Pochwała dziewictwa wybranego „dla królestwa niebieskiego” (Mt 19, 12) rozbrzmiewa w Kościele od zawsze. Jego duchowa wartość jest w istocie bezsprzeczna. Dobrowolna rezygnacja przez niektórych z małżeństwa uzmysławia całej wspólnocie wierzących jej charakter Oblubienicy Chrystusa, stającej do mistycznych zaślubin jako „czysta dziewica” (2 Kor 11, 2). Już w pierwszych wiekach dziewictwo stało się szczególnie dobitnym wyrazem całkowitego poświęcenia życia Bogu, do którego wezwany został każdy ochrzczony. Blask tego charyzmatu, będącego zresztą udziałem samego Jezusa (mistycznego Oblubieńca Kościoła), zdaje się często porażać wzrok. Dziewictwo lub celibat jawi się wtedy jako warunek pełnej doskonałości chrześcijańskiej, a przynajmniej coś bardziej wartościowego niż „zwyczajne” życie w małżeństwie. Zapewnienie, że „dobrze jest człowiekowi nie łączyć się z kobietą”, znajdujemy już w Pierwszym Liście do Koryntian, choć rozwijając swą myśl, autor natchniony zaznacza, że „nie ma w tej sprawie nakazu Pańskiego” i udziela jedynie rady na podstawie własnych doświadczeń (por. 1 Kor 7, 1. 25-40). Mimo to ojcowie Soboru Trydenckiego uznali za stosowne obłożyć ekskomuniką wszystkich, którzy zaprzeczają twierdzeniu, że jest „lepiej i szczęśliwiej pozostać w dziewictwie lub celibacie”. W związku z powyższym szeroko rozpowszechniła się opinia, że Kościół uroczyście orzekł wyższość dziewictwa nad małżeństwem. Nowsze studia nad doktryną Trydentu pozwalają jednak powątpiewać w rzeczywistą intencję ogłoszenia niezmiennej i nieomylnej nauki we wszystkich kanonach zawierających anatemę . Jak się zdaje, XVI-wieczny sobór po prostu stanowczo przeciwstawia się w danej kwestii poglądom reformatorów dezawuujących stan zakonny. Głosiciele wyższości dziewictwa powołują się niekiedy na wypowiedź Pana Jezusa zapisaną w dziewiętnastym rozdziale Ewangelii według Mateusza. Gdy w odpowiedzi na pytanie o dopuszczalność rozwodu Chrystus mówi o stawaniu się w małżeństwie jednym ciałem, uczniowie reagują stwierdzeniem: „Jeśli tak (…), to nie warto się żenić”. Wówczas Mistrz oznajmia: „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko, ci, którym to jest dane” (por. Mt 19, 1-12). Czy jednak możemy uznać, że nasz Pan wyraża w ten sposób zgodę na wniosek wynikający z małoduszności słuchaczy? Przecież owo „nie warto” stanowi reakcję mężczyzn, którym właśnie przypomniano, że małżeństwo nie polega na dowolnym dysponowaniu podporządkowaną sobie istotą, lecz że związek mężczyzny z kobietą jest z woli Bożej misterium głębokiego zjednoczenia, komunią osób. Egoizm i wygodnictwo każą im więc powiedzieć: „w takim razie nie warto się angażować”. Czy mamy prawo przypuszczać, że Jezus pochwala taki punkt widzenia? Uważna lektura przywołanego fragmentu Ewangelii pokazuje coś wręcz przeciwnego. Cały tekst brzmi o wiele bardziej logicznie, jeśli przyjmiemy, że zdanie „nie wszyscy to pojmują” odnosi się do wyłożonej dopiero co przez Jezusa nauki o małżeństwie. Zaraz potem Nauczyciel dodaje wyjaśnienie, że istnieją ludzie do „pojmowania” małżeństwa niezdolni (w tekście oryginalnym dosłownie: „kastraci”) – którzy się takimi urodzili lub których tej zdolności pozbawiono. Dopiero na końcu, najprawdopodobniej usprawiedliwiając własny styl życia, dorzuca frazę o takich, którzy „kastratami” zostają „dla królestwa niebieskiego”. Również w tym przypadku następuje odwołanie się do osobistych predyspozycji każdego z słuchających: „Kto może pojąć, niech pojmuje”. Chyba trudno się tu dopatrzyć wartościowania poszczególnych sposobów przeżywania ludzkiej płciowości. Zawarte u Mateusza pouczenie dobrze koresponduje między innymi z doktryną o małżeństwie jako „tajemnicy wielkiej w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła” (Ef 5, 32). Czy bycie ikoną mistycznych zaślubin Pana z ludzkością może zostać uznane za coś tylko „naturalnego”, wręcz przyziemnego w porównaniu z oblubieńczym oddaniem Chrystusowi w poświęconym dziewictwie? Raczej należałoby powiedzieć za Apostołem: „Każdy otrzymuje własny dar od Boga: jeden taki, a drugi taki” (1 Kor 7, 7). Jedni wyrażają swym życiem prawdę o Jedynym Oblubieńcu każdej duszy, drudzy – nie odmawiając Panu miłości całym sercem, duszą, umysłem i mocą – ucieleśniają w zjednoczeniu z danym im przez Boga współmałżonkiem trudne piękno wzajemnego poddania (por. Ef 5, 21). Ukochana osoba, którą widzą, jest dla nich w szczególny sposób sakramentem Umiłowanego, którego nie widzimy (por. 1 J 4, 20). Należałoby może spytać, czy wobec ukazanej w Objawieniu godności małżeństwa zawartego i przeżywanego „w Panu” (por. 1 Kor 7, 39) uprawnione jest widzenie w nim powołania wymagającego mniej łaski i kwitowanie całej sprawy stwierdzeniem, że „odwołując się do naturalnych ludzkich pragnień, można zbudować dobrą rodzinę” ? Istnieją z pewnością całkiem dobre rodziny niewierzących, lecz w sakramencie małżeństwa chodzi o coś więcej: o „domowy Kościół”. Kościoła zaś nie buduje się w oparciu o naturalne ludzkie pragnienie bycia z innymi. Analogicznie do wywyższania dziewictwa kosztem małżeństwa można by uznać powołanie eremity – dzięki szczególnej łasce obcującego z Bogiem sam na sam – za doskonalsze od wezwania do życia w bardziej „naturalnej” wspólnocie kościelnej lub choćby tylko zakonnej. To jednak brzmiałoby dość dziwnie w kontekście uwidocznionego w historii zbawienia Boskiego upodobania do zbawiania…