Serduszko ma solidną warstwę tapicerki i wygięte lekko nogi, zwłaszcza w tylnej parze. Koniuszek oparcia w kształcie serca umieszczono symetrycznie między rozciągniętymi półkulami sercowego schematu – idealnie, żeby wpasować między nie kręgosłup i wygodnie się oprzeć. Konstrukcja, której dalecy od romantycznych skojarzeń planiści nadali nazwę „Krzesło nr 124”, pojawiła się na świecie w 1959 r. za sprawą talentu Heleny i Jerzego Kurmanowiczów w Zakładach Przemysłu Drzewnego im. Gwardii Ludowej w Radomsku. Zgrabny mebel był produktem przeznaczonym na rynki zagraniczne.
Nogi Patyczaka wygięte nie są. Zrobiono je z toczonego drewna i wkręcono w siedzisko pod lekkim skosem. Skoczek (zszedł z deski kreślarskiej Juliusza Kędziorka) ma wygięte boki z bukowego drewna, które przypominają skocznie narciarskie. Aga, projektu Józefa Chierowskiego była tak popularna, że muszą ją pamiętać wszyscy, którzy opuszczali epokę Polski Ludowej przekonani, że czas meblościanek na wysoki połysk i półkotapczanów wystanych w kolejkach kończy się bezpowrotnie. Aga, podobnie jak Patyczak, ma nogi z toczonego drewna, tyle że wyglądają jak deseczki, i grubą warstwę tapicerki. Znawcy doceniają lekką linię krzesła, prostotę wykończenia, łatwość dostosowywania się do każdego sposobu urządzenia wnętrza.
Skoczka, Agę i Serduszko zaczęto wynosić na śmietniki mniej więcej kilkanaście lat po rozpoczęciu w Polsce budowy gospodarki wolnorynkowej. Umierali ich właściciele, a spadkobiercy woleli urządzać mieszkania meblami zaprojektowanymi przez zachodnich speców od wzornictwa. Moda na PRL-owski vintage stawiała kroki powoli, więc w dniu odbioru tzw. dużych gabarytów w czeluściach śmieciarki ginęły gniecione kolejne Agi oraz jej siostry i bracia: stoły, stoliki, podnóżki, szafy. Lakierowane, bejcowane, wykonane z litego drewna. Stworzone przez rodzimych projektantów produkty zakładów meblarskich rozsianych po całym kraju, z których wiele nie przetrwało starcia z wolnorynkowym ładem.
Do kwietnia 2013 r. 35-letnia wówczas Dominika Szaciłło – projektantka wzornictwa przemysłowego, na urlopie macierzyńskim z drugą córką – była przekonana, że rzeczy zabierane spod altany śmietnikowej przez pracowników oczyszczania miasta mają dalsze życie. Ktoś je przerabia na inny sprzęt albo chociaż wyłuskuje potrzebny element. Może nawet ktoś je odnawia. A nawet jeśli nie podejmuje tego trudu, to korzysta z nich tak długo, aż się nieodwracalnie rozlecą. Wywozi stary fotel na działkę, stolik ustawia na nieosłoniętym balkonie. Bo jaki sens ma niszczenie rzeczy wciąż zdatnych do użytku i wykonanych tak solidnie, że są właściwie nieśmiertelne? Nie ma żadnego. Chyba że ważniejsza od wartości rzeczy jest ergonomia ich zbierania. Trzeba zabrać jak najwięcej, więc zęby niszczarki łamią blaty, wygięte oparcia i wyściełane siedziska.
Szacuje się, że co roku w Polsce niszczonych jest nawet 400 tys. ton rzeczy wciąż użytecznych i funkcjonalnych, które trafiając do altan śmietnikowych, traktowane są jak odpady.
Biała glinka z mlekiem
– Wyrzucone rzeczy nazywamy śmieciami. Kto grzebie w śmieciach? Osoby biedne, niezaradne, bezdomne. Im rzeczy wyrzucone przez innych mają prawo się przydać, bo nie mają pieniędzy, żeby kupić nowe w sklepie. Ale nas przecież stać, więc nie musimy interesować się zawartością kubłów z odpadami.
Ludzie nie zawsze mają rację, nawet jeśli ich większość podziela jakieś przekonania albo tylko bezrefleksyjnie wciela je w życie. Mój tata, który ukończył malarstwo i całe życie funkcjonował jako przedsiębiorca, był też hipisem i to on nauczył mnie takiego patrzenia – kontestacyjnego. Co nie znaczy, że uważam siebie za odważną osobę. Prędzej odpowiedzialną. I ciekawą. Do zmian popycha mnie właśnie ciekawość. Jak to jest budować szklarnię solarną i obserwować dojrzewanie pomidorów? Czy tylną ścianę szklarni można zrobić z olchy rosnącej nad naszym stawem i gliny pozostałej po instalowaniu kanalizacji? Sprawdziłam to w naszym przydomowym ogrodzie i teraz wiem, że jest to możliwe. A jeszcze mój mąż znalazł w internecie przepis na klej, powstały ze zmieszania białej glinki z mlekiem i mąką, którym można klajstrować pęknięcia w takiej ścianie. Od dawna niestosowany, bo wygodniej kupić gotowy produkt, niż osobiście mieszać składniki. Tyle że naszej ścianki zbudowanej z naturalnych elementów, gdy przestanie być potrzebna, nie trzeba będzie utylizować ani wywozić na wysypisko.
Podoba mi się takie eksperymentowanie. Sprawdzanie, co jest prawdą, a co mitem. Ono karmi moją ciekawość.
Ból serca przy altanie
W kwietniu 2013 r. Dominika była ciekawa, czy dwa krzesła pozostawione przy altanie śmietnikowej, które dostrzegła z okna mieszkania na Saskiej Kępie w Warszawie, mogą się komuś przydać. Założenie profilu na Facebooku zabrało jej kwadrans. Był to jeden z modeli produkowanych w Radomsku. Istniejąca tam od 1881 r. fabryka mebli giętych wypuściła w świat niemal 500 typów siedzisk. Do niczego nie były jej potrzebne te krzesła, ale może przydałyby się komuś, kto lubi PRL-owski vintage? A może komuś, kto lubi albo musi oszczędzać i niewydanie kilkuset złotych bardzo by go urządzało?
„Uwaga! Śmieciarka jedzie” – Dominika wklepała spontanicznie nazwę profilu i zamieściła post ze zdjęciem krzeseł spod śmietnika. Potem umieściła informację o znalezisku na swoim profilu facebookowym, by stał się bardziej widoczny. Jeszcze tego samego dnia odezwali się znajomi, że mogliby potrzebować takich krzeseł. Ostatecznie oni miejsca nie mieli, ale znaleźli im dom u kogo innego.
Dominika zamieszczała post ze zdjęciem za każdym razem, kiedy na jej osiedlowym śmietniku pojawiała się rzecz warta zabrania. Potem odruchowo zerkała na wszystkie altany w Warszawie, obok których przechodziła. Interesowały ją stare meble. Styl i stan zachowania nie miały znaczenia. Mogła być skrzynia stylizowana na ludowo z Cepelii. Okrągłe stoły produkowane dla każdego. Wysmakowane i delikatne w konstrukcji zydle z Ładu. Te akurat znała z domu babci, której mieszkanie w całości było urządzone meblami Spółdzielni Artystów Plastyków, powstałej w 1926 r. Przez kolejne siedem dekad jej istnienia pracowali dla niej wszyscy liczący się w Polsce projektanci. Teraz cacka ich pomysłu Dominika znajdowała czekające na samochód zbierający śmieci wielkogabarytowe.
Nie była jedyną, którą bolało serce na ich widok. Posty tworzyli przyjaciele i znajomi oraz znajomi znajomych, którym spodobała się prostota działania Śmieciarki. Kolega, fotografując stare posadzki w warszawskich kamienicach, robił też zdjęcia wystawianych tam rzeczy do zabrania. Postów z ogłoszeniami przybywało w takim tempie, że nie nadążała z ich udostępnianiem, więc zamieściła ogłoszenie na profilu, że potrzebuje pomocy. To już było po tym, gdy w czerwcu 2015 r. okazało się, że Śmieciarka nie może funkcjonować tylko w Warszawie, ponieważ w Krakowie ktoś udostępnił anons porzuconej przyczepy motocyklowej i foteli. Przyczepa nosiła ślady więcej niż intensywnego użytkowania. Fotele, wymontowane z sali kinowej czy teatralnej, tworzyły masywny pagórek.
W ciągu siedmiu lat Śmieciarka rozrosła się na tyle, że praca przy jej obsłudze przeistoczyła się w drugi etat. Pochłaniała czas, który Dominika – projektantka w firmie produkującej akcesoria dla niemowląt, wyspecjalizowana w doborze faktur i kolorów dla produktów – powinna była spędzać z mężem i córkami.
Perły i kości
– Nie planowałam ratowania planety. Nie przyszło mi nawet do głowy, że mogłyby powstać grupy osób podkręconych ideą ocalania rzeczy w innych miastach niż Warszawa. Wyobrażałam sobie, że sens ma jedynie ocalanie tego, co można uznać za zabytkowe albo chociaż vintage. Bo dzięki temu, po pierwsze, nie doprowadzamy do uszczuplenia dóbr kultury kraju, po drugie, ocalamy wartościowe rzeczy, z których można jeszcze korzystać, przed zmarnowaniem. A co nam daje niewyrzucenie do śmieci pary starych butów? Słoiczka z napoczętym kremem, który komuś nie spasował? Kołowrotka dla chomika? Słoików, obrusików, kolorowych szmatek? Kości z obiadu wreszcie?
Nie miałam czasu na namysł ani strategiczne planowanie, bo goniłam. Praca, dom, dzieci, Śmieciarka. I tak codziennie.
W Śmieciarce z dwiema pierwszymi administratorkami, które odpowiedziały na ogłoszenie, zajmowałyśmy się głównie gaszeniem pożarów i opracowywaniem regulaminu. O co można się pokłócić przy śmieciach?
O bezcenną radę. O przekazywanie za darmo, „a to przecież rzecz w znakomitym stanie”. O to, że przedmiot jest brudny i brzydki, „więc chyba ktoś wstydu nie ma, oddając coś takiego”. O leki, których nie można przekazywać. O suchą karmę dla kota, która, „jak wszyscy wiedzą, jest szkodliwa, więc należy ją wyrzucić do śmieci”. O drobiazg, który „kosztuje grosze, więc kup go w pepco i nie szukaj za darmo”. A tu nie o pieniądze chodzi, duże czy małe. Tylko o to, żeby nie kupować, nawet jeśli przedmiot jest tani, lecz wykorzystać to, co w obiegu już jest.
Tak postawiła sprawę społeczność: na Śmieciarce można wystawić każdą rzecz. Poza tym, czego zabrania prawo. Nawet kości z obiadu, bo ktoś może ich potrzebować dla psa, żeby powygryzał z nich chrząstki. Nie poławiamy pereł, jak chciałam, ale zmierzamy do zmiany myślenia o tym, co wyrzucamy, i bierzemy odpowiedzialność za swoje śmieci. Społeczność zaproponowała również powstanie grup zrzeszających osoby z kolejnych miast, a później możliwość przekazywania rzeczy z domu, by nie niszczały wystawione przy altanie.
Nadzieja odbierana młotkowi
Istnienie śmieciarki dodało ludziom odwagi w robieniu porządków. Tak m.in. napisali w ankiecie z 2019 r., którą przeprowadzono wśród 180 tys. jej warszawskich użytkowników. Opowiadali o radości, jaką sprawiła im możliwość przedłużenia życia wciąż działających urządzeń, których nie mieli sumienia zanieść do altany tylko dlatego, że ich nie potrzebują. Zwierzali się z miłości do rzeczy brzydkich, do których byli zbyt przywiązani, żeby oddać ją na pożarcie zębom wielkogabarytowej niszczarki. Bo jak się pozbyć starej, ciężkiej półki z płyty wiórowej – pamiątki po nieżyjącym ojcu? Ból wyrzucanej z domu rzeczy, nikomu od dawna niepotrzebnej, która wciąż budziła wspomnienia godzin spędzonych przez bliską osobę przy jej wykonaniu, osładzał fakt, że jeszcze komuś się przyda.
„Wstydziłam się za swój ślad węglowy” – napisała kobieta, która kupiła lustro przez internet i kurier dostarczył je owinięte belą folii z bąbelkami. Zamiast ją wyrzucić do plastikowych śmieci, wystawiła w grupie Śmieciarki z nadzieją, że komuś się przyda i w ten sposób odkupi nie swoją winę. Nie musiała długo czekać. Dwie ulice dalej mieszkał właściciel bazarku zwierzęcego, dla którego te zwoje były jak znalazł.
„Czy wolno odbierać nadzieję młotkowi z ułamanym styliskiem, że przyjdzie kiedyś czas, gdy młotek odzyska swoją bukową rękojeść, która przywróci mu jego zamaszysty ciężar, jego godność i znaczenie?” – mogliby zapytać użytkownicy Śmieciarki za Kornelem Filipowiczem, który zadał je w opowiadaniu sprzed 40 lat, pt. Spółdzielnia „Czystość”, czyli opowieść o bałaganie, starzeniu się i początkach wielkiej dezorientacji. Prozaik zwierzał się z niechęci do usuwania z domu rzeczy, które „wyszczerbione, tępe, kulawe” nie mogą już wypełniać swoich funkcji. On wie jednak, że one są wciąż gotowe, by „resztkę swoich sił oddać, poświęcić dla sprawy”.
Użytkownicy Śmieciarki takie domniemania potwierdzają własnym doświadczeniem. Żadnej rzeczy nie odbierają nadziei na dalsze życie, bo wiedzą – choć przed wejściem do grupy facebookowej nawet by tego nie podejrzewali – że każdej można znaleźć nowego właściciela. Byli i tacy, którzy zwierzyli się w ankiecie, że kupują mniej, bo przed wyjazdem do sklepu najpierw sprawdzają w Śmieciarce, czy aby ktoś w ich grupie nie chce się pozbyć czegoś, co jest im potrzebne. Niektórzy przyznawali, że pojawili się w grupie, gdy musieli oszczędzać, więc nie mieli nic do oddania. Rewanżowali się zdjęciami rzeczy pozostawionych przy śmietniku i zamieszczaniem komentarzy, które w działalności facebookowej zwiększają zasięgi.
W 2021 r. ludzie zrzeszeni w Śmieciarce uratowali przed wysypiskiem 35 tys. ton rzeczy. Rok później, kiedy społeczność tworzyło niemal 800 tys. osób rozsianych w grupach po całej Polsce, facebookowa inicjatywa przekształciła się w fundację. Dominika Szaciłło została prezeską jej zarządu.
Nie narzekamy, nie straszymy
– „Chciałem mieć i przekonałem się, że to nie ma sensu” – przeczytałam w kilku ankietach. Niektórzy pisali, że Śmieciarka zmieniła ich życie, bo poznali przyjaciół, a rzeczy dostają za darmo. Nieważne, że musieli jechać po to na drugi koniec miasta – ważne, że nie wydali ani złotówki! Inni cenią przestrzeń, jaką stworzyli po pozbyciu się niechcianych przedmiotów, które na dodatek nie wylądowały na wysypisku, zwiększając zaśmiecenie świata, ale komuś jeszcze służą. Użytkownicy docenili możliwość zamieszczania postów i przebywania we wspólnocie facebookowej, w której, dzięki administratorom, nie ma hejtu. Sprawa byłaby prostsza, gdyby komunikację ograniczyć do przekazywania informacji o rzeczy i możliwości jej odbioru. Tyle że wtedy nie powstałaby społeczność. Tymczasem ludzie – jak pokazuje ta historia – potrzebują nie tylko przedmiotów, także siebie nawzajem.
Śmieciarka wypełniła lukę w systemie. Tę, którą czuje każdy z nas, obracając w rękach rzecz, jakiej nie można ani sprzedać, ani oddać, a wyrzucić szkoda.
Sweter z dziurką na przykład. Nie pozwalamy oceniać, że ktoś wystawia „takie dziadostwo”. Nie jest wstydem oddać rzecz nawet brudną i uszkodzoną. Nie jest obciachem ją zabrać.
Nie narzekamy w Śmieciarce na konsumpcyjny styl życia – energochłonny i śmieciorodny. Nie straszymy katastrofą klimatyczną, kiedy zasypie nas nadmiar rzeczy i niezutylizowanych odpadów. Nie wzbudzamy poczucia winy, że ludzie kupują nowe, zamiast odnowić stare. Nie ograniczamy, raczej stwarzamy nowe możliwości, inspirujemy. Nie podoba ci się stary parkiet albo kuchnia z poprzedniej epoki, choć wciąż mogłyby służyć? Na dodatek nie masz energii, żeby je zdemontować na tyle starannie, by niczego nie uszkodzić? Poszukaj tej energii u osoby, która będzie chciała te rzeczy wykorzystać, więc chętnie zdemontuje je sama. Później je odnowi i jeszcze się pochwali w kolejnym poście, jak tego dokonała i jakie cudo wyszło.
Brakuje świadomości, że śmieci pozostają nasze nawet wówczas, kiedy je posegregujemy i wrzucimy do kubłów w altanie, więc od nas zależą w pierwszej kolejności ich dalsze losy. Nie od gminy, rządu czy dyrektyw unijnych. To my je kupiliśmy i my je wyrzucamy. Przekonani, że jesteśmy malutcy niczym ziarnko maku – albo lnu – w starciu ze światem i nic nie znaczymy, zdejmujemy z siebie odpowiedzialność za pozostawione resztki. Gdyby jednak się zebrać i postarać o narzędzia, a jeszcze uwierzyć, że zmiana jest możliwa, wszystko znalazłoby się w zasięgu ręki. Nawet ograniczenie przyrostu śmieci.
Co może jeden człowiek?
Wysypisko to ostateczność. Wcześniej są spalarnie, które umożliwiają pozyskanie z utylizowanych rzeczy przynajmniej energii. Istotny jest recykling, bo pozwala odzyskać surowce, których w Europie brakuje, i wprowadzić do gospodarki zamknięty obieg materiałów.
Ponad 2 mld ton – tyle mniej więcej śmieci produkują każdego roku mieszkańcy UE (dane z listopada 2023 r.). Z tego 27% stanowią odpady komunalne, czyli śmieci wytwarzane przez gospodarstwa domowe, zbierane i przetwarzane przez gminy. Europejska Agencja Środowiska planuje, by do 2030 r. masa rzeczy wyrzucanych przez ludzi, ale ponownie używanych albo poddawanych recyklingowi, sięgnęła 60%. Pięć lat później najwyżej 10% odpadów komunalnych miałoby lądować na wysypiskach.
Jak w zestawieniu wielkich liczb, którymi opisuje się świat nadprodukcji wszystkiego, ma się odnaleźć pojedynczy człowiek, skoro liczy się tyle, ile pojedyncze ziarnko maku albo lnu? Zmianę systemową, która umożliwiłaby rozwiązanie problemu, mogą wprowadzić jedynie instytucje, np. unijne, choćby wymuszając na producentach zbieranie swoich zużytych produktów z rynku w systemie kaucyjnym, co już jest realizowane. Jej powodzenie, biorąc pod uwagę skalę śmieciowego problemu, zależy jednak od zaangażowania ludzi. Skoro dla otrzymania czegoś za darmo potrafią oni pojechać do innego miasta, co kosztuje ich więcej czasu niż pójście do supermarketu czy galerii, znaczy to, że czują frajdę z zaoszczędzenia nawet niewielkiej sumy. Naprawianie, przekazywanie i każde inne zachowanie, które prowadzi do niekupowania rzeczy, mogą więc być przyjemnością albo zabawą. Pod warunkiem że będą tak łatwe, że aż oczywiste.
Apka od ratowania rzeczy
– Zmianę systemową w naszym współżyciu z rzeczami ułatwi wprowadzenie trzech praw: do ratowania, do naprawy i do wiedzy. Bo na razie walczymy ze skutkami problemu, a nie przyczynami, a przecież powinno nam zależeć na świecie, w którym Śmieciarka straci rację bytu.
Prawo do naprawy obliguje producentów do konstruowania swojego towaru w sposób, który pozwala go naprawić każdemu. Wymiana, np. szybki w telefonie czy baterii w komputerze, powinna być możliwa bez rozkręcania sprzętu czy kupowania specjalnych narzędzi. Jak to działa, można sprawdzić w USA, gdzie right to repair wprowadzono za prezydentury Joe Bidena.
Prawo do ratowania zakłada dostępność punktów naprawy. A także konieczność odzyskiwania surowców z tych produktów, które do naprawy już się nie nadają, oraz nakaz produkcji rzeczy na tyle solidnych, by nie psuły się od razu po upływie terminu gwarancji.
Prawo do wiedzy otwiera segregatory konstruktorów i projektantów. Wiedza o produktach obecnych na rynku musi być powszechnie dostępna, by możliwe stało się ich naprawianie.
I teraz wyobraźmy sobie, że istnieje łatwa w obsłudze aplikacja na telefon, która pozwala oddawać rzeczy i jeszcze zapewnia bycie w społeczności. Powstają nie tylko punkty naprawy sprzętu, ale także miejsca, gdzie można naprawić je samemu albo się tego nauczyć. Po głowie chodzi mi organizowanie w szkołach Dnia Ratowania Śmieci, z pchlim targiem, selektywną zbiórką ubrań i baterii, spotkaniami z fachowcami. Młodzi ludzie mogliby nauczyć się, że np. dziurkę w swetrze ukrywa się naszywką, a białą farbę można zrobić samemu. Przy okazji przekonaliby się, jaka to przyjemność poczuć własną sprawczość, kiedy potrafi się coś naprawić.
Czym jest dzisiaj zysk?
Stara puszka, byle dostatecznie pojemna, może stać się bębnem do zwijania węża od podlewania warzyw. Dominika wpadła na ten pomysł jako dziecko podczas wakacji spędzanych na działce babci, gdzie razem pełły, okopywały i sadziły. Prowizoryczne urządzenie nie zdało egzaminu, lecz już wystrugiwane z drzewa laski się przydawały. Kiedy więc ojciec Dominiki, który nie chciał żyć tam, gdzie musiał – w PRL-u dogorywającego stanu wojennego – wpadł na pomysł budowy drewnianego jachtu oceanicznego, którym zamierzał dotrzeć do Nowego Jorku, artystyczne umiejętności jego córki bardzo się przydały. On kupował materiał i zatrudniał ludzi. Ona zbierała odpady z budowy, wycinała z mahoniowego drewna deski kuchenne, heblowała podkładki.
– Jacht powstał, nie stał się jednak wehikułem ucieczki, bo tymczasem w Polsce skończył się komunizm. Dzisiaj jest ozdobą każdego portu, w którym się znajdzie – podkreśla Dominika. – Mama nie czekała na żaden jacht, ale zainspirowana pomysłem taty, po prostu poleciała do Stanów i tam zamieszkała. Jeździłam do niej od 13. roku życia na co najmniej miesiąc, dzięki czemu szybko nauczyłam się angielskiego i zdałam prawo jazdy.
Opowiada o rodzinie, patrząc na budynek Starej Przędzalni w Żyrardowie, gdzie tkano len od 1829 r. Zebrany z pól wysuszony materiał wywożono na najwyższe piętro ceglanego budynku o wielkich oknach. Schodząc coraz niżej, na kolejnych piętrach wytwarzano przędzę, tkano materiał, farbowano. Na parterze lądowały bele gotowej tkaniny, które pobliska bocznica kolejowa pozwalała sprawnie wywieźć w świat.
Starą Przędzalnię wypełniają dzisiaj mieszkaniowe lofty, restauracje i sklepy. Po całym żyrardowskim włókiennictwie zostało zaledwie muzeum dokumentujące lata świetności i protestów robotniczych. Transformacja z początku lat 90. nie mogła go uratować, bo producenci tkanin i ubrań, skuszeni niskimi kosztami pracy, przenosili właśnie biznes z Europy do Azji. Na pustyni Atacama w Chile każdego roku pojawia się blisko 40 tys. ton fast fashion wyprodukowanej w Bangladeszu czy Chinach za cenę gigantycznego zużycia wody i wyemitowania ton gazów cieplarnianych (przemysł modowy potrzebuje więcej energii niż transport lotniczy i morski razem wzięte), jeśli nie znalazły nabywców przed pojawieniem się nowej kolekcji. Nie podlegają biodegradacji, więc zostaną tam na wieki.
– Ludzie nie zrezygnują z chęci zysku nawet dla rodzinnego miasta, a cóż dopiero planety. – Dominika przerywa opowiadanie o losach włókiennictwa w mieście założonym prawie 200 lat temu, kiedy zorganizował tam mechaniczną przędzalnię lnu Philippe de Girard, konstruktor turbiny wodnej. – Cała Ziemia to dla ludzi abstrakcja. Konkretem jest drugi człowiek, a najlepiej społeczność, która docenia i inspiruje, nawet w tak trywialnej sprawie jak zajmowanie się własnymi śmieciami.
Pojedyncze ziarno lnu faktycznie nic nie znaczy. Jeśli jednak nasion byłoby z 800 tys., jak użytkowników facebookowej Śmieciarki? Z takiej masy może już powstać bela, a może nawet kilka, jednej z najtrwalszych tkanin.