Subskrybuj
Ilustracja: Sylwia Krachulec
Ekspert Centrum Studiów Polska–Azja i doktorant w Instytucie Religioznawstwa UJ. Autor bloga: wloczykij.org, na którym można znaleźć m.in. autostopowy przewodnik po świecie. Pasjonat Korei i języka koreańskiego.

Otwarte niebo Korei

Korea Południowa kojarzy się z wysokim PKB i nowoczesnością. Jednocześnie gdzieś w cieniu drapaczy chmur pastorzy straszą piekłem, buddyjscy mnisi proszą o jałmużnę, szamani zaklinają duchy, a geomanci poszukują życiodajnej energii.

Na początku XX w. prezbiteriański misjonarz James Scarth Gale pisał tak: „Koreańska religijność jest dziwna. Kult przodków miesza się tu z buddyzmem, taoizmem, czczeniem duchów, wróżbiarstwem, magią, geomancją, astrologią i fetyszyzmem”. Nie był jedynym, któremu koreańska duchowość sprawiała problem. Po wiekach izolacji pierwsi odwiedzający Koreę zachodni obserwatorzy dochodzili wręcz do wniosku, że Półwysep Koreański to religijna pustynia. Podróżnicy na próżno szukali egzotycznych świątyń, charakterystycznych dla innych krajów Dalekiego Wschodu, na ulicach nie widziano kapłanów. Neokonfucjanizm, oficjalna ideologia trwającego przez ponad 500 lat Królestwa Joseon, przeciwstawiała się innym systemom wierzeń. Sukces odniosła szczególnie w ośrodkach miejskich oraz kręgach urzędniczych. Inne formy kultu kwitły głównie na prowincji i wśród uboższych warstw społecznych, choć zdarzało się, że potajemnie do buddyzmu bądź szamanizmu skłaniała się również arystokracja. Zakaz wstępu do miast mnichom i szamanom zniesiono dopiero w 1895 r.

Od tamtego czasu Korea przeżyła szereg dynamicznych transformacji religijnych. O ile w Korei Północnej rozwój religii został drastycznie zastopowany przez komunistyczny reżim i dziś wielu nazywa ten kraj najmniej religijnym na świecie, o tyle Korea Południowa stworzyła unikalną religijną mozaikę.

Chrześcijanie, buddyści i inni

Po pierwsze, Korea Południowa jest jednym z nielicznych krajów Dalekiego Wschodu, w którym chrześcijaństwo odniosło sukces. Jedynie na Filipinach odsetek wyznawców Chrystusa jest większy. Według najnowszych badań przekrojowych (Korean Research) chrześcijan (protestantów i katolików) jest dziś więcej niż buddystów. Tych pierwszych znajduje się tu odpowiednio 20% i 11%, podczas gdy buddystów pozostaje ok. 17% (przy populacji 52 mln).

Po drugie, Korea Południowa jest także jednym z najbardziej zróżnicowanych religijnie krajów świata (choć ustępuje np. Singapurowi czy Indiom).

Koreańczycy, czasem dosyć radykalnie, rozgraniczają Religię Pana Nieba (cheonjugyo), czyli katolicyzm, od Kościołów protestanckich (gaesingyo). Te z kolei są wewnętrznie niezwykle różnorodne, bo w  gaesingyo wpisują się zarówno prezbiterianie, lokalne ekstatyczne ruchy pentekostalne (z kontrowersyjnym megakościołem na wyspie Yoido, największą kongregacją protestancką w Korei Południowej), jak i Ruch świętych w dniach ostatnich (mormonów w Korei jest ok. 100 tys.). Równie niejednolity jest buddyzm, choć dwie największe szkoły, Jogye i Taego, różnią się przede wszystkim wymogami stawianymi mnichom (główną osią niezgody jest celibat). W dodatku w Korei niemało jest religii próbujących łączyć nauki Zachodu z mądrością Wschodu w ramach tzw. nowych ruchów religijnych (NRR). Do najgłośniejszych należy znany z masowych ślubów na stadionach Kościół Zjednoczeniowy założony przez Sun Myung Moona (obecny zresztą i w Polsce) oraz kontrowersyjny, apokaliptyczny Kościół Shincheonji, który stał się medialnym kozłem ofiarnym w okresie pandemii COVID-19 w Korei. Po szybkim wzroście zakażeń w jednej z jego wspólnot spadła na niego ogromna krytyka, tak jakby to forma tego wierzenia przyczyniła się do zakażeń. Miesiąc później kryzys wirusowy w jednym z Kościołów protestanckich już nie wzburzył w podobnym stopniu opinii publicznej. Popularny jest również ikonoklastyczny buddyzm won, łączący buddyjskie i protestanckie praktyki rytualne z naciskiem na filantropię, naukę i egalitaryzm. Obecnie koreańscy religioznawcy doliczają się ok. 500 nowych religii. Choć większość z nich ma marginalny zasięg, to największe stale rosną. W sumie wyznawcy NRR stanowią ok. 2% populacji Korei Południowej.

Po trzecie, przy całej religijnej różnorodności nie sposób wskazać jednej tradycji zasadniczej dla koreańskiej tożsamości. Tym Korea drastycznie różni się nie tylko od Polski, ale także od sąsiadów, gdzie albo religijność znajduje się pod państwowym butem (Chiny, KRLD), albo spotykamy religie silnie powiązane z państwem oraz etosem narodowym (shinto z buddyzmem w Japonii, prawosławie w Rosji). Tymczasem wystarczy spojrzeć na symbole narodowe Korei, by dostać zawrotu głowy. Koreański hymn narodowy, napisany przez protestanta, już w pierwszym wersie odnosi się do Boga; koreańska flaga zawiera symbole związane z taoizmem i konfucjanizmem, a świętem narodowym jest tzw. Dzień Otwarcia Nieba (gaecheonjeol) upamiętniający mitycznego pierwszego władcę Korei, Tanguna, syna niebiańskiego bóstwa i niedźwiedzicy, wprost wywodzącego się z koreańskich nowych ruchów religijnych.

Siłą rzeczy wiele fascynujących zjawisk umyka uproszczonym ankietom. Korea nie przestaje zaskakiwać właśnie dlatego, że pod powierzchnią oficjalnych deklaracji religijnych kryje się sfera graniczna. Zjawiska pozbawione jasnych doktryn czy instytucji, nienormatywne lub niewpasowujące się w wąskie rozumienie tego, czym jest religia. Rodzi to liczne nieporozumienia. I nieskończone pole do badań dla naukowców.

Ureligijnienie Korei

Jonggyo, koreańskie słowo używane jako tłumaczenie pojęcia „religia”, upowszechniło się dopiero w II poł. XIX w. w wyniku działań chrześcijańskich misjonarzy. Do tego czasu Koreańczycy rozumieli swoje tradycje jako zbiór nauk (hag), praktyk (beob) lub drogę (do). W dodatku choć dziś przychodzi nam z pewną łatwością wskazywanie podobieństw pomiędzy religiami, buddyjscy mnisi, szamani czy pastorzy XIX w. byliby nierzadko zszokowani umieszczeniem ich w obrębie jednej kategorii. Dyskurs na temat „religii świata” dopiero się formował, wypierając wcześniejsze rozumienie religii jako tej „jedynej słusznej”, czyli chrześcijaństwa.

Zaadaptowanie nowej terminologii rodziło jednak problem dobrze dziś znany religioznawcom. Dziś jako religie powszechnie uznaje się to, co przypomina chrześcijaństwo. Zjawiska pozbawione charakterystycznych dla niego elementów: silnej instytucji, spisanej doktryny czy sformalizowanego kultu, wypadają poza nawias. To ma znaczenie, ponieważ kategoria religii nie jest neutralna. To, czy coś zostanie uznane za religię bądź nie, ma ogromny wpływ na akceptację społeczną.

W Korei nie każde wyznanie jest uważane za „prawdziwe”. Już rząd kolonialny za legalne uznawał wyłącznie buddyzm i chrześcijaństwo.

W dyskursie Cesarstwa Japońskiego nawet shinto nie było religią, a ideologią państwową, co pozwalało wymuszać praktyki rytualne także na chrześcijanach (choć z pewnymi oporami, to skutecznie). Wszystkie rdzenne tradycje, takie jak czondoizm (dosł. Religia Niebiańskiej Drogi) czy tangunizm, były zwalczane i charakteryzowane jako pseudoreligie. Ich popularność, także szamanizmu, tłumaczono jako dowód na prymitywizm Koreańczyków.

Pokłosiem tego legalizmu jest także dzisiejsze postrzeganie świata, gdzie „stare” religie, takie jak buddyzm i chrześcijaństwo, są społecznie akceptowane, a te nowe znacznie mniej. W prasie głównego nurtu dziennikarze (nierzadko chrześcijanie), czerpiąc z dyskursu chrześcijańskich ośrodków antykultowych, NRR zbiorczo nazywają sektami (saibi) lub wręcz wprost herezjami (idan). Chcąc uniknąć konfliktów lub negatywnej stygmatyzacji, wielu Koreańczyków działających w NRR odżegnuje się od definiowania ich tradycji jako religii w ogóle.

Praktykujący niewierzący?

„Oto kraj, w którym połowa mieszkańców to ateiści” – to powszechne i całkowicie błędne przekonanie o Korei Południowej. Być może pasuje nam ten ateizm do państwa, które słynie z pasji do edukacji i coraz to wymyślniejszych technologii? Nieraz zdanie to jest wypowiadane z niekrytym podziwem lub wręcz zazdrością dla wyobrażonej racjonalności narodu koreańskiego. Fakt, ok. połowa mieszkańców tego kraju w badaniach nad religijnością zaznacza jej brak (jonggyo eobseum). Sprowadzenie światopoglądu tej grupy do np. ateizmu o scjentystycznym zabarwieniu jest jednak dalekim nadużyciem.

Koreańscy bezwyznaniowcy to bardzo zróżnicowana grupa. Tak, są wśród nich tacy, których światopogląd zbliżony jest do tego, co rozumiemy jako materialistyczny ateizm – według badań Gallup Korea stanowią ok. 15% populacji.

Jednocześnie większość nieuważających się za religijnych Koreańczyków wciąż odwiedza szamanów, odprawia rytuały ku czci przodków lub wierzy w niespersonalizowane siły przekraczające świat materialny. Takie siły stoją u podstawy kosmologii konfucjańskiej i choć dziś metafizyka konfucjańska straciła na znaczeniu, podobna wizja świata kultywowana jest przez pungsu (koreańskie feng shui), filozofię do (taoizm) i hanui (medycynę tradycyjną). Te postawy, które religioznawcy nazwaliby religijnymi, w Korei nie są jednak zazwyczaj rozumiane jako religia.

By lepiej zrozumieć ten problem, posłużmy się przykładem z filmu Ekshumacja (reż. Jang Jae-hyun), który w zeszłym roku święcił triumfy w koreańskich kinach, gromadząc niemalże 12 mln widzów! Fabuła przypomina typowy horror, jednak to wątki religijne są w nim najciekawsze. By pokonać zło, przedstawiciele szamanizmu, buddyzmu i chrześcijaństwa będą musieli zapomnieć o światopoglądowych różnicach i połączyć siły. Jest wśród nich również mistrz geomancji (grany przez niezastąpionego Choia Min-sika). W pewnym momencie słyszymy jego myśli, by dowiedzieć się, że dla różnych ludzi pungsu, czyli owo koreańskie feng shui, ma różne znaczenie: dla jednych jest zabobonem lub oszustwem, dla innych religią albo nauką.

Dla głównego bohatera stanowi niewątpliwie naukę. U podstaw orientalnej geomancji stoją bowiem liczne zasady definiujące, kiedy biegnąca rzekomo pod ziemią energia gi jest najmocniejsza i jak czerpać z niej różne korzyści. W końcu pungsu dosłownie oznacza „wiatr i wodę”. Upraszczając, za pomyślne miejsce uważano kotlinę, najlepiej w kształcie konia, ulokowaną u podnóża dominującej, skierowanej na północ góry, z ciekiem wodnym na południu (woda nie może być jednak stojąca). Wystarczy spojrzeć na układ koreańskich miast, by zauważyć, że ich architekci kierowali się zasadami pungsu.

W dynamicznym świecie południowokoreańskiego kapitalizmu profesja geomantów tylko urosła w siłę. Zwłaszcza zamożni Koreańczycy pamiętają, by budować domy rozplanowywane przez ekspertów od pungsu. Trochę w myśl zasady „przezorny zawsze ubezpieczony”. Niepomyślne gi mogłoby przynieść straty w biznesie. Innym powszechnym dowodem na działalność geomantów są rodzinne groby, charakterystyczne zielone kopczyki, którymi utkane są koreańskie góry. Miejsce pochówku ma mieć szczególne znaczenie dla pomyślności bliskich zmarłego. Podstawą tej wiary jest przekonanie, że duch zmarłego, honbaek, składa się z dwóch esencji. Pierwsza staje się częścią niebios, druga pozostaje związana z ziemią poprzez kości i przez pewien czas może wpływać na swoich potomków. Przyjaznemu usposobieniu zmarłych sprzyja rytuał ku czci przodków, jednak nieodpowiednio dobrane miejsce lub niewłaściwa pora pochówku mogą grozić… cóż, zachęcam do obejrzenia Ekshumacji.

Geomancja, choć zawiera treści metafizyczne, zakłada też konkretne metody ich kontroli. Nacisk nie jest kładziony na wiarę, lecz na praktykę. Wreszcie nawet jeżeli nie zgadzamy się z metafizycznymi założeniami pungsu, to trudno nie dostrzec w metodzie licznych praktycznych zasad – budowanie domu bezpośrednio u podnóża góry wystawiało go na zagrożenie powodzią, a na szczycie był narażony na uderzenia wiatrów. Podobny paranaukowy charakter ma medycyna orientalna. Nie należy jej mylić z medycyną chińską, choć obie czerpią z podobnych źródeł. Koreańczycy podkreślają znaczenie własnych mistrzów medycyny i w swoim języku mówią po prostu o medycynie koreańskiej, czyli hanui. W tłumaczeniu na angielski utarła się jednak nazwa „medycyna orientalna”, być może z powodu wkładu w tradycję mistrzów z Japonii i Wietnamu.

Choć powszechnie kojarzy się ją z różnego rodzaju ziółkami, stawianiem baniek i akupunkturą, istotny jest również aspekt duchowy. W ujęciu hanui przez ciało człowieka przepływają trzy energie: jong, czyli krew, coś, co możemy zobaczyć; gi, energia niewidzialna, i shin, czyli duch / świadomość. Medycyna orientalna zakładała holistyczną wizję człowieka i nie przeprowadzała na ciele człowieka operacji (ten aspekt zachodniej medycyny był dla Koreańczyków szokujący jeszcze w XIX w.). Właściwego balansu szukano poprzez wpływanie na meridiany, punkty w ciele, przez które gi ma przechodzić. Giwyczuć można ponoć…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak smakuje życie w Korei