Po opublikowaniu w kwietniowym numerze „Znaku” artykułu generała Stanisława Kozieja o dylematach związanych z tarczą otrzymaliśmy od jednego z czytelników list, którego fragment pozwolę sobie zacytować:
„W argumentacji używanej przez władze dla uzasadnienia lokalizacji bazy w Polsce dużą wagę przypisuje się >>zwiększeniu bezpieczeństwa naszego kraju<<, czyli mówiąc otwartym tekstem, zabezpieczeniu nas przed rakietami wystrzeliwanymi z Rosji, przeciwko którym chcemy dostać rakiety Patriot. Jest to argument dobrze odbierany przez naszych rodaków, w których pokutują lęki zaszczepione w nas w ubiegłych wiekach, ale obecnie już nieuzasadnione. Argument zwiększenia naszego bezpieczeństwa dostawą rakiet Patriot jest o tyle chybiony, że rakiety te są mało skuteczne, szczególnie przy atakach na krótki i bardzo krótki dystans, jaki stoi do dyspozycji Rosji (…). Na ten temat amerykański specjalista, gen. Henry Obering powiedział, że lepiej, by odłamki spadły na ziemię (czyli w Polsce), niż by rakieta wybuchła (w USA). Jeżeli więc tarcza antyrakietowa miałaby na prawdę służyć tylko do zwalczania rakiet z Iranu, to słuszniejsze byłoby jednak instalowanie jej w Norwegii lub Islandii, a nie w Polsce, gdyż szczątki rozbitej rakiety spadałyby raczej do morza niż na ląd.”
Dla osób niewtajemniczonych w technologię militarną argumentacja naszego czytelnika może wydawać się przekonująca. Musimy więc zacząć od pytań podstawowych: czym jest tarcza antyrakietowa, jaka jest jej skuteczność oraz czy Polska zyskuje na jej instalacji u siebie?
STANISŁAW KOZIEJ: Można spotkać się z opiniami, że obrona przeciwrakietowa nie ma w ogóle żadnego sensu; że jest zbytecznym przedsięwzięciem, rodzajem ideologicznego wymysłu na krótką metę… Sądzę jednak, że obrona przeciwrakietowa jest logicznym, dalszym ciągiem rozwoju systemów bezpieczeństwa budowanych przez człowieka. Tak jak w przeszłości, gdy po pojawieniu się miecza wymyślono tarczę, po uzbrojeniu wojowników w skuteczne łuki trzeba było ich ubrać w kolczugi, zaś po wprowadzeniu do uzbrojenia czołgów zbudowano armaty przeciwpancerne.
Dzisiaj, głównym nośnikiem sił uderzeniowych nowoczesnych armii są rakiety. Wszyscy pamiętamy niedawny konflikt na pograniczu izraelsko-libańskim, kiedy Izrael całymi tygodniami zasypywany był deszczem rakiet – i to nie przez żadne mocarstwo, tylko przez pozarządową, niepaństwową strukturę Hezbollahu. Ten przykład pokazuje jak ważne dla bezpieczeństwa są zagrożenia rakietowe.
Naturalną odpowiedzią na rozwój technologii rakietowej jest unowocześnianie obrony przeciwrakietowej. Jak zawsze oczywiście, ten wyścig jest nierozstrzygalny. Żadna tarcza nie zneutralizuje zagrożeń rakietowych, podobnie jak kiedyś obrona przeciwpancerna nie wyeliminowała czołgów, ani najskuteczniejsze środki przeciwlotnicze nie doprowadziły do rezygnacji z samolotów. Obrona przeciwrakietowa daje jednak pewną szanse na zapewnienie bezpieczeństwa w pewnym specyficznym przypadku.
Strategiczną potrzebę obrony przeciwrakietowej w nowoczesnym środowisku bezpieczeństwa wyraża hasło „asymetrycznych zagrożeń nuklearno-rakietowych”. Po zakończeniu zimnej wojny pojawiło się w światowym środowisku bezpieczeństwa coś zupełnie nowego, a mianowicie relacje nuklearno-rakietowe między potęgami nuklearnymi i podmiotami mniejszymi, dysponentami niewielkich potencjałów rakietowych i nuklearnych. I o ile w okresie zimnej wojny dla zachowania stabilności bezpieczeństwa wystarczała stosowana przez Stany Zjednoczone i Związek Radziecki zasada wzajemnego odstraszania się w pełni skutecznymi uderzeniami odwetowymi (zasada MAD – wzajemnego gwarantowanego zniszczenia), to w dzisiejszym świecie ta zasada oczywiście nie może być już skuteczna.
Jednocześnie, technologia stworzyła mocarstwom możliwość zestrzelenia rakiety przez antyrakietę. Nie ma obecnie fizycznej możliwości zbudowania parasola przeciwrakietowego, który byłby w stanie zniszczyć wszystkie rakiety, które jedno mocarstwo atomowe odpali przeciw drugiemu – istnieje natomiast możliwość zestrzelenia niewielkiej liczby rakiet. Stąd bierze się tak duża, strategiczna atrakcyjność tarczy antyrakietowej.
Podobnie jak po ostatniej nocy przyszedł dzień dzisiejszy, tak w sposób nieunikniony po eksplozji potencjału rakietowego przyszedł okres rozbudowy potencjału antyrakietowego. W przyszłości, nasi potomkowie będą żyli w okresie rozwoju innych rodzajów uzbrojenia i środków obrony przed nimi – w naszych czasach pojawił się ten problem. Stanęła przed nim Polska. Złożono nam ofertę udziału w budowie systemu obrony przeciwrakietowej. Systemu obliczonego głównie na potrzeby Stanów Zjednoczonych, ale mogącego spełniać również funkcje obronne w stosunku do Europy i Polski – w pewnym ograniczonym zakresie. I z tego, moim zdaniem, wynika bardzo ważna sprawa: a mianowicie, jeśli tarcza antyrakietowa daje nam tylko niewielką szansę osłony terytorium Polski, powinniśmy zabiegać w negocjacjach o to, aby ją odpowiednio uzupełnić i móc z niej czerpać, podobnie jak Stany Zjednoczone, pełne korzyści.
Co jest mieczem, przed którym mamy się chronić tarczą? Kto jest potencjalnym wrogiem, którego Rzeczpospolita powinna się obawiać?
STANISŁAW KOZIEJ: Kiedy mówimy o obronie przeciwrakietowej mamy na myśli wymiar globalny bezpieczeństwa międzynarodowego i dopiero na dalszym etapie możemy się zastanawiać jak w tym znajduje się Polska.
Zagrożenie rakietowe dla światowego bezpieczeństwa stwarzają państwa „problemowe”, nazywane tak od niedawna przez amerykańskich strategów. Chodzi o pewne państwa, które niechętnie dostosowują się do reguł i norm życia międzynarodowego, a równocześnie są niebezpieczne – łamią różne porozumienia, często rządzą nimi dyktatorzy – i w związku z tym mogą skutecznie szantażować wielkie mocarstwa groźbą ataku. Wszyscy znamy wynikające z teorii Tadeusza Kotarbińskiego zasady sprawnego działania: groźne jest nie tyle użycie siły, co utrzymywanie przez cały czas groźby jej użycia. Proszę zauważyć, jak łatwo jest państwom „problemowym” szantażować wielkie, demokratyczne społeczeństwa zachodnie groźbą wykonania takiego ataku. Ponadto, wśród ekspertów przeważa dziś opinia, że jest tylko kwestią czasu, aby w posiadanie broni rakietowo-nuklearnej weszły struktury niepaństwowe, z organizacjami terrorystycznymi na czele, które w różnoraki sposób – niekoniecznie „trzymając ją w ręku” – będą mogły wykorzystywać dostęp do niej.
Polska jest na tym tle jednym z elementów systemu światowego. W erze globalizacji trudno mówić o bezpieczeństwie jakiegokolwiek państwa w oderwaniu od bezpieczeństwa rozumianego w szerszym kontekście. Jeszcze sto lat temu zasada „niech się dzieje co chce, byle moja chata stała cała” była zasadna. Teraz jesteśmy częścią wielkiego systemu bezpieczeństwa międzynarodowego, w związku z tym w naszym interesie międzynarodowe powinna leżeć jego stabilność. Obecnie natomiast, nie dostrzegam bezpośredniej groźby ataku rakietowego na Polskę ze strony państw „problemowych”.
Jako część większego systemu, musimy pomyśleć nie tylko o implikacjach natury militarnej, ale też o międzynarodowych konsekwencjach politycznych, które wynikną z instalacji tarczy. Opinia publiczna często wysuwa argument, że Polska „występuje przed szereg”, że w jakiś sposób – poprzez naszą akceptację tarczy na terenie naszego kraju – osłabiamy nasze związki, choćby z Unią Europejską i przyczyniamy się do tego, że NATO nie będzie funkcjonowało tak jak powinno. Wiele osób uważa, że nie mamy wypracowanej strategii co do tego, jak mamy odnaleźć się w wielokącie Unia Europejska–NATO–Stany Zjednoczone. Jakie mogą być międzynarodowe konsekwencje naszej zgody na zainstalowanie elementów tarczy antyrakietowej w Polsce?
ROMAN KUŹNIAR: Niedobry ze mnie adresat pytań, w odpowiedzi na które mógłbym uzasadniać stanowisko polskiego rządu; jestem bowiem krytyczny wobec projektu tarczy antyrakietowej i nie znajduję dosłownie ani jednego racjonalnego argumentu na rzecz udziału w nim Polski. Ten projekt jest zły sam w sobie. Nie odpowiada na realne zagrożenia dla bezpieczeństwa międzynarodowego, w tym bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych i Polski. Jest pozbawiony sensu, oparty na pewnej mitologii i wyobrażeniach odnoszących się do analizy środowiska bezpieczeństwa międzynarodowego. Zagrożenia, którym tarcza miałaby stawiać czoła, są zagrożeniami z kategorii science-fiction. Naprawdę nie wierzę w to, żeby perskie rakiety miały zasłonić niebo nad Mazowszem czy Kolorado, podobnie jak kiedyś strzały wojsk perskich pole nad Termopilami…
Państwa słabsze nie atakują mocarstw – ponieważ państwa nie popełniają samobójstwa.
Atak na Amerykę rakietą balistyczną to jest podpisanie na siebie wyroku śmierci z natychmiastowym wykonaniem, biorąc pod uwagę możliwości odwetu jakimi dysponuje Waszyngton.
Mówiąc pospolicie: „co komu do domu, jak dom nie jego”… System amerykański budują Amerykanie – jeżeli są jakoś bardzo zastrachani, bardzo proszę. Nie uważam, żeby najpotężniejsze mocarstwo, które wydaje na zbrojenia połowę tego co reszta świata, które ma nieporównywalną z nikim innym power projection – żeby ono miało prawo czuć się zastrachane. Te lęki amerykańskie być może wymagają jakiegoś leczenia. Rozumiem 11 września – ale tarcza antyrakietowa nie jest odpowiedzią na 11 września, to oczywiste!
Zgadzam się natomiast ze Stanisławem Koziejem, że w przyszłości mogą wystąpić zagrożenia rakietowe, które będą wymagać odpowiedzi. W swojej notatce, z powodu której zostałem odwołany z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, silnie akcentowałem że budowa amerykańskiego systemu antyrakietowego zablokuje budowę systemu atlantyckiego oraz, w dalszej perspektywie, europejskiego. Europejczycy do swojego systemu jeszcze nie dojrzeli: jest to wynik percepcji sytuacji, którą oceniamy racjonalnie i podejmujemy odpowiednie działania. Jeżeli nie dostrzegamy zagrożeń – nie zapobiegamy im. Włączenie Polski w budowę narodowego, amerykańskiego systemu obrony uniemożliwi budowę systemu atlantyckiego wtedy, kiedy uznamy – my, czyli Sojusz Północnoatlantycki – że istnieją zagrożenia tego rodzaju.
Warto również zdać sobie sprawę, że budowa systemu europejskiego jest także blokowana przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników w Europie – oni mają taką Schadenfreude, bo z jednej strony blokują, a z drugiej mówią: „o, patrzcie, Europa nie może niczego zbudować”, jakby zapominali że przed chwilą blokowali pewne decyzje w tej dziedzinie – to jest trochę taka schizofrenia, nie tylko zresztą polska.
Przykład z Libanem nie do końca jest właściwy. W wojnie między Izraelem a Hezbollahem zginęło ponad 1200 cywilów libańskich, kilkudziesięciu żołnierzy izraelskich, oraz tyle samo cywilów z Izraela. Rakiety Hezbollahu nie okazały się takie groźne.
Tarcza antyrakietowa jest po prostu niepotrzebna i jej budowa wywoła cały szereg szeregu negatywnych konsekwencji dla Polski. System zaszkodzi jedności atlantyckiej, uniemożliwi budowę podobnego systemu natowskiego, popsuje klimat w Unii Europejskiej oraz stworzy nam pewne trudności w stosunkach z Rosją.
Wyrzutnia antyrakiet w Polsce nie stworzy dla Rosji żadnego bezpośredniego zagrożenia. Natomiast cały system, w jego globalnej konfiguracji, która ma być osiągnięta w latach 2030–2035, uszczelni bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych także po to aby mogły one w miarę swobodnie przeprowadzać operacje typu irackiego w dowolnej części świata, nie będąc narażonymi na odwet w stosunku do swoich żołnierzy, baz czy okrętów znajdujących się w rejonie walk. Cały system, jako gra o sumie zerowej, w której zyskują wyłącznie Amerykanie, pogorszy więc sytuację strategiczną innych państw. Rozumiem więc odczuwany przez innych dyskomfort. Ze względów historycznych nie mam wielkich sympatii w stosunku do rosyjskich potrzeb bezpieczeństwa, musimy je jednak zrozumieć. Nie możemy postępować jak Kali: „jak Kali się zbroi to dobrze a kiedy ktoś inny chce wydać złotówkę na zbrojenia to bardzo niedobrze”.
Wśród Polaków istnieje obawa, że Europejczycy nie są w stanie zapewnić Polsce odpowiedniego bezpieczeństwa…
ROMAN KUŹNIAR: Niepotrzebnie. Jesteśmy członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego – a to jest bardzo dobry sojusz, który zapewnia nam bezpieczeństwo w takim zakresie, w jakim wielostronne sojusze zapewniają bezpieczeństwo wszystkim innym państwom. Problem stanowi fakt, że powstanie systemu amerykańskiego spowoduje zróżnicowanie standardów bezpieczeństwa wewnątrz Sojuszu Północnoatlantyckiego. Pisali o tym nawet polscy znawcy problemu, którzy zresztą dzisiaj negocjują z Amerykanami.
Jeżeli minister Waszczykowski mówi, że NATO nie jest już sojuszem naszych marzeń – to jest to katastrofa! Polska odniosła wielkie sukcesy jeśli chodzi o politykę zagraniczną, „grając” w sposób wielostronny: w Unii Europejskiej czy NATO. Natomiast jeżeli chwytamy się tylko jednej gałęzi, osłabiając w ten sposób systemy wielostronne, które wcześniej współtworzyliśmy, to jest to przejaw prymitywizacji myślenia, a ponadto ograniczenia sobie pola manewru w dziedzinie bezpieczeństwa. W studiach nad strategią, swoboda wyboru stanowi jedną z podstawowych zasad.
Wiążąc się ze Stanami Zjednoczonymi poprzez budowę tarczy uzależniamy się od jednej, amerykańskiej polityki bezpieczeństwa, która nie jest wolna od błędów, często działa wbrew prawu międzynarodowemu i woli społeczności międzynarodowej. Przykład iracki unaocznił nam, że nawet najpotężniejsi i najbogatsi mogą się mylić. W związku z tym trzeba zachować pewną swobodę manewru – a my sami się jej pozbawiamy wchodząc w ten system. Równocześnie takie stanowisko nie przeszkadza mi wcale uważać się za zdecydowanego zwolennika dobrych związków, także w dziedzinie bezpieczeństwa, ze Stanami Zjednoczonymi.
Profesor Kuźniar poruszył kwestię suwerenności – czym ona jest, jak ją należy dzisiaj rozumieć? W „International Herald Tribiune” przeczytałem niedawno, że pomimo tego, iż w najbliższych latach Polska otrzyma z Unii Europejskiej około 75 miliardów dolarów, rząd wydaje się proamerykański – z kolei społeczne poparcie w Polsce dla polityki amerykańskiej spadło w ciągu roku z 62 procent do 38 procent.
Poparcie spada, jaka więc będzie pozycja Rzeczpospolitej jako kraju suwerennego? Jak w odpowiedni sposób, politycznie „skonsumować” propozycję tarczy aby nie tracić w kontaktach z Unią?
LESZEK JESIEŃ: Nie podejmuję się odpowiedzi na pytania polityczne, a takie jest pytanie o to, jak w tej sytuacji się zachować. Powinni na nie odpowiedzieć politycy. Ja nie jestem politykiem, jestem zwykłym akademikiem, moje uwikłania polityczne mają charakter ekspercki.
Podstawą do rozstrzygnięć politycznych powinna być natomiast odpowiedź na pytanie: jaka jest natura współczesnych stosunków międzynarodowych? Odpowiedź mojego przyjaciela Romana Kuźniara jest anachroniczna. Otóż natura współczesnych stosunków międzynarodowych nie jest już tylko międzypaństwowa. Całe rozumowanie przeciwników tarczy oparte jest na założeniu pewnej racjonalności zachowań, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Jak zachować się w sytuacji, w której nie możemy się spodziewać racjonalności zachowań wszystkich graczy, a my, jako państwo, nadal musimy posługiwać się zachowaniem racjonalnym, w dodatku „bronionym” przed opinią publiczną, a więc odpowiadającym preferencjom politycznym społeczeństwa i jego wyobrażeniom co do miejsca w cywilizacji, w której się znajduje – to jest osobna historia.
Najważniejsze jest pytanie o wspólnotę wartości: „z kim jesteśmy?” zamiast: „przeciw komu?”. Tak naprawdę nie wiadomo przeciwko jakiemu mieczowi będzie skierowana tarcza antyrakietowa – i w tym sensie jest to odpowiedź nowoczesna, bo gdybyśmy to wiedzieli, nasza odpowiedź byłaby zgodną z tradycją analiz dotyczących zachowań przeszłych, w myśl której przewiduje się wojny, których rozstrzygnięcie miało już miejsce w przeszłości.
Przekonanie, że wybór między Ameryką a Europą jest wyborem między tatusiem i mamusią, jest fałszywe. Żyjemy zarówno w racjonalnych relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, jak i w świecie europejskim, w racjonalnych relacjach z naszymi partnerami w Unii Europejskiej. W tym sensie nie ma tu żadnego problemu. Problem dotyczy natomiast tego, jak radzić sobie z państwami lub organizacjami, które w przyszłości mogą wejść w posiadanie rakiet i wszystkiego, co można do nich „włożyć”, łącznie z tzw. „brudną” bronią nuklearną i bardzo groźną bronią biologiczną. Sądzę, że – w sensie sformułowania odpowiedzialności politycznej – nie ma jakościowej różnicy między zagrożeniem ze strony broni masowego rażenia przenoszonej metodami rakietowymi a zagrożeniami terrorystycznymi. Są to tego samego rodzaju, rozproszone zagrożenia, przeciwko którym musimy znaleźć właściwą odpowiedź.
Pytanie czy tarcza nas izoluje od naszych sojuszników z NATO jest ukrytą debatą na temat natury samego Sojuszu. Sojusz Północnoatlantycki bez Stanów Zjednoczonych nie istnieje. Jeśli opowiadamy się za NATO to opowiadamy się tak czy owak za jakimś ścisłym sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi. Oczywiście, jest to sojusz znacznie bardziej multilateralny, niż takie „chwytanie się jednej gałęzi”, o którym mówił Roman Kuźniar. Mimo wszystko, wielobiegunowość układu natowskiego ma swoje ograniczenia.
To, że Ameryka jest filarem NATO, jest bezsporne. Europejscy sojusznicy wskazują jednak na to, że ów filar czasami popełnia błędy. Czy polska suwerenność i bezpieczeństwo Rzeczpospolitej nie są, poprzez owe błędy, zagrożone?LESZEK JESIEŃ: To prawda. To mocarstwo popełnia błędy. Co więcej, może je popełniać także w przyszłości – i przed tym żadna tarcza, ani żaden sojusz nas nie ochronią. Osobiście jednak – to jest już dyskusja na poziomie pewnej wiary – poczuwam się do wspólnoty wartości ze Stanami Zjednoczonymi. Ataki na Word Trade Center uderzyły mnie bezpośrednio. Od takiego „wyznania wiary” zaczyna się pewna wspólnota, którą powinniśmy kontynuować. Nie oznacza to przymykania oczu na błędy: Irak wydaje się błędem od samego początku aż po dzień dzisiejszy. To jednak nie wyklucza wspólnej ze Amerykanami budowy tarczy. Nie rozumiem,…