Subskrybuj

Zirytowani pasterze, rozdrażnione owce. O chorym i zdrowym antyklerykalizmie

Casus arcybiskupa Wielgusa obudził coś drzemiącego w naszej kościelnej rzeczywistości, o czym raczej się nie mówi, by nie wywołać demona konfrontacji. Łatwiej i wygodniej w opiniach i komentarzach poruszać się na poziomie polityki, stosunku do historii i sprawy narodowej, czy wreszcie samej kwalifikacji moralnej czynów. Tymczasem pod warstwą debaty o lustracji księży i rozliczeniu się z totalitarną przeszłością, pod gorączką dociekania, kto bohater a kto tchórz, ukrywa się inny poziom: wzajemnych relacji w Kościele.

Zwierciadło wydarzeń
Z wolna dają o sobie znać „podziały” dotąd uśpione pod skorupą sennej rutyny funkcjonowania olbrzyma, jakim jest polski Kościół. Oskarżenia rzucone przez prasę w stronę hierarchy mającego objąć najbardziej prestiżowy tron biskupi w kraju wywołały reakcję. Padły z ambon kościelnych mocne słowa, „że w środowiskach ludzi mediów, kultury i polityki wiele rzeczy wymaga naprawy”. W odpowiedzi na to dziennikarze zaczęli z przekąsem zastanawiać się, „czy w procesie oczyszczania nie powinno dojść do procesu autolustracji wszystkich biskupów w Polsce?”. Niektórzy wręcz twierdzili, że wypowiedziami hierarchów „urażeni zostali świeccy, którzy walczyli o zmianę”. I jakby idąc za ciosem zaczęto domagać się na biskupa stolicy „nowego Ambrożego”, czyli „młodego, nieuwikłanego i dynamicznego kapłana”. W tle tego wielokrotnie powtarzanego żądania kryła się nadzieja zastąpienia starego, postkomunistycznego, sklerykalizowanego pokolenia hierarchów nowym wyidealizowanym „pokoleniem Jana Pawła II”, w którym znaczącą rolę odgrywa przebudzona samoświadomość świeckich. Należy pamiętać, że św. Ambroży na biskupa Mediolanu został wybrany spośród katechumenów przez aklamację ogółu wiernych.

Nie chodzi o samą rolę biskupa w Kościele, ale kto ma w tej sprawie prawo głosu.

Wcześniejsze próby dzielenia rzeczywistości eklezjalnej w Polsce na Kościół łagiewnicki i Kościół toruński, na katolików otwartych i katolików konserwatywnych, na model moherowy czy też kapeluszowy w momencie przesilenia związanego z ingresem arcybiskupa Wielgusa znalazły swe skonkretyzowanie w postaci wzajemnej niechęci pomiędzy duchowieństwem a laikatem. Jedni mieli z wyniosłą dumą podkreślać: „Kościół to my”, drudzy podejmować krucjatę w sprawie upokorzenia tamtych. Ów klerykalizm i jego przeciwieństwo przyjęły jakby nową postać spolaryzowania w symbolu władzy: klerykalizm mierzony odległością od ołtarza oraz laicyzm mierzony odległością do dziennikarskiego mikrofonu. My mamy przeciwko wam ambonę, a my mamy przeciwko wam gazetę. Wiele także pytań o celibat księży czy rolę kobiet w Kościele bierze się z tego samego napięcia w dochodzeniu, kto jest uprzywilejowany, a kto niedoceniony, komu ująć a komu dodać.

Pozostawiając w tle aktualne wydarzenia, pragnę zastanowić się nad fenomenem klerykalizmu i antyklerykalizmu obecnego w naszej przestrzeni doświadczania Kościoła. Skąd się bierze? W co może się przeobrazić? Czy jego rola jest jedynie niszcząca, czy również ozdrowieńcza? Czy są sposoby na uwolnienie się od jego wpływania na uczniów Chrystusa? Co zrobić, aby ludźmi Kościoła nie rządziła ta „milcząca schizma” między duchownymi a wiernymi, ale zasada personalistyczna, pozwalająca wspólnie zaangażować się we wszechstronny rozwój osoby ludzkiej?

Między tramwajem a manifestem
Nasz swojski, nadwiślański antyklerykalizm rozciąga się pomiędzy dwoma biegunami: jednym jest tramwaj, drugim pisma skrajnie lewicowe. Pierwszy reprezentuje jego odmianę zgrzebną, rubaszną, jowialną i emocjonalną, Rozbrzmiewa w postaci dowcipów, opowieści, oburzających przykładów aż po fanatyczne akty pogardy czy napastliwości. Stanowi krytykę stylu życia księży, rodzaj wyżywania się na ich wadach czy poglądach. Karmi się osobistą urazą, dynamiką plotki bądź filozofią „kozła ofiarnego”: wszystkiemu winni są „czarni”.

Od tej „tramwajowej”, obyczajowej odmiany antyklerykalizmu różni się zasadniczo jego postać światopoglądowa, polityczna, szukająca uzasadnień w racjonalnych argumentach i wypolaryzowaniach stanowisk. Jest to klerykalizm krucjatowy, bijący na alarm w obliżu zbliżajacego się zagrożenia, nie tyle osobistego, co ustrojowego, niemalże cywilizacyjnego. Przeglądając artykuły w prasie lewicowej (na przykład w „Bez dogmatu”), można się dowiedzieć, że współczesna Polska to „bastion klerykalizmu” i „postkomunistyczna republika katolicka”. Co do konsekwencji, tworzy on „klimat do postaw ksenofobicznych, nacjonalistycznych, nietolerancyjnych i antysemickich, a także kwestionujących prawa kobiet czy mniejszości seksualnych”. A ponadto „współkształtuje coraz gorsze ośrodki polityczne” (Jan Woleński). Samo pojęcie klerykalizmu, według autorów, oznacza domaganie się, by taki czy inny fragment życia społecznego został poddany wpływowi i kontroli instytucji religijnych. Reakcja na tego typu zjawisko nie polega na samym tylko zwalczaniu ambicji duchownych, a wręcz na próbie zepchnięcia w niebyt, a przynajmniej w sferę prywatną, samej religii. Antyklerykalizm przeobraża się zatem w postulat laickości życia publicznego. Nie wystarcza już sam formalny rozdział Kościoła od państwa, lecz dążenie do laicyzacji społeczeństwa, czyli pozbawienia go jakichkolwiek znaków czy odniesień do Boga, religii czy transcendencji, zwłaszcza jeśli chodzi o dziedzinę polityki i nauki.

Pytanie o wizję Kościoła
Oczywiście, omawiane zjawisko dotyczy nie tylko zewnętrznego reagowania na Kościół, ale i jego wewnętrznej kondycji, a właściwie tego, co w nim bolesnego i niezdrowego. Można powiedzieć, że tak klerykalizm, jaki i jego zwalczanie dotyczą jakiejś patologii dopadającej organizm, będący ze swej natury miejscem komunii i zbawienia. Jak to się dzieje, że Wspólnota uczniów Zmartwychwstałego przemienia się w znak sprzeciwu, nie tylko dla osób z zewnątrz, ale i dla samych jej członków? Czym wytłumaczyć ów rażący fenomen obnażający słabość uczestników tego samego Chrztu i tej samej Paschy Chrystusa? Chyba jedynie tym, że Kościół odzwierciedla w sobie skandal Wcielenia, czyli Ducha umieszczonego w naczyniach glinianych.

Właściwie całe dzieje Kościoła odzwierciedlają pewne napięcie pomiędzy świeckimi i duchownymi. Już same te określenia zwiastują jakąś nierówność: ktoś jest bardziej uduchowiony, ktoś bardziej światowy, ktoś zamieszkuje strefę sacrum, a ktoś profanum. I rzecz nie w tym, że wspólnota wiernych zakłada różnorodność darów i charyzmatów, którymi można w miłości braterskiej wzajemnie sobie służyć – bowiem Bóg jest Tajemnicą jedności w różnorodności, lecz w tym, że ludzki grzech zawsze zainfekuje ludzką wyobraźnię dochodzeniem, kto jest najważniejszy. Przypisuje się papieżowi Bonifacemu VIII powiedzenie, ze „świeccy zawsze byli nieprzyjaciółmi duchownych”. W tle takiej konstatacji kryje się niecna pokusa wykorzystania Bożego daru, w tym wypadku święceń kapłańskich, dla uzyskania przewagi. Nie chodzi tu jedynie o rozpychanie się łokciami w dostępie do lukratywnych stołków: klerykalizm zaszkodził samej definicji Kościoła, sprawiając, że niejednokrotnie utożsamia się go dziś z duchowieństwem. Ostatecznym tego skutkiem jest zjawisko tzw. chrześcijaństwa a-kościelnego, stawiającego na doświadczenie religijne bez względu na instytucję Kościoła, przypominające ucieczkę dzieci z domu dotkniętego patologią. Spirala klerykalizmu i antyklerykalizmu może zostać uleczona przez odnowienie eklezjologii, lecz nie tylko w podręcznikach, ale przede wszystkim w naszych głowach.

Antyklerykalizm praktyczny i ideologicznyCo prowokuje reakcje antyklerykalne i do czego mogą one doprowadzić? W tym względzie postaram się przytoczyć kilka niezbędnych faktów. To, co dziś nazywamy klerem wzrastało w łonie pierwszych wspólnot chrześcijańskich powoli w postaci różnych struktur. Najpierw Dwunastu Apostołów, wśród nich trzy filary Kościoła w Jerozolimie (Piotr, Jakub i Jan), a także siedmiu diakonów pochodzenia helleńskiego. Oni sami, bądź ich delegowani przedstawiciele, dawali początek instytucji zarządzania wspólnotami w postaci stałych posług, gwarantujących tym samym chrześcijańską tożsamość w oceanie idei antycznego świata oraz eklezjalną kontynuację. Posługi te hierarchizują się tak, że już po 200 roku św. Hilary odróżnia duchownych od świeckich, jako tych, którzy na mocy święceń wykonują określone funkcje na korzyść wspólnoty. Słowo „prezbiter” oznaczające „starszego w wierze” zostaje zastępowane określeniem „kapłan”, czyli sprawujący przede wszystkim kult. O ich ważnej roli we wspólnotach świadczy choćby fakt, iż prześladowania na mocy dekretów Maksymina (235 r. po Chr.) czy Waleriana (257 r. po Chr.) są kierowane niemalże wyłącznie przeciwo nim. Edykt tolerancyjny Konstantyna z 313 roku przyniósł nie tylko wolność, ale i przywileje przyznawane biskupom i kapłanom, np. sądzenia w sprawach cywilnych czy zwolnienia z obowiązku świadczenia prac publicznych. Od momentu pierwszych prób usankcjonowania celibatu (synod w Elwirze) formuuje się w Kościele grupa sacris lub maiores, innych niż bracia żyjący w rodzinach, których hierarchiczny porządek tłumaczą nie tylko względy funkcjonalne, ale i nadprzyrodzone: jako „odblask hierarchii niebieskiej”. Przełomowy dla mentalności klerykalnej okazał się wpływ germański. Odtąd kapłan nazywany jest „pośrednikiem łaski”, jego rola jest nieodzowna w zbawieniu. Klerykalizacja Kościoła bierze się z traktowania duchownych jako jego esencji (by go zdefiniować, wystarczy wskazać na jego zhierarchizowaną strukturę). Z czasem ranga Kościoła urasta aż do tego stopnia, że mówi się o zależności władzy doczesnej od religii i poparcia jej duchownych, co w konsekwencji włączy ich w system feudalny epoki. Społeczeństwo średniowieczne jest bardzo sklerykalizowane, co z czasem pobudzi ruchy antyklerykalne o charakterze praktyczno-obyczajowym, występujące zwłaszcza przeciwko sekularyzującym się obszarom Kościoła oraz stylowi życia osób wyświęconych i konsekrowanych. Krytyka dosięga, a to zbyt żądnych władzy biskupów, a to bezwstydnych proboszczów żyjących np. w konkubinacie. Wiele ruchów ascetycznych i pauperyzatorskich walczy ze zgniuśniałymi hierarchami w imię ideału „Kościoła duchowego”, bardzo egalitarnego, w którym rolę przewodników podejmą „doskonali”. Zgorszenie grzechem szafarzy odstręcza od samego sakramentu pokuty i innych sakramentalnych posług. Antyklerykalizm praktyczny zmierza do „wzniesienia stanu świeckiego na poziom duchowny” (Lagarde). Twórcy Reformacji zaproponują antyklerykalizm skrajnie radykalny: negację ontologicznego charakteru święceń kapłańskich i przecenienia waloru „kapłaństwa królewskiego” wszystkich wiernych, co ma oznaczać, że wszystkim przysługuje jednakowa władza, jeśli chodzi o słowo i sakrament. Taki antykonformistyczny antyklerykalizm w efekcie nie zmierzał do reformy hierarchicznych struktur Kościoła, ale do odcięcia się od nich. Nową odmianę antyklerykalizmu przyniosło Oświecenie. Jego ideologiczne założenia zanegowały trzy fundamenty kapłaństwa służebnego: absolutność Biblii, absolutność Tradycji i absolutność Kościoła. Dopuszczało ono istnienie Boga, ale nie Bożej Opatrzności. W związku z tym i Kościół jako taki tracił swą ontologiczną wartość. Tworzono tym samym podstawy dla antyklerykalizmu strukturalnego, a nie okazyjnego. Wiara sprowadzona do poziomu opinii czy osobistych zapatrywań przestawała mieć wpływ na jakość życia. Jej etyczną gwarancję miał zapełniać Rozum. Jasne, że taka desakralizacja życia obróciła się przede wszystkim przeciwko jego naturalnym „sakralizatorom”, czyli szafarzom Bożej łaski. Postulat stworzenia światopoglądowej i etycznej alternatywy oznaczał wyeliminowanie wpływu Kościoła, a nawet jakiejkolwiek religii czy duchowości na społeczeństwo. Antyklerykalizm zamienił się w świadomą i programową akcję usuwania Boga z przestrzeni publicznej. Tą akcją „de-teologizacji” społeczeństwa objęto przede wszystkim trzy newralgiczne obszary: władzę (bezwyznaniowość państwa: „wolny Kościół w wolnym państwie”), nauczanie (wychowanie to sztuka wspomagania rozwoju natury, bez wpływów nadprzyrodzonych) oraz publikacje (nikt nie ma monopolu na prawdę, wolność wyrazu – to wolność od dogmatów). Popularyzatorem postaw antyklerykalnych tym samym stała się prasa. Tak ideologicznie pojęty front antyklerykalny prowadził do coraz to dalszej sekularyzacji społeczeństwa, w którym nie ma prawd, tylko rankingi opinii; nie ma autorytetów moralnych czy duchowych, co najwyżej naukowe lub polityczne. O dojrzałości człowieka nie świadczy już uznawanie hierarchii, ale indywidualny głos sumienia, ostatecznie przesądzajacy o wyborach moralnych. Głos Kościoła w najważniejszych dziedzinach staje się coraz mniej słyszalny, a co za tym idzie: oddala się od wrażliwości społecznej. Wielu wręcz ma mu za złe, że nie chce się dostosować do indywidualnych gustów. Nowa forma antyklerykalizmu wewnątrzkościelnego wyraża się w postawie antychierarchicznej, na zewnątrz zaś w postaci religijnej i etycznej obojętności. Obojętność jest owocem braku duchowego autorytetu w formacji intelektualnej i w życiu praktycznym. Rozprzestrzenianie się ignorancji religijnej wśród nowych pokoleń, a w związku z tym trudność w rozumieniu religijnego języka powodują odwracanie się od wiary i Kościoła, i przyjmowanie postawy obojętnej, płynącej z ignorancji tego, czego się nie rozumie. Stąd po dwóch tysiącach lat w Kościele zdaje się zanikać napięcie pomiędzy klerykalizmem i antyklerykalizmem, ustępując miejsca innemu napięciu pomiędzy wierzeniem a obojętnością religijną. Potrzebna jest ewangelizacja wierna Słowu Bożemu, lecz „nowa” w metodzie, języku i gorliwości, bliska radościom i nadziejom, smutkom i rozczarowaniom ludzi. To jedyna droga, by umieścić na nowo Dobrą Nowinę o…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Nie dać Kościołowi umrzeć