wyścig technologiczny ma to do siebie, że trudno powiedzieć, kiedy się kończy.

Związek Radziecki wysłał w kosmos pierwszego satelitę, pierwszą istotę żywą (psa Łajkę), pierwszego człowieka. Jednak przegrał z Amerykanami rywalizację o lądowanie na  Księżycu i uważany jest za przegranego całego wyścigu kosmicznego. Związek Radziecki był w stanie konkurować z Amerykanami tak długo, jak długo miał fundusze na badania. Dopóki więc będą pieniądze, dopóty chińscy naukowcy będą opracowywali kolejne technologie, dokonywali przełomów, czasem wyprzedzając Amerykanów. Na koniec wracamy jednak do pytania o wydolność chińskiego modelu gospodarczego: na dłuższą metę jestem wobec niej sceptyczny.

Mówi się, że rywalizacja chińsko-amerykańska może przerodzić się w otwartą wojnę na Tajwanie. Zgadza się Pan z tym?

Napięcia w Cieśninie Tajwańskiej rosną. Jednak Chińska Republika Ludowa funkcjonuje bez Tajwanu już 76 lat i bardzo dobrze sobie radzi. Podobnie jak Tajwan bez ChRL. Nie widzę powodu, dla którego zbrojne rozstrzygnięcie statusu Tajwanu miałoby być koniecznością – status quo może jeszcze długo funkcjonować.

Xi będzie próbował wymusić zbliżenie Tajwanu z Chinami. Ale tak długo, jak długo chińskie elity będą wierzyły, że można to zrobić bez sięgania po siłę militarną, będą się powstrzymywać przed jej użyciem. A ciągle tak jest, do czego podstawy daje choćby to, że w tajwańskim parlamencie przewagę mają siły uważane za bliższe Pekinowi niż obecny prezydent Lai Ching-te.

Co jeszcze mogłoby doprowadzić do kinetycznego konfliktu Chin ze Stanami?

Sytuacja na Morzu Południowochińskim, zwłaszcza spory graniczne z Filipinami, które mają podpisany ze Stanami traktat obronny. Kolejnym takim punktem jest Półwysep Koreański, lecz tam mimo bojowej retoryki Kim Jong Una i rozbudowanych przez niego sił zbrojnych, zwłaszcza rakietowych i nuklearnych, panuje raczej status quo.

Jednocześnie żaden z tych spornych punktów nie musi prowadzić do bezpośredniego konfliktu zbrojnego. Gdyby do niego doszło, byłby on katastrofą dla całego świata w każdym możliwym obszarze: militarnym, politycznym, gospodarczym, kulturowym.

Chiny postrzegają wojnę w Ukrainie jako swoją zastępczą wojnę ze Stanami?

Nie, jako konflikt amerykańsko-rosyjski. Są gotowe wspierać Rosję, może nie bezpośrednio przekazując śmiercionośne uzbrojenie, lecz na poziomie ekonomicznym, tak by rosyjska gospodarka się nie załamała. Od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Putin regularnie spotyka się z Xi i za każdym razem uzyskuje deklarację o wzmocnieniu pomocy.

Po co właściwie Chinom Rosja jako partner?

Istotny jest  oczywiście dostęp do rosyjskich surowców. Jednak absolutnie kluczowe jest co innego: Rosja to jedyne duże, naprawdę ponadregionalnie liczące się państwo w pełni podzielające chińską wizję porządku międzynarodowego i krytykę USA.

Na ile realna jest potęga militarna Chin? Można spotkać opinię, że chińskiej armii brakuje doświadczenia bojowego, ostatni większy konflikt z jej udziałem, miał miejsce pod koniec lat 70. w Wietnamie – nie był to sukces. Czy nie pojawi się pokusa generałów, by przetestować uzbrojenie, na które Chiny sporo wydają?

Mam nadzieję, że nie, choć przy wydatkach rzędu 300 mld dolarów na zbrojenia rocznie pokusa jest znaczna.

Trudno jest dziś ocenić realną wartość chińskiej armii. Mamy jednak pewne wskazówki, bo np. chiński sprzęt jest używany w boju. W maju br. podczas starć z Indiami stosował je Pakistan. O ile myśliwce sprawdziły się bardzo przyzwoicie, o tyle już kupiona w Chinach pakistańska obrona powietrzna została szybko zneutralizowana przez stronę indyjską. Trudno więc coś jednoznacznie stwierdzić.

Siły zbrojne przechodzą obecnie nie tylko wielką modernizację sprzętową, ale też liczne perturbacje personalne. W 2022 r. wybrano nowy, siedmioosobowy skład Centralnej Komisji Wojskowej – organu nadzorującego armię, z Xi jako przewodniczącym. Z jej siedmiu członków dwóch zostało już zatrzymanych w ramach postępowań antykorupcyjnych, zaś wiceprzewodniczący komisji He Weidong zniknął w marcu – przestał pokazywać się na wydarzeniach publicznych i nikt nie wie, co się z nim dzieje.  Albo nominaci Xi okazali się nielojalni wobec przewodniczącego, albo byli skorumpowani i niekompetentni.

Xi ciągle walczy z korupcją w partii, co dostarcza pretekstu do usuwania oponentów bądź osób nie dość lojalnych. Ten model nie destabilizuje ChRL?

Partia jest bardzo stabilna na najwyższym szczeblu, politbiura. Jednak na niższych mamy ciągłą rotację. Sekretarzem prowincji jest się na ogół trzy lata, w dodatku pełni się tę funkcję w prowincji, z którą nie ma się żadnych osobistych związków. Co stanowi kolejny czynnik sprzyjający zadłużaniu lokalnych władz – taki sekretarz wie, że to nie on będzie spłacał długi.

Czy ta niestabilność może wywrócić władzę partii jako całości? Na razie nic na to nie wskazuje. Ale też nikt nie spodziewał się np. wydarzeń arabskiej wiosny.

Co władze Stanów i Chin mogłyby zrobić, by ucywilizować swoją rywalizację, żeby nie przerodziła się w konflikt zbrojny?

Można by stworzyć format stałych konsultacji między prezydentem Stanów a przewodniczącym partii ChRL – stanowiłyby one przestrzeń nie tylko do prezentowania swoich interesów, ale także do budowania osobistych relacji, które często przekładają się na obniżenie napięcia między mocarstwami.

Coś w rodzaju Grupy G2?

Tak, choć za tym musiałaby też iść korekta uwzględniająca większą rolę Chin w takich instytucjach jak np. Bank Światowy.

Chiny musiałyby zmienić przy tym swój model gospodarczy, bo jeśli dzięki państwowym subsydiom chińskie przedsiębiorstwa ciągle będą wygrywać z amerykańskimi i europejskimi na taką skalę jak dziś, to partnerzy nie będą tego akceptować i źródła napięć nie znikną.

Stany z kolei musiałyby się pogodzić z utratą roli hegemona, tak jak w czasach zimnej wojny mają przynajmniej jednego partnera, z którego zdaniem muszą się liczyć. To wymagałoby rewolucji mentalnej w amerykańskiej elicie.

Na razie nie może dojść do spotkania Trumpa i Xi, więc w perspektywie dwóch–trzech lat nie liczyłbym na jakąś deeskalację i stabilizację.

Artykuł pojawił się w numerze: Kiedy w Polsce będą Chiny