Kiedy sięgniemy do czytań liturgicznych na uroczystość Wszystkich Świętych i dzień zaduszny, możemy się zdziwić: na ich podstawie w te dni powinien panować zupełnie inny nastrój. Co przykuwa Pana uwagę w tych tekstach?
Są w nich dwa bardzo ważne dla mnie zdania. „Jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że razem z Nim żyć będziemy”. I drugie: „Będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest”. To kwintesencja wszystkiego, jeśli chodzi o przygotowanie do śmierci i wyobrażenie, jak będzie dalej. Im jestem starszy, tym mam większe wyczucie Tajemnicy. Z dnia na dzień widzę, jak wiedza, niby ogromna, jest właściwie niczym w stosunku do przestrzeni niewiedzy. Pokazuje to choćby postęp astronomii. Poznawalny przez nas wszechświat rozrasta się i coraz bardziej komplikuje, wręcz przekracza granice wyobraźni. A jednak ostatecznie możemy go poznawać. Przez analogię, to pokazuje stosunek do Boga i do Jego wszechwiedzy – wobec tego jesteśmy prochem, jesteśmy pyłem.
W jednej z naszych rozmów, powiedział to Pan jeszcze dobitniej: z upływem lat krąg Tajemnicy nieustannie się dla mnie rozszerza.
To powoduje pewną postawę: narasta pokora i skromność. Mówiąc szczerze, coraz bardziej drażnią mnie rozmaici teologowie. Szukają – i chwała im za to. Ale proporcjonalnie do tego powinna rosnąć w nich pokora i wyczucie Tajemnicy… Ujrzymy Go takim, jakim jest – dopiero wtedy zaczniemy wszystko rozumieć. Trudno mówić o wieczności, ponieważ to sprawa niewyobrażalna. Jej perspektywa pokazuje, że nasze poznawanie będzie rosnąć. Że to nie jest zamknięty, statyczny świat. Że jak się dostaniemy do raju, to będziemy tam szczęśliwi „stacjonarnie”– nie. Wyobrażam sobie rozwój, poznawanie. I tu się pojawia kwestia zasadnicza. To sprawa rozwoju człowieka. Rozwój człowieka trwa przez całe życie. Jest dojrzewaniem do śmierci i dalszego kontaktu z Bogiem. Gdybym żył w Chinach przed rewolucją maoistyczną, już dawno dostałbym bardzo ceniony prezent: ozdobną trumnę. I byłbym szczęśliwy. A spróbujmy to zrobić u nas, w świecie chrześcijańskim! Albo skonfrontujmy to z innym nastawieniem – ucieczką od śmierci. Ktoś to dobrze ujął: każdy wie, że musi umrzeć, ale nikt w to nie wierzy. Znam opowieść o śmierci milionera. Jak wyglądał jego pogrzeb? Zabalsamowano go, umalowano, i tak dalej. Posadzono za kierownicą super luksusowego samochodu. Samochód był ciągnięty na cmentarz. Jak to zobaczył biedak, wykrzyknął: mój Boże, to jest życie! Można powiedzieć, że w „potocznej” kulturze chrześcijańskiej nasz stosunek do śmierci uległ zafałszowaniu. W tym udawaniu jest coś niechrześcijańskiego.
Kościół już rzadko kiedy przypomina człowiekowi o jego marności. Ale być może przez szereg wieków daliśmy się zapędzić w zaułek wiecznego poczucia niedoskonałości. Niedoskonałość z kolei ustawiała nas na przegranej pozycji w kwestii zbawienia.
W dawnym duszpasterstwie na ogół straszono śmiercią i piekłem. Owszem, to było przygotowanie do śmierci, ale bardzo jednostronne. Przypomina mi się pogrzeb przyjaciela w Laskach. Wedle swojej woli został skremowany. Kondukt żałobny otwierał jego przyjaciel, który niósł urnę. Przy czym – to już zasługa sióstr, że tak dobrały pieśni i oprawę liturgiczną – ten pogrzeb nie robił wrażenia ciemnej, smutnej rozpaczy. Miał nawet atmosferę świętowania, świętowania przejścia do nowego życia. Inny przypadek: zmarła żona bliskiej mi osoby i też została skremowana. Mąż postawił urnę w mieszkaniu. Tam czeka na jego śmierć. A po śmierci będą pochowani oboje, razem.
Trzymanie w domu urny z prochami bliskich ma jakiś sens?
Zastanawiałem się nad tym – jest to podobne do wschodnich obyczajów i kultu przodków. Przytoczę jeszcze jedną historię. Pewien chrześcijanin z Iraku ożenił się i zamieszkał w Polsce. Po latach odwiedził go ojciec. Poszli na cmentarz. Ojciec się zachwycił. Mówi: synu, zostań w tym kraju, tu są tak piękne cmentarze! To pokazuje o wiele bardziej naturalny stosunek do śmierci; jest w tym coś głębokiego, co mnie porusza. Skoro już mowa o pogrzebach: opowiem jeszcze o czternastoletniej Ani. Dziewczynka od urodzenia była niepełnosprawna, częściowo sparaliżowana, nie mogła chodzić, poruszała się tylko na wózku. Jej ojciec jest prezesem fundacji, która zajmuje się trędowatymi. Ania była w nią niezwykle zaangażowana. Współorganizowała zbiórki na rzecz misjonarzy czy korespondencje z nimi. Była też w harcerstwie! Aż zdarzył się wypadek. Matka prowadziła przez ulicę na pasach wózek z dziewczynką. Auto wypadło zza zakrętu: matka ciężko ranna, z zagrożeniem życia. Ania – lekko. Matka w szpitalu, a dziewczynka się modli: chce umrzeć za matkę – mówiła o tym, stąd wiemy – żeby tylko matka żyła. I rzeczywiście: matka wychodzi z choroby, a dziecko bez wyraźnego medycznego powodu (do tej pory lekarze nie są w stanie tego wyjaśnić) umiera. Ciało Ani wystawiono u niej w domu w otwartej trumnie. Widziałem sznur ludzi przychodzących ją pożegnać. Rzucił mi się w oczy potężny mężczyzna w sile wieku.. Wyglądał na nieskłonnego do jakiejkolwiek egzaltacji. A on podchodzi do trumny i całuje Anię w rękę! Potem jest msza pogrzebowa. Proboszcz ze wzruszeniem dziękuje za to, co mała niepełnosprawna dziewczynka zrobiła dla parafii – i wymienia szereg zasług. Jej koledzy z harcerstwa, następnego dnia po śmierci postawili krzyż tam gdzie zdarzył się wypadek.. Odprawiano później pod nim różaniec.
Myślę, że to pokazuje więcej: jak otwierają się oczy na to, że tacy ludzie są wśród nas. Czy to się przypadkiem nie wiąże ze świętych obcowaniem? Z tym, że zbawiamy się poprzez siebie nawzajem?
Oczywiście. Dla parafii to było wielkie przeżycie – śmierć małej niepełnosprawnej dziewczynki!
W takim razie – patrząc na Anię – czy trzeba się zastanawiać nad dojrzewaniem człowieka do śmierci?
Tu pojawia się szereg pytań. Szczególnie, jeśli chodzi o starość. Czy można mówić o tym, że człowiek stary się rozwija? Czy jest użyteczny? Racjonalnie patrząc degraduje się, nie ma z niego pożytku, sprawia tylko kłopot. Potem odchodzi.
Nawet święty Tomasz Morus w swojej „Utopii” przedstawił starość jako czas, w którym jest się już nieprzydatnym dla innych ludzi. Dlatego można sobie zażyczyć śmierci.
„Życie niewarte życia” – to była formuła z czasów hitlerowskich. Ale dam pozytywny przykład. Moja Ciocia pokazała mi, jak człowiek może być użyteczny do końca swoich dni. Przez ostatnie parę lat była sparaliżowana i niewidoma. Leżała w łóżku. Nie mogła czytać. Wymagała opieki. W mieście został tylko jeden jej krewny: dziewięćdziesięciolatek, też niesprawny. Kiedy się widziałem ostatni raz z Ciocią, powiedziała mi: moje życie składa się z trzech części – snu, jedzenia, modlitwy. Martwię się – mówiła, a z natury była bardzo skrupulatna – bo muszę coraz więcej spać, mam coraz mniej czasu na modlitwę. Do ostatniej chwili każdą chwilę, jaką miała, poświęcała właśnie na modlitwę. Dlatego wcale nie wiem, kto wniósł większy wkład w duchowy kapitał ludzkości, w to świętych obcowanie: ktoś „wielki” czy moja Ciocia?
Może być też tak, że człowiek w ostatnim okresie życia nie jest w stanie nawet się modlić.
Tak, zdarza się, że zmiany w mózgu postąpiły tak daleko, że człowiek przestał być świadomy. Ale nawet wcześniejsze nastawienie, że swoje życie poświęca się innym i jest się stale w łączności z Chrystusem, naśladuje się Go – takie nastawienie nawet wówczas, gdy nie da się normalnie myśleć, może być ogromnym wkładem w dobro ludzkości. A ponieważ czas dla Pana Boga nie istnieje lub istnieje w sposób całkowicie różny od naszego, to jak ktoś przytomnie zauważył: jest sens modlić się o dobrą śmierć dla, dajmy na to, Stefana Czarnieckiego. Pan Bóg, ponieważ nie musi się liczyć z „naszym” czasem, może wiedzieć, że jeden człowiek będzie się modlić za drugiego i to już weszło w obieg duchowego kapitału świata. To niezwykle ważne: wiedzieć, że wszystko, co człowiek robi, nawet kiedy właściwie robić nie może już nic, pomnaża duchowy kapitał ludzkości. Na końcu wcale nie wiadomo, co się okaże najważniejsze: czy modlitwa osoby niepełnosprawnej czy wielkie czyny bohaterów. Nie wiadomo. To ogromnie uczy pokory i szacunku dla każdego.
Charakterystyczne sformułowanie: modlić się o dobrą śmierć.
Tak, trzeba się modlić o dobrą śmierć.
Wydaje mi się, że zazwyczaj modląc się za czyjąś duszę, mamy nastawienie: oby w czyśćcu za bardzo nie cierpiała.
Bardzo dobrze, że Pan podniósł sprawę czyśćca. Kiedyś dostałem szczotki książki z… zapisem rozmów ze zmarłymi. Autor miał kontakt z kilkoma zmarłymi osobami, w tym szczególny z pewnym zakonnikiem. Tenże opowiadał, jak im się tam – jeśli tak mogę powiedzieć – żyje.Wyglądało to niewiarygodnie. Ale dlaczego? Bo ten człowiek po śmierci powinien już mieć większą wiedzę! Tymczasem opowiadał, o tym, jak się uczy, jak ciągle musi o czymś myśleć. Uderzyło mnie, że jego poglądy były dosyć „ziemskie” w wielu sprawach, na przykład zdeformowane z punktu widzenia nauki Soboru. Opowiadał też o młodym człowieku, który się nawrócił przed śmiercią, a teraz bardzo się stara dalej rozwijać. Byłem nieufny, odłożyłem książkę. Dopiero znacznie później olśniło mnie:…