Niewiele czytałam w życiu zapisów równie poruszających[1]. Chciałam zaraz dodać: dotyczących współczesnych problemów religii w Polsce – ale myślę, że to zawężenie nie jest stosowne. Niewiele czytałam wypowiedzi równie wstrząsających, których tematem jest wiara chrześciajńska dzisiaj, życie i trwanie Kościoła katolickego w historii. W Łopusznej, w pobliżu domu ks. Tischnera zebrała się grupa ludzi w najwyższym stopniu zaalarmowanych tym, co działo się w polskim Kościele na początku roku 2007, aby o tych wydarzeniach porozmawiać. W sposób osobisty, więc absolutnie szczery, nie zważając na względy uboczne, nie stawiając tamy słowom dyktowanym przez wysokie emocje. Przez poczucie dramatu, którego byli świadkami – ale i uczestnikami, jako członkowie kościelnej wspólnoty. Chcieli sobie odpowiedzieć na pytanie: co się tak naprawdę stało w dniach, które kulminowały niebywałym widowiskiem 7 stycznia. Widowiskiem w katedrze, tak jak to bywało w dawnych przedstawieniach sakralnych, gdzie była strona dobra i strona grzechu. A nad całością czuwał Wielki Reżyser, Duch Święty, w ostatniej chwili zagradzając drogę złu. Piszę to bardzo poważnie, analogia wydaje mi się godziwa. Cała Polska (a pewnie i członkowie Kurii rzymskiej i biskupi innych krajów Europy) wstrzymała dech i czekała na to, jak się rozegra msza intronizacyjna w katedrze warszawskiej. W zasadzie wiedzieliśmy prawie wszystko o elementach dramatu, w każdym razie ci, ktorzy chcieli, mogli wiedzieć. Ujawnione w Internecie dokumenty z IPN nie zostawiały wiele miejsca na wątpliwości. Czekaliśmy, co się stanie, jak najwyżsi hierarchowie Kościoła polskiego zachowają się w sytuacji dotąd u nas bez precedensu. Podaruję więc sobie powracanie do tamtych wydarzeń, które złowrogo wbiły się w pamięć. Rzeczywiście, odetchnęłam jak inni, gdy skandal został zażegnany. Lub raczej (co tu mówić o skandalach, tyle rzeczy w historii chrześcijaństwa za takowe uchodziło…) nie doszło do wydarzenia nad wyraz paskudnego. Uruchamiającego nieuchronnie całą reakcję łańcuchową, której rezultaty dla katolicyzmu w Polsce mogłyby być nieobliczalne. Dlatego czuję się wewnętrznie razem z „ludźmi z Łopusznej” . Mogłam sobie wyobrazić siebie wśród nich, ośmielającą się też zabrać głos. Ta notatka jest zamiast głosu, który starałby się być wolny i poważny, jak głosy innych uczestników. Niech im złożę podziękowanie za tę dyskusję, która z pewnością będzie ważnym zaczynem refleksji dla wielu (choć pewnie będziemy w Polsce mniejszością). Obecni nieopodal domu ks. Tischnera stawiali sobie pytanie: co się właściwie stało? I w domyśle drugie pytanie: dlaczego należy przyjąć tamto wydarzenie jako coś strasznego, w jakimś sensie nieodwracalnego? Spełnione zło już się nie unieważni. Może zostać przebaczone, przezwyciężone, ale już jest, w rejestrach dramatów przeżywanych przez chrześcijan. Jest nieodwracalne w porządku teologicznym czy, by to inaczej nazwać, transcendentnym. Jest takie w sferze psychicznej wiernych, którzy to przeżyli. Słowa, które padają, są – to najważniejsze – wolne i godne. Mowa o tym, że na początku stycznia 2007 roku znaleźliśmy się o krok od „jednej z najgłębszych katastrof moralnych w dziejach Polski”, o krok od „triumfu nihilizmu w pełnym tego słowa znaczeniu”, od zwycięstwa zasady : „wszystko wolno”. To, co działo się w katedrze warszawskiej podczas niedoszłego ingresu, zostało określone jako „źródłowe zło”, które jakby wytrysło w gronie hierarchów tam obecnych. Zostaje przywołane jedno z najsilniejszych wyobrażeń chrześcijaństwa: Ostatnia Wieczerza, w której uczestniczy również Judasz, aby zaraz dokonać swojej zdrady. Jest mowa o „antykościele”, „kościele Judasza”. Słowa o wyprowadzeniu się Kościoła polskiego z historii ludzkiej, właśnie w momencie, gdy wchodzi do niej Chrystus. (Próbuję to zrozumieć w ten sposób, że od 1989 roku w Polsce można nareszcie jawnie i konsekwentnie realizować ideały ewangeliczne, a hierarchowie decydują się na ruch, który w szerokim poczuciu jest antyewangeliczny…) Słowa o tym, że Kościół przestał być miejscem nawrócenia, stał się miejscem rozmywania, podważania (to ja dodaję) prawdy. O Kościele przeżartym grzechem, kościele – już niepodobna pisać go z dużej litery… – który reprezentuje cywilizację śmierci. Dyskusja przekształca się niepostrzeżenie w rodzaj samosądu, żarliwego, pełnego uczciwych myśli i niepodważalnych ocen, ale bez sędziego i bez obrońcy. Każdy z głosów moralnego oburzenia, religijnej zgrozy brzmi słusznie jako wyraz wstrząsu, ostrego momentu świadomości, która coś musi odrzucić i coś wybrać. Ten moment wyboru jest w każdym razie ich chlubą (w sensie społecznym) i nawróceniem (w sensie religijnym). Rzadko w naszym kraju słyszeliśmy głos tak radykalny, tak nabrzmiały bólem i tak świadomy autentycznej własnej wartości. Ale brak tu było myśli równoważącej, bez której nie ma sprawiedliwego sądu. Te głosy razem dają dziwny obraz. Przede wszystkim dziwi ich jakby wyłączne związanie z wydarzeniem 7 stycznia. Rozumiem, istnieją fakty tak brzemienne i znaczące, że przyczyniają się do gwałtownego zwrotu, w jednej chwili. Mogło się stać coś strasznego: długoletni i gorliwy kolaborant Służb Bezpieczeństwa o mało nie został polskim interrexem, następcą kardynała Wyszyńskiego. Uosobieniem trwania polskiego katolicyzmu, który niedawno wyszedł z najgorszych opresji. Ten symbol byłby nie do zniesienia (do tego kłamstwa, fałszywa przysięga, wszystko to dziejące się przed ołtarzem…). Można zareagować potężną dawką duchowych mdłości. Lecz gdy grono dyskutantów spotyka się w Łopusznej, szok powinien minąć, a refleksja podsuwać szerszy kontekst. Dotyczący świadomości tego, jak żyje,…