Subskrybuj
Warszawa, akcja „Kuchnia uchodźców” przed otwarciem w Warszawie „Kuchni konfliktu”, restauracji, w której uchodźcy z różnych krajów przygotowują posiłki ze swoich rodzinnych stron fot. Albert Zawada / Agencja Wyborcza.pl
Redaktorka, dziennikarka specjalizująca się w tematyce wschodniej i społecznej. Współautorka książek na temat Białorusi i Armenii

Co czeka migrantów z Ukrainy? Wielokulturowa przyszłość Polski

Imigracja do Polski będzie narastać. Liban i Turcja, w których tymczasowy dom znalazło ponad 5 mln uchodźców, zmagają się z problemami gospodarczymi. Ludzie tam żyjący pragną wyrwać się do lepszego świata. Jeśli nie stworzymy mechanizmów, żeby część z nich do nas zaprosić, to podróż przez las lub morze będzie dla nich jedyną opcją.

Polskie miasta – Warszawa, Kraków, Wrocław, Gdańsk – mówią nie tylko po polsku, ale także po ukraińsku, rosyjsku i białorusku. Czy wkraczamy w erę wielokulturowości?

Na przykładzie wymienionych przez Panią miast widzimy, że obecność obcokrajowców w Polsce wzrosła. W 2014 r. rosyjska aneksja Krymu i wybuch wojny we wschodniej Ukrainie bardzo przyspieszyły proces wychodźstwa z  tego kraju. Nasi sąsiedzi uciekali w obawie o swoje życie i szukając pracy, osiedlali się m.in. w polskich miastach.

W ciągu ostatnich pięciu lat w Polsce dokonała się olbrzymia transformacja. Z  kraju, z  którego przez dekady emigrowano, staliśmy się krajem przyjmującym imigrantów. Przez lata to z  Polski masowo wyjeżdżano. Nasze wychodźstwo było natężone szczególnie po wstąpieniu do Unii Europejskiej. Bardzo ważnymi państwami na mapie polskiej emigracji stały się Irlandia i Wielka Brytania, które jako jedyne (obok Szwecji) w 2004 r. otworzyły przed Polakami swoje rynki pracy. Nasze miasta wypełniły się zaś obcokrajowcami. Widzimy ich zresztą także na prowincji kraju. Na Pani pytanie odpowiadam więc twierdząco: tak, Polska wkracza w erę nowej wielokulturowości.

W debacie politycznej pojawia się hasło „Polska dla Polaków”. Do takiej Polski – homogenicznej etnicznie – przyzwyczaił nas także PRL. Czy jesteśmy przygotowani na wielokulturowość? Chcąc oswoić z nią Polaków, do jakiego dziedzictwa powinniśmy się odwoływać?

Nowa wielokulturowość będzie się różnić od tej przedwojennej. Wielokulturowość panująca w II Rzeczypospolitej opierała się przede wszystkim na społecznościach autochtonicznych. Wynikała z procesów migracyjnych, które miały miejsce przed wieloma wiekami, oraz z tego, w jaki sposób wytyczono w Europie granice państw. XX w. to m.in. era nacjonalizmów zakładających, że granice kulturowe i polityczne państw powinny się pokrywać. Trzeba powiedzieć jednocześnie, że nigdy wcześniej w historii tak nie było. Część nacjonalistów dążyła do etnicznej i rasowej „czystości”, co doprowadziło do katastrofy w postaci II wojny światowej. Migracje, z którymi obecnie mamy do czynienia, są elementem innych procesów. Wynikają z ułatwionej mobilności ludzi, z ich poszukiwania lepszego miejsca do życia. Trudno więc w przeszłości upatrywać bezpośrednich wzorców dla obecnego modelu wielokulturowości pomimo istnienia cech wspólnych.

Migracja wydaje się procesem, którego nie sposób powstrzymać.

Jeśli zada mi Pani pytanie: „Czy w Polsce 2050 r. 10% populacji stanowić będą obcokrajowcy?”, odpowiem: „Oczywiście!”. Powiem więcej – w dużych ośrodkach miejskich już teraz ok. 10% mieszkańców stanowią cudzoziemcy.

Kto do nas przyjeżdża?

Według badania GUS-u z czerwca 2020  r. w  naszym kraju było 2,2 mln cudzoziemców, więc biorąc pod uwagę dynamikę wzrostu, aktualnie mamy ok. 2,5 mln cudzoziemców. Najliczniejszą grupę stanowią Ukraińcy (65% wszystkich imigrantów), na drugim miejscu są Białorusini, potem Niemcy. Dane z GUS mówią także o Rosjanach, Mołdawianach, Indusach.

W przypadku Krakowa – gdzie obydwoje mieszkamy – najliczniejsze społeczności tworzą oprócz przybyszy z Ukrainy i Białorusi także obywatele Indii, Rosji i Włoch. W naszym mieście ze względu na liczne inwestycje włoskich firm jest większa liczba obywateli tego kraju niż w skali całej Polski. W ostatnim roku dynamicznie rosła migracja z Białorusi, co było związane z wydarzeniami politycznymi w tym kraju. Białorusini zaczęli również coraz częściej figurować w danych spływających z Urzędu ds. Cudzoziemców jako osoby, które otrzymały jakąś formę „ochrony międzynarodowej”. W Małopolsce nie ma ośrodków dla cudzoziemców, w których mogłyby znaleźć schronienie osoby oczekujące na rozpatrzenie ich wniosków o ochronę międzynarodową, ale naszą specyfiką jest dynamicznie rozwijający się sektor usług finansowych. Jesteśmy więc liderem, jeśli chodzi o wydawanie „niebieskich kart” – dokumentów przyznawanych wysoko wykwalifikowanym pracownikom. Aby je otrzymać, należy spełnić oprócz warunków wykształcenia pewne wymagania finansowe.

Napływ obcokrajowców jest dla Polski błogosławieństwem. Od wielu lat notujemy niską dzietność, a od kilku – wyraźnie ujemny przyrost naturalny.

Jeśli Polska nie chce się wyludnić, musi stworzyć dobrą politykę migracyjną, zachęcającą osoby z różnych krajów świata do przyjeżdżania i osiedlania się w naszym kraju.

Notujemy jedne z najniższych na świecie wskaźniki dzietności (1,44 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym przy wskaźniku zastępowalności pokoleń wynoszącym 2,1). Program 500 plus, który zakładał rewolucję w dzietności, nie pomógł.

Oprócz ujemnego przyrostu naturalnego w  ostatnich dwóch dekadach zanotowaliśmy jedno z największych wychodźstw w historii. Bezpośrednio przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej i po akcesji z Polski wyjechało ok. 3 mln ludzi. Tylko część osób, które wyjechały z Polski w ciągu minionych dziesięcioleci, wróciła albo zamierza wrócić, jednak większość najprawdopodobniej tego nie zrobi. W literaturze migracyjnej szeroko opisywane jest zjawisko „mitu powrotu” – mówienia o tym, że się wróci, choć de facto się nie wraca. Współcześnie ludzie funkcjonują także transnarodowo: trochę w jednym kraju, trochę w drugim.

###banner###

Te dwa czynniki – demograficzny i emigracyjny – negatywnie oddziałują na strukturę populacji Polski. Nasze społeczeństwo będzie się szybko starzeć. Zanotujemy coraz wyższe wskaźniki obciążenia osobami starszymi, perspektywy funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej, a także wypłaty rent oraz emerytur będą coraz gorsze. Sygnały o potrzebie „świeżej krwi” płyną także z rynku pracy. Przykładowo: napływ Indusów jest efektem zapotrzebowania na informatyków.

Kogo powinniśmy zachęcać do osiedlania się w Polsce? O jakie regiony świata „zawalczyć”?

Coraz mniej będzie przybywać do nas migrantów z krajów bliskich kulturowo, czyli z obszaru poradzieckiego. Ukraina jako kraj doświadczony wojną wygenerowała ogromną falę wychodźstwa. Polska z niej skorzystała, udało nam się zapełnić lukę, która istniała na naszym rynku pracy. Przypomnijmy, że jeszcze w latach 90. borykaliśmy się z odwrotnym problemem – masowym bezrobociem sięgającym 20%. Wówczas emigracja do krajów zachodnich pozwoliła uśmierzyć te dolegliwości. Ale nagle okazało się, że brakuje rąk do pracy. Pracownicy znaleźli się w krajach sąsiednich.

Obecnie widać, że część Ukraińców przechodzi w naszym kraju proces naturalizacji i wyjeżdża na Zachód. Kiedy w 2020 r. rynek pracy otwierał się dla Ukraińców w Niemczech, myśleliśmy, że wszyscy tam się udadzą. To się na szczęście nie wydarzyło. Ale dla niektórych Ukraińców Polska jest tylko przystankiem. Musimy więc szukać cudzoziemców, którzy będą przyjeżdżać z innych części świata.

Coraz częściej spotyka się na ulicach naszych miast Indusów.

Tak. I  w  przyszłości Indie, czyli wkrótce najliczniejsze państwo świata, staną się kluczowym miejscem, skąd będzie można czerpać wykwalifikowanych pracowników. Ważną rolę odgrywać będą także Chiny. Studenci z Chin są widoczni w Polsce i innych krajach wyszehradzkich. Na Węgrzech powstaje nawet kampus chińskiego uniwersytetu. Jest to rzecz kontrowersyjna, szczególnie w kontekście wypchnięcia z Budapesztu do Wiednia Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego (Central European University), choć ciekawa z punktu widzenia chińskich migracji do regionu. I oczywiście są też przybysze z krajów Bliskiego Wschodu, Afryki.

De facto powinni nas interesować cudzoziemcy z całego świata.

Należy ukierunkować politykę migracyjną w pierwszym rzędzie na osoby młode, dobrze wykształcone, które przyjadą do Polski na studia i po ich ukończeniu u nas zostaną. W tym kierunku dużo już uczyniono.

Absolwenci polskich uczelni mają możliwość osiedlenia się i znalezienia swojego miejsca na naszym rynku pracy. Potrzebne są jednak nowe programy stypendialne. Musimy otworzyć się na ludzi mniej bliskich kulturowo i zdawać sobie sprawę, że może im być trudniej integrować się w wymiarze społecznym i ekonomicznym. Te najważniejsze kwestie powinny zacząć dobrze funkcjonować, by Polska była w stanie dobrze korzystać z napływu imigrantów

Czy kształtując politykę migracyjną, powinniśmy brać także pod uwagę względy humanitarne?

Oczywiście. Polska jest krajem granicznym Unii Europejskiej. Kryzys, który obserwujemy obecnie na granicy, uświadamia nam, że nie możemy mówić, iż „nas nie interesuje napływ osób występujących o ochronę międzynarodową”. Jesteśmy sygnatariuszami konwencji genewskiej, należymy do Unii Europejskiej. Musimy stosować się do unijnego prawa i wywiązywać się z nałożonych na nas zobowiązań.

Polska od kilku lat jest liderem w przyjmowaniu obcokrajowców w ramach pozwoleń na pracę. We Francji najczęściej wydaje się edukacyjne pozwolenia pobytowe, a w przypadku Niemiec decydują względy rodzinne, związane z ochroną międzynarodową (na miejscu przebywa już ktoś z rodziny ją posiadający). Do Polski także trafiało wiele osób, które występowały o ochronę międzynarodową, jednak niewielu Polaków o tym wie. Przez nasz kraj „przeszło” 100 tys. Czeczenów. Najczęściej osoby te traktowały Polskę jako kraj tranzytowy. Przyjeżdżały, występowały o ochronę międzynarodową (w statystykach Urzędu ds. Cudzoziemców były odnotowywane jako Rosjanie), a po jej uzyskaniu wyjeżdżały. Często czyniły to nawet przed jej otrzymaniem, a to sprawiało, że w ramach rozporządzenia dublińskiego cofano je do Polski.

Zachód okazywał się atrakcyjniejszy.

Tak, to się jednak zmienia. Jeden z  przedstawicieli społeczności czeczeńskiej mówił mi niedawno podczas wywiadu pogłębionego do projektu badawczego Respond, że Polska staje się krajem coraz atrakcyjniejszym dla osób występujących o ochronę międzynarodową. Szczególnie jeśli posiadają one dużą rodzinę. Wówczas bowiem stają się beneficjentami naszych świadczeń socjalnych, czyli choćby programu 500 plus. Coraz więcej tych osób chce w Polsce pozostać.

Jakie wyzwania stoją przed Polską w kształtowaniu polityki migracyjnej?

Chcąc współkształtować europejską politykę migracyjną, powinniśmy realizować jej elementy związane z ochroną międzynarodową. Przyjmować więcej osób ubiegających się o ten status. A kiedy ich podania zostaną rozpatrzone pozytywnie, naszym zadaniem winno być udzielenie im pomocy na rynku pracy i integrowanie ich społecznie i kulturowo.

W  tym kontekście Polska ma ważne zadanie do wykonania. To jedna z  bolączek naszego kraju: stworzyliśmy ramy prawno-regulacyjne, otwierające nas na migrantów ekonomicznych, czyli ludzi, którzy integrują się poprzez rynek pracy, ale niechętnie przyjmujemy osoby występujące o ochronę międzynarodową. Nie partycypujemy w ustaleniach, które zobowiązaliśmy się respektować jako kraj członkowski Unii Europejskiej. Dzieje się tak, chociaż premier Ewa Kopacz w 2015 r. zobowiązała się do przestrzegania owych ustaleń. Także premier Beata Szydło, po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych, mówiła, że będziemy respektować kwoty dotyczące relokacji wewnątrzeuropejskiej i przenoszenia ludzi z miejsc konfliktów. Tych postanowień nigdy nie wypełniliśmy. Więcej: w ostatnim czasie twierdziliśmy, że nie mamy obowiązku przyjmowania migrantów. Lansowaliśmy teorię „pomagania na miejscu”, która jest ważna i słuszna, lecz niewystarczająca – równocześnie należy otworzyć kraj dla ludzi uciekających przed zagrożeniem.

Zadaniem Polski jest stworzenie systemu, który pozwoli partycypować w ustaleniach europejskich. Tylko w ten sposób będziemy mieć możliwość wpływania na to, jak te procedury są kształtowane. Jeśli mówimy „nie, bo nie”, pozbawiamy się możliwości kształtowania polityki ochrony międzynarodowej. Powinniśmy brać pod uwagę różnego typu przybyszów i  w  większym stopniu wykorzystywać środki europejskie, które są przeznaczone na ich przyjmowane.

Czy można powiedzieć, że rząd Prawa i Sprawiedliwości wykreował spójną politykę migracyjną?

Od 2015  r. polska polityka dotycząca emigracji przymusowej, czyli osób, które przybywają do Europy i  występują o  ochronę międzynarodową, jest w dużym stopniu kwestią upolitycznioną. Problem uchodźców traktuje się jako oręż politycznej mobilizacji.

Wcześniej ta kwestia praktycznie nie spotykała się z żadną debatą. To dotyczyło wspomnianych dziesiątek tysięcy Czeczenów, którzy przeszli przez nasz kraj. Ale żyliśmy w innym kontekście. To były czasy wojny czeczeńskiej, a nie „Państwa Islamskiego”. Konflikt północnokaukaski  – z  polskiej perspektywy – ma charakter narodowo-wyzwoleńczy. Natomiast wojny, w których kontekście pojawia się hasło „Państwo Islamskie”, kojarzone są z radykalizmem islamskim i dżihadyzmem. I to jest umiejętnie wykorzystywane w kreowaniu paniki moralnej.

W debacie publicznej wciąż słyszymy: „przyjadą”, „najadą nas”, „Polska się islamizuje”. Te mechanizmy zadziałały niezwykle skutecznie.

W badaniach socjologicznych z 2016 r., które dotyczyły postrzegania przez Polaków rzeczywistości ekonomicznej i społecznej, ankietowani bardzo precyzyjnie odpowiadali na pytania w stylu: „Jaki jest poziom bezrobocia w Polsce?”. Udowodnili, że posiadają wiedzę na temat gospodarki i polityki. Natomiast kiedy padło pytanie o liczbę muzułmanów, pojawiały się odpowiedzi „7% populacji kraju w 2016 r.” i „13% w 2020 r.”. Absurd. Zdaniem respondentów nagle w Polsce w 2016 miało pojawić się ponad 2,5 mln muzułmanów, a wielkość tej populacji do 2020 miała wzrosnąć do blisko 5 mln! Tymczasem mieszka ich u nas co najwyżej 50 tys.

Nasze społeczeństwo skutecznie poddało się manipulacji.

Mechanizmy straszenia islamem uruchomiono także w kontekście wyborów samorządowych i kryzysu uchodźczego na granicy. W Polsce osoby występujące o ochronę międzynarodową często traktowane są jako najeźdźcy, barbarzyńcy. To ci, którzy mają nas zniszczyć. Długo przyjdzie nam płacić za tę propagandę, ponieważ nie mamy możliwości nieuczestniczenia w  międzynarodowym procesie migracji. Możemy próbować go reformować, bo wymaga on daleko idącej reformy, jednak nie możemy zamykać się na ten typ migrantów.

Musimy w większym stopniu pomagać tym ludziom, poprzez programy pomocy rozwojowej. Uruchomić stypendia nie tylko dla Ukraińców, ale także dla osób z Afryki. Powinien powstać specjalny program stypendialny dla uchodźców z obozów w Jordanii, Syrii, Turcji, Libanie. Są to problemy Unii Europejskiej, więc także polskie. Najliczniejsze grupy ludzi, którzy skorzystali z zaproszenia Aleksandra Łukaszenki, by przez Białoruś dostać się do Polski, to oprócz Irakijczyków doświadczonych przez tzw. Państwo Islamskie również Syryjczycy. Niektórzy od dekady żyją w obozach. Imigracja do Polski będzie narastać: Irak i Syria są doświadczone przez wojny, Liban i Turcja, w których tymczasowy dom znalazło ponad 5 mln uchodźców syryjskich, zmagają się z problemami gospodarczymi. Ludzie tam żyjący pragną wyrwać się do lepszego świata. Pomaganie na odległość jest dobre, ale nie wystarcza. Jeśli sami nie stworzymy mechanizmów, żeby część z nich w sposób legalny do nas zaprosić, to podróż przez las lub morze będzie dla nich jedyną opcją.

Nie zdołaliśmy zapewnić ochrony międzynarodowej Romanowi Protasiewiczowi – liderowi białoruskich protestów w sierpniu 2020 r. Mężczyzna został uprowadzony przez reżim Łukaszenki.

To prawda. Należy jednak pamiętać, że jeśli w 2019 r. było 2,8 tys. osób występujących w Polsce o ochronę międzynarodową, to najnowsze dane, z  listopada 2021  r. mówią o 7 tys. Wzrost jest znaczący. Ponad tysiąc osób stanowią Afgańczycy, których ewakuowaliśmy z Kabulu. Większość z tej grupy z wielkim prawdopodobieństwem uzyska jakąś formę ochrony międzynarodowej, co wiąże się z przynajmniej tymczasowym zakazem wyjazdu z Polski. Dlatego zresztą osoby posiadające rodziny w innych krajach europejskich, nie chcą występować o ochronę w Polsce. Tym argumentem posługuje się ostatnio często Straż Graniczna, nie chcąc udzielać pomocy osobom, które przybywają do Polski przez polsko-białoruską granicę, i wypychając je z powrotem na Białoruś.

Jaka powinna być polityka migracyjna Polski? Czego nam brakuje: regulacji prawnych, instytucji, odpowiednich programów? Jak pomóc migrantom w przyjmowaniu ich do naszej rzeczywistości?

Przed dojściem PiS do władzy opracowano dokument dotyczący integracji migrantów. Stało się to, zanim w naszym kraju nastąpiło przejście migracyjne. Mieliśmy niewielu migrantów i  rozsądne wytyczne dotyczące ich integracji. Rząd Beaty Szydło te zapisy wrzucił do kosza i zapowiedział, że stworzy nową politykę migracyjną. W  2019  r. na konferencji prasowej ogłoszono powstanie nowego rządowego dokumentu. Co ciekawe, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nie przyznało się do jego opracowania. Nazwanie tego dokumentu „nieporozumieniem” to duży eufemizm. Był to dokument głupi i ksenofobiczny. Utożsamiał de facto politykę migracyjną z wyznaniową, sugerując, że jedyny model polskości, do którego wszyscy migranci winni dążyć i w nim się „asymilować”, to bycie polskim katolikiem. W połowie 2020 r. pojawił się znacząco lepszy dokument, który miał mieć charakter ramowy, a jego realizację przewidziano na lata 2021–2022. Tylko że ostatecznego kształtu nabierał w połowie 2021 r. Dokument ramowy powinien wyznaczać ogólne warunki polityki migracyjnej na ok. 5–10 lat, a ten obejmował niezwykle krótki okres. Nie wiadomo zresztą, co się z nim obecnie dzieje, ponieważ departament, który go opracował, został rozwiązany.

Polska nie ma przemyślanej polityki migracyjnej i integracyjnej. Nasza polityka tworzona jest na podstawie ustaw regulujących obecność migrantów w sferze ekonomicznej. Obecnie opracowywana jest ustawa dotycząca cudzoziemców, proponowane są w niej regulacje, które mają przyspieszyć czas legalizacji pobytu. To jedna z  największych bolączek: dana osoba występuje o kartę pobytu i  zanim otrzyma odpowiednie dokumenty, niejednokrotnie zdąży już opuścić Polskę. Taka sytuacja spotkała np. mojego doktoranta z jednego z państw afrykańskich. Otrzymał kartę pobytu po roku oczekiwania na nią w momencie, gdy opuszczał Polskę. Mógł tu przebywać tylko dlatego, że miał polską żonę. Raport NIK pokazał, że w niektórych województwach procedury te ciągną się dłużej niż rok.

Elementy polityki migracyjnej – w mikroskali – prowadzą także polskie miasta.

W sytuacji kiedy nie funkcjonuje polityka centralna, ważne są działania lokalne. Samorządy zachęcają migrantów do przyjeżdżania i  pomagają im się zadomowić w nowej przestrzeni. W tym procesie najważniejsze są: dobrze działające lokalnie gospodarki i rynek pracy oraz sieci migracyjne, czyli istniejące społeczności.

Dobrze znany jest model gdański stworzony przez prezydenta Pawła Adamowicza. Ważnym miastem na mapie polskiej migracji jest także Wrocław. Pozytywnie zaznacza się nasze miasto, posiadające program Otwarty Kraków.

W kontekście „mikro” ważnym celem jest poznanie społeczności, które mieszkają obok nas. Obserwatorium Wielokulturowości i Migracji, którym kieruję, realizuje pionierskie działania badawcze w skali całego kraju. Dzięki temu Urząd Miasta Krakowa posiada precyzyjną wiedzę na temat procesów migracyjnych i wdraża rekomendacje mające na celu niwelowanie różnego rodzaju barier integracyjnych. Ponadto poprzez różnego typu stowarzyszenia współpracuje z migrantami. Ostatnie badania prowadzone przez OWIM ukazują również, jak istotną rolę w procesach integracyjnych odgrywają wspólnoty religijne. Przykładowo: napływ migracyjny ostatnich lat sprawił, że w krakowskiej społeczności muzułmańskiej zaczęły dominować osoby z Azji Południowej (obywatele Indii, Pakistanu i Bangladeszu). Ważnym wymiarem jest też edukacja. Dzieci migrantów trafiają do szkół i przedszkoli. Również w szkołach policealnych, na uniwersytetach jest mnóstwo obcokrajowców. Pionierskim rozwiązaniem stosowanym z powodzeniem w Krakowie jest wprowadzenie do szkół asystentów międzykulturowych, którzy pomagają dzieciom z  mniejszości etnicznych, oraz z doświadczeniem migracyjnym w procesie edukacji.

Może powinniśmy wprowadzić do szkół np. lekcje języka ukraińskiego?

Uważam to za bardzo dobry pomysł. Kiedy w Wielkiej Brytanii wprowadzano do szkół język urdu i pendżabski używane w Indiach i Pakistanie, uzasadniano to stworzeniem nawyku edukacyjnego i ułatwieniem migrantom wejścia do szkolnej instytucji. Uczynienie jej bardziej „swoją”. To rozwiązanie jest ciekawe i potencjalnie tworzy edukację szkolną bardziej przyjazną dla migrantów.

Na lekcje języka ukraińskiego, białoruskiego czy rosyjskiego mogliby uczęszczać nie tylko obcokrajowcy, ale też Polacy. Musimy wyzbyć się aberracyjnego myślenia, że „oni tu przyjeżdżają, więc powinni wyzbyć się całego swojego bagażu kulturowego”. Mają prawo do kultywowania m.in. swojej tradycji, języka i kuchni. A my też coś z tego bagażu kulturowego możemy zaczerpnąć dla siebie.


Konrad Pędziwiatr – prof. Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, badacz w Centrum Zaawansowanych Badań Ludnościowych i Religijnych UEK. Pomysłodawca i koordynator Obserwatorium Wielokulturowości i Migracji. Autor licznych książek i artykułów na temat migracji, religii i etniczności w procesach migracyjnych oraz islamu w Europie i w Afryce Północnej. Współautor m.in. Imigrantów w Krakowie: od studentów do przedsiębiorców (2021) i Polskiej polityki migracyjnej (2015)

Artykuł pojawił się w numerze: Uchodźców w dom przyjąć