Subskrybuj
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w Buczy, mieście symbolu rosyjskich zbrodni w Ukrainie, 4 kwietnia 2022 r. fot. Ronaldo Chemidt / AFP / East News
Publicysta, dr socjologii, doradca polityczny. Autor książki Druga fala prywatyzacji. Niezamierzone skutki rządów PiS (2020). Współautor „Podkastu amerykańskiego”. Dawniej sekretarz redakcji tygodnika „Kultura Liberalna”

Rosji grozi los ZSRR

Jeśli w najbliższym czasie dokona się w Rosji zmiana, to nie w drodze buntu mas, lecz buntu elit. To będzie możliwe dopiero wtedy, gdy Rosja znajdzie się w obliczu katastrofy. Decyzja o inwazji na Ukrainę uczyniła taką katastrofę bardzo realną.

Każda wojna toczy się o coś. O co toczy się ta wojna z perspektywy jej głównych aktorów? Zacznijmy od agresora – od Rosji.

Najprościej mówiąc, ta wojna toczy się o  wartości. Tymczasem komentarze w codziennej prasie są zdominowane przez myślenie geopolityczne – cokolwiek to znaczy.

Co znaczy?

Moim zdaniem nic nie znaczy. Jest przejawem nieporadności intelektualnej – kiedy nie jest się w stanie czegoś zrozumieć, mówi się, że ma to „wymiar geopolityczny”.

To bardzo brutalny komentarz…

Geopolityka jako myśl polityczno-filozoficzna została zaproponowana przez szwedzkiego politologa Johana Rudolfa Kjelléna w II poł. XIX w. i przyjęta przez Niemców w czasie I wojny światowej. Zyskała na znaczeniu w czasach hitlerowskich, ale po II wojnie światowej całkowicie znikła z  poważnego myślenia o stosunkach międzynarodowych. Pojawiła się ponownie nagle, po rozwiązaniu ZSRR i zakończeniu zimnej wojny, kiedy trzeba było na nowo uporządkować wyłaniający się świat.

Geopolityka – jak wskazuje pierwsza część tego pojęcia – jest związana z geografią. Kiedyś uwarunkowania geograficzne, np. fakt, że państwa były od siebie oddzielone naturalnymi granicami – rzekami, pasmami górskimi, morzami – miał większe znaczenie niż dziś. Istotą wojny Rosji z Ukrainą nie jest geografia, lecz wartości określające pewien sposób pojmowania sensu życia i fundamentalnych norm.

Przywódcy wielu państw twierdzą, że rządzą się według własnych wartości, a wartości uniwersalne nie istnieją. Rosja także uważa, że ma wyłącznie swoje wartości.

O jakie wartości toczy się ta wojna?

Wiele lat temu uczestniczyłem w  procesie redagowania Aktu Końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie podpisanego w Helsinkach w 1975 r. Zawarto w nim 10 zasad, którymi państwa powinny kierować się we wzajemnych stosunkach.

To zasada suwerennej równości państw, zasada nieużycia siły, nienaruszalności granic, integralności terytorialnej państw, pokojowego rozstrzygania sporów, nieingerowania w sprawy wewnętrzne, poszanowania praw człowieka i swobód obywatelskich, w tym wolności sumienia i wolności religijnej, zasada dotycząca prawa narodów do samostanowienia, zasada współpracy między państwami i zasada wykonywania zobowiązań – przyjętych na gruncie prawa międzynarodowego – w dobrej wierze.

Atakując Ukrainę, Rosjanie naruszyli wszystkie te zasady.

Tak zwani realiści powiedzieliby, że tak po prostu wyglądają stosunki międzynarodowe.

Nieporozumienie wynika z błędnego pojmowania samego zakresu znaczeniowego słowa „równość”. Przecież ludzie i państwa różnią się od siebie wzrostem, talentami, zasobami materialnymi itd. Jedni są wysocy, a inni niscy, jedni są biedni, a  inni bogaci, mądrzy i  głupi. Podobnie państwa są wielkie i małe, bogate i biedne etc. Na gruncie prawa jednak wszyscy – ludzie i państwa – są równi. Kiedy premier popełni delikt, np. naruszy prawo drogowe, powinien odpowiadać za popełnione wykroczenie jak każdy inny kierowca, choć jego pozycja w strukturze władzy jest znacznie wyższa od przeciętnego obywatela. Podobnie państwa: powinny przestrzegać prawnomiędzynarodowych zobowiązań niezależnie od tego, czy są to mocarstwa dysponujące bronią jądrową, czy też biedne i małe kraje. Stosunki między państwami oparte są na zasadzie równości wobec prawa. To nie znaczy, że potencjał mocarstwa w relacjach z małym państwem nie ma znaczenia. Kiedyś podczas kolacji wydanej przez Aleksandra Kwaśniewskiego kanclerz Helmut Kohl powiedział, że dla niego testem przy podejmowaniu decyzji jest odpowiedź na pytanie, czy byłaby ona do zaakceptowania nie tylko przez Niemcy, ale również przez Luksemburg. Chciał w ten sposób powiedzieć, że Niemcy biorą pod uwagę interesy nawet najmniejszego członka społeczności międzynarodowej. To oczywiście pewien ideał, w życiu nie zawsze prawdziwy – bo punktem odniesienia dla państw są trzy czynniki: siła, czyli potencjał, interesy i wartości.

Otóż to, interesy. I tak właśnie próbuje się dziś wyjaśniać zachowanie Rosjan. Cytowany szeroko John Mearsheimer, politolog z uniwersytetu w Chicago, twierdzi, że Rosjanie zostali „sprowokowani” do ataku na Ukrainę ze względu na – jak to się określa – „ekspansję” NATO na wschód i włączenie do Sojuszu państw z dawnego bloku wschodniego, w tym byłych republik radzieckich. Teraz, kiedy pojawiła się groźba wciągnięcia Ukrainy w strefę wpływów Stanów Zjednoczonych, Rosjanie musieli zareagować. Zgodnie z tą optyką wina za obecną sytuację leży w dużej mierze po stronie Zachodu. I nie ma w niej miejsca na wartości, tylko na interesy.

To, co Pan powiedział, jest zbitką retoryki wymyślonej przez Rosjan na potrzeby chwili i powielanej m.in. przez niektórych amerykańskich liberałów. Zasady, które wymieniłem wcześniej, były z Rosjanami negocjowane. Już wówczas tamtejsi dyplomaci sygnalizowali, że niektóre z zasad im nie odpowiadają np. te, które dotyczyły swobód obywatelskich i praw człowieka. Przedstawiciele Związku Radzieckiego powtarzali wówczas jak mantrę formułę mówiącą, że bezpieczeństwo Europy ma się opierać na uznaniu terytorialno-politycznego status quo.

Dlatego podobały im się zasady dotyczące nienaruszalności granic.

Finezja tego, co wówczas wynegocjowano, polega na tym, że przyjęte zasady są zrównoważone. Połowa z nich ma charakter statyczny, jak np. zasada nieużycia siły, integralności terytorialnej, nienaruszalności granic. Druga połowa to zasady dynamiczne mające sprzyjać pokojowej transformacji, tj. prawa człowieka, samostanowienie narodów, swobodny przepływ ludzi, informacji i inne. Rosja pod przywództwem obecnego prezydenta od dawna uważała, że Akt Końcowy z Helsinek, pozwalając na pokojową transformację, w istocie otworzył Zachodowi drogę do wspierania przemian na Wschodzie.

I tym samym doprowadził do rozpadu ZSRR, co – jak wiemy – Putin uznaje za „geopolityczną katastrofę”. 

Ustrój narzucony po II wojnie światowej przez Związek Radziecki państwom Europy Środkowo-Wschodniej był w  swej istocie konserwatywny i nieskuteczny, bo blokował rozwój. Zakładał przede wszystkim zależność od Moskwy i jej władztwo nad kontrolowanymi państwami. Dziś niektórzy snują teorie, jakoby nie był to być może porządek najlepszy, bo wasalny, ale jednocześnie o tyle dobry, że zapewnił Europie dekady pokoju po II wojnie światowej.

Tak, być może był to pokój wygodny dla państw zachodnich, lecz nie odpowiadał społeczeństwom państw poddanych temu reżimowi. Zresztą sama teza o  pokoju w  Europie jest o  tyle nieprawdziwa, że w  kolejnych krajach regularnie dochodziło do buntów – w Berlinie w roku 1953, w Poznaniu i Budapeszcie w 1956, w Pradze w 1968. Wszystkie zostały bezwzględnie stłumione. Zachód reagował werbalnym potępieniem, jednak respektował istniejącą linię podziału na „strefy wpływów”. Trudno uznać, że był to porządek pokojowy. Zakładał jedynie, że Zachód ograniczy się do krytycznych deklaracji wobec siłowej dominacji ZSRR w tej części Europy, lecz powstrzyma się od interwencji.

Jeśli zdaniem Putina rozpad ZSRR był symbolem upadku rosyjskiej potęgi, a lata 90. okresem wielkiego chaosu i upokorzenia Rosjan, to nie można sobie pozwolić na powrót tamtej epoki. I znów: nie o wartości tu chodzi. Z tej perspektywy utrzymanie kontroli nad Ukrainą jest po prostu kluczowe dla obrony prestiżu Rosji i interesów rozumianych jako odparcie Zachodu.

Prestiż ma znaczenie dla propagandy. Putin obawia się – nie bez racji – że jeśli demokratyczny wybór Ukrainy się powiedzie, to miliony Rosjan postawią sobie pytanie, dlaczego nie mogą pójść tą samą drogą. Tak więc to nie jest kwestia geografii czy przestrzeni życiowej, ale uzasadnionego strachu, że demonstracja sukcesu przez tak wielki, a zarazem tak bliski kulturowo kraj jak Ukraina może stać się przykładem do naśladowania. W  rezultacie Federacja Rosyjska mogłaby podzielić los Związku Radzieckiego.

Nie przeczę, że siła i  interesy mają ważne znaczenie, ale stosunki międzynarodowe – jak każde zjawisko społeczne – są wielowymiarowe. Wartości – trzeci składnik – odgrywały od zawsze niezwykle ważną rolę. Szczególnie zyskały na znaczeniu po II wojnie światowej. Słabość rozumowania Putina i jego otoczenia polega na tym, że myślą kategoriami bardzo anachronicznymi.

To znaczy?

Nawiązują do czasów Piotra I i Katarzyny Wielkiej. Pamiętam, jak podczas transmitowanego w telewizji spotkania z dziećmi Putin zapytał pewnego chłopca, gdzie się kończy Federacja Rosyjska. Chłopiec zastanawiał się dłuższą chwilę, aż wreszcie Putin wtrącił z rozbawieniem: „Słusznie, granice Rosji nigdzie się nie kończą…”. Ludzie z jego otoczenia uważają, że Rosja ma prawo do przywrócenia jej takiej pozycji, jaką miała w epoce Katarzyny Wielkiej. Z grona rosyjskich władców carycę tę Putin ceni za to, że na terenie dzisiejszej Ukrainy utworzyła Noworosję ze stolicą w Noworosyjsku, dzisiejszym Dnieprze. Od tego czasu minęło ponad 200 lat, ale dla Putina czas jakby nie istniał. Ma się za kontynuatora tej wielkiej, bezgranicznej Rosji, która kończy się tam, gdzie stanie stopa rosyjskiego żołnierza.

Kilka lat temu byłem członkiem zespołu, który miał pretensjonalną nazwę „wybitne osobistości”. Naszym zadaniem było wypracowanie założeń, jak powinny kształtować się relacje między państwami Europy i Ameryki Północnej w XXI w. Obradowaliśmy stosunkowo niedawno, w 2015 r.

Już po aneksji Krymu?

Tak, zespół powstał właśnie w reakcji na aneksję Krymu i Donbasu. Grupę powołano przez Radę Ministerialną OBWE. Chodziło o to, by razem z Rosją wypracować „wspólny projekt bezpieczeństwa europejskiego”.

Rosyjski przedstawiciel Siergiej Karaganow, późniejszy dziekan liberalnej Wyższej Szkoły Ekonomii w Moskwie, reprezentował oficjalne stanowisko Rosji. Już na samym początku dyskusji zgłosił formalny wniosek, by z  uwagi na 200-lecie kongresu wiedeńskiego zaproponować zwołanie podobnego spotkania na szczycie w Wiedniu. Początkowo myślałem, że żartuje. Okazało się, że nie. Odpowiedziałem więc, że kongres wiedeński był odbiciem myślenia ówczesnych monarchów. Od tego czasu, przez 200 lat, coś się jednak zmieniło  – nie tylko w polityce, lecz także w naszym myśleniu na temat moralnej odpowiedzialności państw i mocarstw.

Zgodzili się państwo na nowy kongres wiedeński?

Nie. Powstał raport pt. Back to Diplomacy (Powrót do dyplomacji). Nasz rosyjski ekspert zaczął zgłaszać zastrzeżenia dosłownie do każdego akapitu. Powiedziałem wówczas, że nie piszemy przecież nowej wersji Pisma Świętego i skoro, jak rozumiem, rosyjski kolega ma odrębne zdanie w kwestiach zasadniczych, lepiej, żeby – zamiast poprawiać każdy akapit – po prostu napisał votum separatum. I napisał: Letter of Disagreement, czyli List Niezgody, który w formie aneksu dołączyliśmy do opublikowanego raportu.

A niedawno zamieścił w popularnym tygodniku „Argumienty i  Fakty” artykuł zatytułowany NATO jest „nowotworem”. Metastazy, czyli przerzuty tego nowotworu, na odwiecznie rosyjskie ziemie wymagają reakcji. Fakt, że Ukraińcy dokonali wyboru niezgodnego z oczekiwaniami Moskwy, jest w tym rozumowaniu przejawem ciężkiej choroby, którą trzeba leczyć, najlepiej chirurgiczną operacją. Ten tekst ukazał się na miesiąc przed najazdem, określanym jako „specjalna operacja”.

Ludzie uwiedzeni ideą demokracji są traktowani jak „wrogowie ludu”.

To akurat popularna wśród populistów i przywódców autorytarnych formuła – każdy, kto nie popiera władcy, jest rzekomo „wrogiem ludu”.

W  swoim czasie książę Siergiej Uwarow, minister oświaty za panowania cara Mikołaja I, przedstawił formułę, zgodnie z którą system sprawowania władzy w Rosji ma się opierać na trzech filarach: samodzierżawiu, czyli władzy absolutnej, prawosławiu oraz narodnosti, czyli prostym ludzie.

Skoro już mowa o prostym ludzie. Czy jesteśmy w stanie ocenić poglądy zwykłych Rosjan na to, co się w tej chwili dzieje? Z jednej strony poparcie dla Putina i samej wojny notowane w sondażach jest bardzo wysokie – na poziomie 70–80%. Powstaje jednak pytanie, czy takie sondaże prowadzone w Rosji są wiarygodne. Z drugiej bowiem strony mamy informacje o tym, że Rosjanie niespecjalnie palą się, aby wstępować do wojska, a morale rosyjskiej armii jest fatalne. Czy to jest naród z natury imperialny, a Putin to car, za którym pójdą w ogień?

Nie ma żadnego narodu, który jest na coś skazany raz na zawsze. Nie ma narodu napiętnowanego przez Boga, czy też przeznaczenie lub genetykę…

Raczej przez własną historię…

Odrzucam pogląd, że Rosjanie mają taką lub inną naturę i tacy, jacy zawsze byli, tacy będą. Gdyby to była prawda, nie mielibyśmy okresu między Gorbaczowem a Putinem. Gorbaczow był jedynym w Biurze Politycznym gotowym powiedzieć, że król jest nagi, że samodzierżawie jako forma sprawowania władzy się wyczerpała. Jak każdy z nas miał swoje ograniczenia, stanowił produkt rosyjskiego systemu. Mimo to zapoczątkował pokojową transformację – od państwa totalitarnego do państwa liberalnego. Putin też jest produktem swojej formacji, która ukształtowała jego sposób myślenia, nieufność, podejrzliwość i przekonanie, że pozycję państwa i szacunek otoczenia w społeczności międzynarodowej zdobywa się tylko strachem i siłą. Taka jest natura służb specjalnych.

Liberalizacja systemu została początkowo przyjęta przez społeczeństwo z wielkim entuzjazmem. Zwłaszcza polityka głasnosti  – ludzie zaczęli oddychać świeżym powietrzem. Szybko pojawił się jednak zorganizowany opór tych sił dawnego reżimu, które uznały, że oto nadarza się okazja do szybkiego wzbogacenia, i wyrażały przekonanie, że naród rosyjski bardziej ceni sobie porządek niż wolność.

###banner###

W  czasie gdy byłem dyrektorem Sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (Stockholm International Peace Research Institute – SIPRI), przyjechał do Sztokholmu na noblowskie uroczystości akademik Jewgienij Primakow, wcześniej minister spraw zagranicznych i premier Federacji Rosyjskiej, który wygłosił w SIPRI wykład o polityce zagranicznej Rosji.

Po wykładzie siedziałem obok Primakowa i zapytałem go: „Czy nie moglibyście wybrać demokratycznej drogi rozwoju?”. „Mam świadomość – dodałem – że to cel na wiele lat, może na pokolenia, ale ważny jest sam wybór kierunku – strategii. Jak głosi jedna z  chińskich mądrości: »Nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku«. Gdybyście podjęli taki krok, wszyscy powitaliby to z  wielką aprobatą”.

Co odpowiedział?

Po dłuższym namyśle odparł, że w Rosji nigdy nie było żadnej Magna Charta Libertatum, nie było też rewolucji francuskiej ani epoki oświecenia. Był za to carat i bolszewickie rządy. Oba te sposoby sprawowania władzy stanowiły zaprzeczenie demokracji. Próby ustanowienia w Rosji demokracji otworzyłyby drogę dla anarchii, struktur mafijnych i bandytyzmu. W Rosji, powiedział, demokrację można budować tylko na zasadzie kroplówki, a  nie jak uprawiane przez kilkaset lat angielskie trawniki.

Na zasadzie kroplówki, czyli stopniowo?

Stopniowo i z góry. W tym modelu elita powoli oswaja ludzi z nowym systemem. Tak się jednak złożyło, że ludzie, którzy przejęli władzę, wykorzystali tę kroplówkę do przywracania status quo ante.

No i co z tego wynika?

Jeśli w najbliższym czasie dokona się w Rosji zmiana, to nie w drodze buntu mas, lecz buntu elit. To będzie możliwe dopiero wtedy, gdy Rosja znajdzie się w obliczu katastrofy.

Czyli kiedy?

Decyzja o inwazji na Ukrainę wprowadziła Rosję na drogę do ostatecznej katastrofy. To ślepy zaułek.

Co w tym wypadku oznacza „katastrofa”?

Rosja może powtórzyć los ZSRR.

Rozpaść się na mniejsze państwa?

Tak. ZSRR rozpadł się wzdłuż linii wyznaczających granice republik radzieckich. Kazachstan, Uzbekistan, Tadżykistan, Turkmenistan i Kirgistan nigdy nie miały organizacji państwowej. Były to koczownicze wspólnoty zorganizowane w klany, rody, ordy.

Rosja ograniczyła sama sobie możliwości wyjścia z sytuacji. Jeżeli będzie kontynuować wojnę w Ukrainie, to może dojść do rozpadu kraju. Federacja ma dziś ponad 80 jednostek administracyjnych – autonomicznych republik, obwodów itd. W czasie zawieruchy, zwanej w Rosji „smutą”, której nie można wykluczyć, mogą oderwać się choćby takie obszary jak Tatarstan, Buriacja, Jakucja.

Moskwa chce temu zapobiec, utrzymać scentralizowane państwo. Przecież gdyby Jakucja zyskała kontrolę choćby nad niewielką cząstką swoich ogromnych bogactw – z kopalniami diamentów, złota i metali rzadkich – stałaby się państwem niezwykle bogatym i wpływowym. Rosja zrobi wszystko, żeby do tego nie dopuścić.

I dlatego morduje cywilów w Ukrainie?

Wojna w Ukrainie to jakościowo nowe wyzwanie nie tylko dla Ukrainy i  Europy, lecz całego świata zachodniego. Wojska rosyjskie wkroczyły bez żadnej prowokacji ze strony Kijowa. Rosja nie toleruje sposobu sprawowania władzy w Ukrainie i jej proeuropejskiego kierunku rozwoju. Pragnie narzucić jej inny system. Do tego używa argumentacji wyjętej jakby z kabaretu.

Z kabaretu?

Z  jednej strony Putin mówi, że Ukraina to sztuczny twór, który należałoby nazwać Ukrainą im. Włodzimierza Lenina. Że to nie odrębny naród, ale część rosyjskiego świata, ruskiego miru. Jeśli tak jest, to oznacza, że mamy do czynienia z  wojną domową. Z  drugiej zaś strony mówi, że Ukraina to „anty-Rosja” stworzona przez Stany Zjednoczone, NATO i Zachód w celu zniszczenia jego kraju. Że jest rządzona przez nazistów, chociaż tych de facto w Ukrainie nie ma. Że celem „operacji” jest lustracja wszystkich mieszkańców…

Dlaczego nie sprawdził się plan blitzkriegu i szybkiej zmiany władzy w Kijowie?

Decyzję o  inwazji podjęto, jak widać, na podstawie błędnych przesłanek, jakoby Ukraina jest tak źle zorganizowana, słaba, bez dostatecznego uzbrojenia, i tak nieudolnie zarządzana, że upadnie w  ciągu kilku dni. Co istotne, głosiła rosyjska machina propagandowa, Ukraina nie ma tradycji państwowych, nie jest wspólnotą i nie ma ducha walki. Wszystko to okazało się nieprawdą: Ukraińcy wykazują heroizm w obronie swojej niepodległości i poczucie wspólnoty narodowej nawet wówczas, kiedy należą do rosyjskojęzycznej mniejszości. Warto pamiętać, że język rosyjski był im siłą narzucany od wieków. Car Aleksander II wydał  – podpisany w 1876 r. w czasie pobytu w Ems – dekret zakazujący używania „małorosyjskiego narzecza”, czyli języka ukraińskiego, w mowie i w piśmie. W katalogu zakazów zawartych w dekrecie zapisano, że można go używać jedynie w  średniowiecznych pieśniach cerkiewnych, a i to wyłącznie za zgodą Urzędu Cenzury Cesarstwa.

O co walczy Ukraina? O niezależność od Rosji, to oczywiste. Ale jednocześnie sporo mówi się o zbliżeniu z Zachodem. Problem w tym, że Ukraina nie zostanie szybko przyjęta ani do Unii Europejskiej, ani tym bardziej do NATO.

Walczy o niepodległość. Ukraina popełniła w ciągu ostatnich 30 lat wiele błędów, ale pragnienie posiadania niezależnego państwa było wspólne dla wszystkich jej prezydentów. Prorosyjski Łeonid Kuczma swoje pamiętniki zatytułował Ukraina to nie Rosja.

Jakie błędy popełniła Ukraina?

Największa słabość polegała na tym, że dopuściła do oligarchizacji w stopniu równie wielkim, a  może i  większym niż w  Rosji. Putin ostatecznie podporządkował sobie oligarchów – ugięli się w obawie i strachu, że inaczej podzielą los Michaiła Chodorkowskiego. W Ukrainie oligarchowie toczyli między sobą wojny ponad głową prezydenta. To oni mieli swoich kandydatów do władz, którzy pozwoliliby im na jeszcze większe pomnażanie majątku. Inną chorobą była wszechobecna korupcja.

Ta wojna stwarza Ukrainie szansę na uzyskanie niezależności i zbudowanie państwa prawa?

Nie jestem w stanie przewidywać, jak rozwinie się ta wojna w najbliższych tygodniach, miesiącach czy nawet latach. Jedno jest pewne: nikt nie skonsolidował tak silnie i skutecznie ukraińskiego społeczeństwa, jak uczynił to Władimir Putin swoją decyzją z 24 lutego 2022 r. Pozwolił na ujawnienie się cnotom, których Rosjanie od zawsze Ukraińcom odmawiali i  które przypisywali wyłącznie sobie.

Jakim cnotom?

Ukraińcy pokazali, że są gotowi poświęcić swoje życie w obronie ojczyzny. W XXI w. to zjawisko niezwykle rzadkie.

Na zachodzie Europy gotowość do ponoszenia takich ofiar załamała się nie po II, lecz już po I wojnie światowej. Wojna z lat 1914–1918 miała ogromny wpływ na pozbawienie niektórych narodów – Francuzów, Belgów, Holendrów – woli walki, co potem przejawiło się niestawianiem należytego oporu w obliczu agresji III Rzeszy. Francuzi formalnie wywiązali się ze swoich zobowiązań wobec Polski, jednak we wrześniu 1939 r. nie tylko nie chcieli umierać za Gdańsk, ale w ogóle nie chcieli umierać. Również w obronie Francji.

Ukraina stawia czoła rosyjskiej agresji w obronie ogólnoludzkich wartości. Stała się ofiarą obsesji imperialnego sąsiada, który atakuje ją, by zademonstrować Stanom Zjednoczonym i – jak mówi Putin – „kolektywnemu Zachodowi”, że nie dopuści do demokratycznego i proeuropejskiego wyboru Ukrainy. W odpowiedzi Zachód deklaruje wolę wspierania Ukrainy – do ostatniej kropli krwi ukraińskich żołnierzy. Minimum, którego można byłoby oczekiwać, to wyraźna deklaracja ze strony europejskich przywódców, że dla Ukrainy drzwi do Unii stoją otworem…

Jaki ten konflikt będzie miał wpływ na Unię Europejską? Słyszymy deklaracje jeszcze bliższej współpracy – choćby poprzez wspólne zakupy gazu – i zwiększenia wydatków na obronę. Pan tymczasem sugeruje, że Europa nie jest w stanie wykrzesać z siebie ducha do obrony swoich wartości, bo jesteśmy za bogaci, mamy zbyt wiele do stracenia.

Nie mówię, że nie jest do tego zdolna. Chciałbym, żeby była, ale oceniam ją na podstawie dotychczasowego zachowania.

W 1948 r. podpisano w Brukseli porozumienie tworzące Unię Zachodnioeuropejską. Miała być wojskowym sojuszem, jednak nigdy nie odegrała żadnej roli. Uczestniczyłem nawet w uroczystościach 50. rocznicy jej powstania zorganizowanych w Paryżu. Niedługo później nastąpił cichy pogrzeb UZE, którego nikt nawet nie odnotował.

Europa w końcu weźmie większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo? To leży wszak także w interesie Stanów Zjednoczonych. Kolejni prezydenci próbowali popychać państwa europejskie w tym kierunku, ale do tej pory bezskutecznie. Teraz będzie inaczej?

Mam taką nadzieję. Unia Europejska miała w swojej historii bardzo wiele kryzysów – ostatnio kryzys strefy euro, kryzys uchodźczy z 2015 r., pandemia – które wydawały się nie do przezwyciężenia. Wielu komentatorów – nie tylko w Rosji – wyrażało przekonanie, że obserwujemy schyłek Unii, który doprowadzi ją w końcu do rozpadu. Tak się nie stało. Co więcej, każdy kryzys konsolidował Unię, umacniał procesy integracyjne. Wierzę, że tak będzie też w przyszłości. Bo o przyszłości zdecydują nie tyle debaty prawników, ile wola polityczna państw.

Efektem wojny w  Ukrainie może być to, że Unia stanie się ważnym wsparciem dla NATO. Decyzja niemieckiego rządu o radykalnym zwiększeniu niemieckiego budżetu obronnego do 2% PKB i przekazaniu dodatkowych 100 mld euro na modernizację armii pokazuje, że Niemcy są gotowe wziąć na siebie większą odpowiedzialność. Radosław Sikorski miał rację, kiedy w 2011 r. powiedział w Berlinie, że bardziej od niemieckiej potęgi obawia się dziś niemieckiej bezczynności w sprawie umocnienia Unii Europejskiej.

Kryzys wymusza decyzje, których podjęcie w  normalnych warunkach wydaje się mało realne. W czasie swojego przemówienia w  Warszawie Joe Biden sformułował ważne przesłanie, które powinno stać się programem dla całej demokratycznej wspólnoty państw. Miejmy nadzieję, że on sam lub osoba przez niego wskazana będzie kontynuować to dzieło.

Biden stwierdził, że wojna w Ukrainie to element szerszego konfliktu między demokracjami a autokracjami, że historia nie skończyła się wraz z upadkiem ZSRR, że walka o demokrację musi trwać nadal. O tej rywalizacji demokracji z systemami autorytarnymi mówił już wcześniej, natomiast ważne było to, że wpisał wojnę w Ukrainie w globalny kontekst.

Najazd na Ukrainę uznał za najazd Rosji na wspólnotę demokratycznych państw Zachodu, w  tym Stanów Zjednoczonych. Dla Putina inwazja była formą przetestowania reakcji Amerykanów. Wydawało mu się, że zareagują jedynie oburzeniem. W czasach Związku Radzieckiego tak właśnie było. Kiedy dochodziło do buntów i  powstań w  krajach naszego regionu, Amerykanie reagowali na ogół werbalnie. Teraz okazało się, że Ukrainie należy i można udzielić konkretnej pomocy.

Wielkość niedocenianego jeszcze niedawno prezydenta Bidena polega na tym, że próbuje tchnąć ducha w  Europę. Mówi, że jeśli będziemy razem, jeśli wspólnie przeciwstawimy się złu, dobro zwycięży. To jednak musi być autentyczne.

Mam nadzieję, że wspólne stanowisko państw zachodnich pozwoli Ukrainie zachować niepodległość i  obronić podzielane przez nas wartości.

A kiedy świat uwolni się już od Władimira Putina, na jego nagrobku będzie można umieścić takie epitafium: „Zniszczył Rosję, wzmocnił Ukrainę, zjednoczył Europę”?

Niewykluczone. Najlepszym podarunkiem Putina dla swoich rodaków byłoby zwolnienie stanowiska i pozostawienie Rosjanom możliwości wyboru alternatywnego modelu rządów. Są to jednak pobożne życzenia. Dziś, gdyby nawet w  Rosji odbyły się wolne i w pełni demokratyczne wybory, Putin i tak by je wygrał – zwłaszcza na prowincji.

I tu wracamy do pytania, czego chcą „zwykli” Rosjanie.

Kiedy Putin na moskiewskich Łużnikach zorganizował swój wiec, powiedział publiczności na stadionie, że „jeszcze nigdy nasz naród nie wykazał tyle jedności”. Całość przypominała hitlerowskie Parteitagi do tego stopnia, że odniosłem wrażenie, iż to nie Ukraina, tylko Rosja wymaga dziś pilnej denazyfikacji.


Adam Daniel Rotfeld – Prof. nauk humanistycznych, pracuje na Wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego, dyplomata. Były minister spraw zagranicznych RP (2005); w latach 2008–2015 współprzewodniczący Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych

Artykuł pojawił się w numerze: Tu mówi Ukraina