O. JACEK SALIJ: Kiedy myślę o Opatrzności, przypomina mi się najpierw, zapisana przez Ksenofonta, piękna rozmowa Sokratesa na temat bogów. Sokrates krok po kroku pokazuje Eutydemowi, że my, ludzie, jesteśmy przedmiotem szczególnej życzliwości i opieki ze strony bogów. Z kolei Platon był tak głęboko przekonany o związku wiary w sprawowaną przez bogów opatrzność z naszym postępowaniem, że całą X księgę Praw poświęcił wywodowi, iż tylko ludzie wierzący w opatrzność mogą być dobrymi obywatelami. Zastanawiał się nawet, jaką karę należałoby wymierzać tym, „którzy nie wierzą w istnienie bogów, albo odbierają im pieczę nad światem, albo uważają ich za przekupnych” i ofiarami usiłują uczynić ich wyrozumiałymi dla swoich przestępstw.
Głęboki dialog O opatrzności napisał Seneka, współczesny apostołom, choć z chrześcijaństwem chyba jednak się nie zetknął – ale on nie był Grekiem. Już w erze chrześcijańskiej, znaczną część trzeciej enneady poświęcił opatrzności Plotyn. Podejmuje tam m.in. temat naszej współpracy z opatrznością – „z niebezpieczeństw wojny wybawia męstwo, a nie modlitwa”. Plotyn mocno podkreślał, że mądre zdawanie się na opatrzność polega na tym, że nie zaniedbujemy tego, co do nas należy.
Biblijny język hebrajski nie znał wyrazu „opatrzność”, choć prawda ta jest w Biblii dobrze znana. Wyraz „opatrzność” (pronoia) pojawia się dopiero w greckiej części Starego Testamentu, mianowicie w Księdze Mądrości. To właśnie Grecy znaleźli wyraz na określenie tej prawdy i wiele mądrych rzeczy na jej temat umieli powiedzieć.
Zanim podejmę Pana pytanie, dwa słowa o biblijnej nauce na temat tej prawdy. Otóż Opatrzność – uczy Biblia – to władza i opieka Boża nad wszystkim, co istnieje, a dlatego nad wszystkim, bo wszystko przez Boga zostało stworzone. „Podnieście oczy w górę i patrzcie: Kto stworzył te gwiazdy? – Ten, który w szykach prowadzi ich wojsko, wszystkie je woła po imieniu. Spod takiej potęgi i olbrzymiej siły nikt się nie uchyli” (Iz 40, 26).
Zarazem ta władza Boga nad wszystkim jest pełna czułości wobec swojego stworzenia, zwłaszcza w stosunku do człowieka: „Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił” (Mdr 11,23n).
Owszem, dopuszcza na nas Boża opatrzność różne złe przygody, niekiedy jednak już na tym świecie możemy się przekonać, że było to dla naszego dobra. I tak na przykład Józef tłumaczy przerażonym braciom, że Bóg posłużył się krzywdą, jaką mu wyrządzili, dla ich ocalenia: „Nie smućcie się i nie wyrzucajcie sobie, żeście mnie sprzedali. Bo dla waszego ocalenia od śmierci Bóg wysłał mnie tu przed wami” (Rdz 45,5).
Pan Jezus na temat opatrzności uczył zarówno tego, że Bogu winniśmy zawierzyć się całkowicie: „Nie troszczcie się więc zbytnio, i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? (…) Przecież Ojciec wasz niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie” (Mt 6, 31); jak tego, że Bóg dobrotliwie czuwa nawet nad każdym wróbelkiem i nad każdym włosem na naszych głowach, nad nami zaś czuwa najszczególniej: „Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli” (Mt 10,29-31).
MICHAŁ BARDEL: Czym różni się chrześcijańska idea Opatrzności Bożej od tej wypracowanej w filozofii greckiej?
Wydaje się, że greckie myślenie o opatrzności miało swój początek w tym, że filozofów ogromnie fascynował panujący w świecie porządek. Przypisywali go sprawowanej przez bogów opatrzności. To bogowie – twierdzili greccy filozofowie – nadali światu porządek i nim kierują. Greckie pojęcie opatrzności kształtowało się wokół takich pojęć jak kosmos – logos – nomos. Porządek (kosmos) panujący w świecie jest dowodem jakiejś myśli (logos), która nadała temu światu prawa (nomoi). Jednak Grecy nie znali tak ważnej dla biblijnego obrazu świata prawdy, że jest on stworzony przez Boga.
Wydaje się, że to stąd właśnie biorą się trzy dość radykalne różnice między greckim a biblijnym ujęciem opatrzności. Po pierwsze: Grecy rozumieli potęgę boskich sił, które rządzą światem, nie zdawali sobie jednak sprawy z tego, że Boża opatrzność wypełniona jest miłością. Po drugie: Wydaje się, że kosmos grecki, który istnieje od zawsze, nie zmierza do żadnego przekraczającego go celu; dopiero dzięki objawieniu, że świat jest stworzony przez Boga, mogła pojawić się idea, że dąży on do wyznaczonego przez Stwórcę celu, do tego, żeby stać się „nowym niebem i nową ziemią”. Wreszcie po trzecie: Grekom trudno było sobie wyobrazić, żeby Opatrzność Boska mogła się rozciągać nad wszystkim, aż do ostatniego szczegółu. Tę prawdę w sporze z chrześcijaństwem filozofowie atakowali najpierw. Przytoczę może Frontona z Cyrty (+ ok. 166):
„Ci chrześcijanie, cóż za dziwolągi wymyślają! Tego swojego Boga przedstawiają jako natręta niespokojnego, ciekawego aż zanadto, gdyż przy wszystkich czynnościach asystuje, po wszystkich miejscach się wałęsa, a nie jest w stanie oddać się jednemu, gdyż zajęty jest wszystkim, ani też wystarczyć ogółowi, gdyż pochłonęły go szczegóły”.
Fronton naiwnie sobie wyobraża, że albo-albo: albo ogólne rządy nad światem, albo zajmowanie się szczegółami. Celsusa z Aleksandrii denerwowała ponadto biblijna wiara, że człowiekiem Boża Opatrzność zajmuje się najszczególniej. Jego wypowiedź z roku ok. 178 Orygenes tak oto przedstawia:
„Żydów i chrześcijan porównuje Celsus do gromady nietoperzy, do mrówek wypełzających z mrowiska, do żab zebranych wokół bagna, do robaków zebranych w kałuży i spierających się, kto jest największy. Twierdzą: to nam Bóg wszystko odkrywa i przepowiada. To o nas się troszczy i zabiega, lekceważąc świat cały, nie zajmując się ruchem gwiazd i wielką Ziemią. To do nas posyła swoich wysłanników zatroskanych o to, byśmy połączyli się z Nim na zawsze. Według Celsusa jesteśmy podobni do robaków, które mówią: Bóg istnieje, my zaś zajmujemy zaraz drugie miejsce po nim. Wszystko jest nam poddane: ziemia, woda, powietrze, gwiazdy. Wszystkie istnieją dla nas. Wszystko jest na nasze usługi. Łatwiej takie głupstwa znieść, gdy rozprawiają o nich robaki i żaby, niż kiedy mówią tak Żydzi i chrześcijanie”.
Zobaczmy, że struktura zarzutu jest ta sama: jak można Bogu przypisywać szczegółową opatrzność, choćby tylko nad ogółem ludzi, skoro się zajmuje całym światem?
ADAM WORKOWSKI: Chrześcijańscy apologeci nie polemizowali z Seneką czy z Markiem Aureliuszem, ale do polemiki wybierali wygodnych przeciwników. Lecz może zamiast przypominać te ostre i czasem niezbyt mądre głosy ze strony stoickiej, warto byłoby pokazać mądrość starożytnych – przypomnieć, że już u Platona ten, który rządzi światem, jest dobry, a dobro z natury rzeczy jest źródłem miłości. U stoików natomiast cały świat jest zarządzany rozumnie, my znajdujemy w nim swoje własne piękne miejsce, a każda rzecz wokół nas jest elementem ładu opatrznościowego. Marek Aureliusz pisał, że uczestniczymy w „pięknym przedstawieniu”…
Także u Cycerona znajdujemy metaforę teatru…
AW: Przypisane są nam mniejsze lub większe role, potem nasze zadanie aktorskie się kończy i powinniśmy dziękować opatrzności, że pozwoliła nam te role z godnością odegrać, że mogliśmy w tym pięknym zdarzeniu uczestniczyć. Możemy widzieć potężne różnice między cywilizacjami grecką i chrześcijańską, ale w kwestii opatrzności wydaje się, że wiele ich łączy
Najpierw tylko zwrócę uwagę na to, że pierwsi apologeci nie wybierali sobie przeciwników, ale próbowali odpowiadać, kiedy byli atakowani. Fronton czy Celsus wprost atakowali ich wiarę, natomiast Seneka w ogóle jej nie znał, a Marek Aureliusz napisał jedynie na temat chrześcijan jedną czy drugą kąśliwą uwagę. Pan ma rację, zresztą i ja to podkreślałem: Grecy mówili bardzo pięknie na temat opatrzności. Widzieli ją jako Rozum kierujący światem, jako Dobro rozlewające się na świat, jednak ani u Platona ani u stoików za opatrznością nie stoi miłość.
A co do metafory teatru, pojawia się ona nawet u apostoła Pawła: wyrazu theatron używa on w Pierwszym Liście do Koryntian, kiedy mówi o męczeństwie: „staliśmy się widowiskiem dla świata, dla aniołów i ludzi” (1 Kor 4, 9). Zatem chodzi o „teatr” bardzo na serio, w którym „aktorzy” dają świadectwo swojej całoosobowej miłości i osiągają swoje ostateczne spełnienie, zdobywają swój cel eschatologiczny.
MB: Czy jednak tę wizję teatru, z pewnością ładną i obrazową, możemy zaadaptować do chrześcijaństwa z całym dobrodziejstwem inwentarza? Pan Bóg jako obserwator spektaklu, Pan Bóg jako wielki reżyser? Jakie jest miejsce dla ludzkiej wolności w tym Boskim planie Opatrzności?
Boskiej przedwiedzy („Bóg jako obserwator spektaklu”) i Boskiej wszechwładzy („Bóg jako wielki reżyser”) wtedy tylko nie da się pogodzić z naszą wolnością, jeżeli wieczność Boga będziemy pojmować jako istnienie od miliardów, miliardów lat, tak że choćbyśmy się cofali w czasie w nieskończoność, nigdy nie dojdziemy do momentu, w którym owa wieczność by się zaczynała. Otóż nie tak jest z Bożą wiecznością, że On istnieje od zawsze. Bóg istnieje niewyobrażalnie więcej niż od zawsze. Wieczność Boga nie jest szczególnie uprzywilejowanym istnieniem w czasie. On istnieje ponad czasem, czyli w takim niepojętym „teraz”, które jest zawsze i nie przemija tak jak nasze ludzkie „teraz”. Bóg istnieje wyłącznie w swoim nieprzemijającym „teraz”, w takim „teraz”, które nie ma żadnego „przedtem” i nie będzie miało żadnego „potem”.
Owszem, chodzi tu o przekraczającą nas tajemnicę: Jak to możliwe, że jedno i drugie jest prawdą: że z jednej strony Bóg swoją przedwiedzą i swoją wolą ogarnia wszystko, a z drugiej strony my naprawdę jesteśmy wolni i Boska przedwiedza ani nawet przedwieczna wola Boża nas nie determinuje? Jedno i drugie jest prawdą, choć prawd tych nie potrafimy zharmonizować.
AW: Zatrzymajmy się na chwilę. Chrześcijanie wierzą w przedwiedzę Boga i w realność ludzkiej wolności. Lecz powiązanie wolności i przedwiedzy jest trudne i tajemnicze. Czy słowa Ojca, że przedwiedza Boga nie prowadzi do determinizmu nie są zbyt pośpiesznym rozwikłaniem tej tajemnicy? Mamy gotowe rozwiązanie, ale nie wiemy jak ono jest możliwe.
Nie byłoby tajemnicy wiary, gdybyśmy nie byli jej pewni. Gdybyśmy niczego nie byli pewni, bylibyśmy „podobni do fali morskiej, miotanej to tu, to tam” (Jk 1,6). Nasze zgłębianie takiej czy innej tajemnicy wiary w ogóle zaczyna się od tego, że już na początku jesteśmy pewni zawartej w niej prawdy. Na przykład prawda o Eucharystii dlatego jest tajemnicą wiary, że już na początku, zanim jeszcze zaczniemy ją zgłębiać, jesteśmy pewni tego, że jest ona darem Ciała i Krwi Chrystusa, jaki otrzymujemy pod postacią chleba i wina. Analogicznie, jeżeli chcemy naszą rozmowę prowadzić w wierze, już na początku przyjmijmy jako prawdę wiary, że Bóg swoją wiedzą i wolą ogarnia wszystko, również rzeczy przyszłe, a zarazem że nasza wolność nie jest fikcją, że jest czymś realnym.
AW: A może to jest właśnie okryte tajemnicą? Może u Boga to, co nam się wydaje sprzeczne, daje się jakoś pogodzić?
Właśnie to próbowałem powiedzieć. Żyjemy w takich czasach, a może w ogóle w takiej cywilizacji, że wobec Boga chcielibyśmy się ustawić na zewnątrz, poniekąd w pozycji obserwatorów, niekiedy chcielibyśmy nawet poznawać „psychologię” Pana Boga. A przecież Pana Boga da się poznać raczej sercem, kochającym sercem, niż poprzez takie obserwatorskie próby opisu. Otóż szukając Boga sercem, jednoznacznie wiemy, to jesteśmy wolni naprawdę, bo tylko wtedy sens mają słowa: „nawróćcie się”, „czyńcie dobro, dopóki macie czas”, „czas jest krótki”, itd. Zarazem jednoznacznie wiemy, że Bóg jest Bogiem i że wobec tego nie wolno nam relatywizować Jego wszechwiedzy i wszechwładzy.
AW: To już kolejna nasza rozmowa, podczas której mam dziwne poczucie, że to na nas spada obowiązek obrony Tomasza z Akwinu. Spora część jego Sumy przeciw poganom jest poświęcona temu, co Ojciec nazywa psychologią Boga: temu, że Bóg nas kocha, że o nas myśli… Dziś filozofowie i teologowie o wiele mniej zajmują się Bogiem niż w średniowieczu. W XIII wieku mieliśmy fascynujące próby zmierzenia się z tajemnicami Boga i Opatrzności. Brakuje mi czasem takich prób w naszych czasach.
Ale w trzynastym wieku robiono to naprawdę z respektem dla Pana Boga, bez poczucia tej jakiejś „nadboskości”, która czuje się uprawniona rozstawiać Pana Boga po kątach.
MB: Wracając do problemu Boskiej pozaczasowości…
Ponadczasowości. Bo w czasie Bóg istnieje również. On jest i w czasie, i zarazem ponad czasem. Już w połowie II wieku św. Teofil z Antiochii pisał, że Bóg jest cały w każdym miejscu, a zarazem cały wszechświat nie jest w stanie Go ogarnąć, i jest obecny w każdym czasie, choć wszystkie czasy nie mogą Go ogarnąć. Święty Tomasz posługuje się tutaj troszkę niezdarną, choć niegłupią metaforą strażnika, który stoi na wysokiej wieży i widzi znacznie więcej (a Bóg wszystko), niż widzi ten, kto posuwa się drogą.
AW: W jaki sposób ów strażnik, który widzi wszystko, nie tylko – tak jak my – teraźniejszość, może działać w bardzo konkretnych momentach?
Bóg jest wszędzie, w każdym miejscu i we wnętrzu każdego bytu. On jest intimior intimo meo – jest bliższy mnie niż ja sam sobie. I każdemu bytowi jest On bliższy, niż ten byt sam sobie. Bóg jest cały w każdej biedronce – jak powiedziała pewna dziewczynka. A zarazem wszechświat jest za mały, żeby Go ogarnąć. Podobnie, jest On cały w najmniejszym momencie czasu, a zarazem miliardy lat świetlnych Go nie obejmą.
AW: Rozumiem. Ale spójrzmy na konkretne działania Opatrzności. Gdy Bóg wysłuchuje mojej modlitwy, następuje zetknięcie wieczności z teraźniejszością. Właśnie tu i teraz namacalnie objawia się Opatrzność. I wówczas pytamy; jak się to dzieje? Czy Bóg widzi tylko z zewnątrz i dostarcza wszystkiemu istnienia, ale nie wtrąca się już w przebieg konkretnych wydarzeń?
To byłby deizm.
AW: Właśnie. Gdy mówimy o opatrzności nie mówimy o Bogu w Jego istocie, tylko o Bogu w Jego relacji do świata. Przykładanie palca do świata przez Pana Boga zaczyna być bardzo dręczącą zagadką. Bóg włącza się oto w związki przyczynowo-skutkowe.
Pan próbuje sprowadzić naszą rozmowę na bardzo niedobrą drogę. Konstruuje Pan pojęcie Boga, owszem nieskończonego, owszem Stwórcy, owszem mającego przedwiedzę, ale w gruncie rzeczy pozostającego gdzieś na zewnątrz. Nie taki jest Pan Bóg .
AW: Przeciwnie, próbuję zobaczyć Go w świecie. Chcę zrozumieć, dlaczego na przykład wedle teologów średniowiecznych Pan Bóg nie może naprawić cnoty dziewicy, która została zgwałcona. Dlaczego Bóg nie może oddziaływać na przeszłość…
Dlaczego nie może sprawić, żeby się Hitler nigdy nie urodził.
AW: Tak, bo jeśli nie może, to jednak jakoś jest w ten czas ziemski wpisany.
Warto w ogóle zastanowić się nad tym, co znaczą zdania, w których pojawia się teza, że Bóg czegoś „nie może” – że „nie może” kłamać, „nie może” nikogo skrzywdzić, „nie może” przestać istnieć, „nie może” sprawić żeby nie było coś, co było. Na pewno nie jest tak, żeby były jakieś prawa wyższe nawet od samego Boga, którym On podlega, którymi On byłby związany, bo wtedy nie byłby On Bogiem. Przecież i zasady moralne i prawa logiki w Nim mają swoje źródło. Wyraz „nie może” pojawia się w naszych wypowiedziach na temat Boga tylko ze względu na słabość naszego języka. Nie jest tak, że Bóg czegoś „nie może”, to my nie potrafimy tych prawd wypowiedzieć w sposób pozytywny.
Zresztą tezę, że „Bóg nie może oddziaływać na przeszłość”, dawni teologowie opatrywali znamiennym komentarzem: „nie może” swoją wszechmocą zwyczajną (de potentia Dei ordinaria), mógłby jednak swoją wszechmocą absolutną (de potentia Dei absoluta). Słowem, to jest decyzja Jego mądrości, że „nie może”. Mówiąc inaczej, chodzi tu o to, że Bóg stworzył świat jako powiązany różnorodnymi więzami przyczynowo-skutkowymi. I właśnie nad takim światem, jakim go stworzył, sprawuje swoją Opatrzność.
Jakoś intuicyjnie to zresztą wiemy. Na przykład nie umiemy sobie nawet wyobrazić, żeby istniał gdzieś rolnik aż tak niemądrze pobożny, który tak mocno modli się o dobre urodzaje, że z tej pobożności zapomni obsiać pole.
Jeżeli zapomnimy o tym, że swoją Opatrzność Bóg rozciąga nad światem, w którym z Jego woli byty powiązane są zależnościami przyczynowo-skutkowymi, z konieczności Jego świętą Opatrzność będziemy rozumieli opacznie. W latach pięćdziesiątych, kiedy chodziłem do szkoły, mieliśmy w którymś z podręczników czytankę o tym, żeby zdawać się na siebie, a nie na Boga. Bo kiedy dawniej ludzie zdawali się na Boga, modlili się o urodzaje, ale to nic nie pomagało i umierali z głodu; kiedy przyszła zaraza, ludzie urządzali procesję i jeszcze więcej się pozarażali. Kiedy zaś człowiek zaczął zdawać się nie na Boga, ale na siebie, to i nawozy sztuczne wymyślił, i szczepionki wynalazł, i w ogóle życie zmienia nam się na lepsze.
Manipulacja była tym bardziej przewrotna, że dokonywano jej na bezbronnych dzieciach. A przecież prawda o Bożej Opatrzności jest taka, że swoją opiekę nad nami Bóg sprawuje jako nad takimi, jakimi nas stworzył, a stworzył nas istotami rozumnymi, zdolnymi do wzajemnej solidarności, zdolnymi do podjęcia odpowiedzialności zarówno za siebie, jak i za innych.
MB: A co wtedy, kiedy pewne rzeczy przestają od nas zależeć? Kiedy na przykład modlimy się o powrót do zdrowia bliskiej osoby. Ze swojej strony zrobiliśmy wszystko i dalej robimy, co tylko możliwe, ale „reszta w rękach Pana Boga”. Jeśli zdrowie powróci, zasługę przypisujemy Panu Bogu. Czy rzeczywiście Pan Bóg ten palec do łańcucha przyczynowego przystawia i przesuwa tam jakąś zwrotnicę? Czy może modlimy się o to, żeby w Boskim planie to „cudowne” zdarzenie było już od początku zawarte? „Bądź wola Twoja” – mówimy.
Ojejku! Pan wybuchł kilkoma tematami naraz. Po pierwsze, naprawdę usuwajmy z naszego myślenia o Bożej Opatrzności i o skuteczności naszych błagalnych modlitw podejrzenie, jakoby Pan Bóg jakieś konkretne wydarzenia naszego życia zaplanował „od początku” i teraz muszą się one deterministycznie (czy nawet fatalistycznie) wypełnić. Jeszcze raz przypomnę, że boskie „od początku” nie znaczy: już przed miliardami lat, ale: w boskiej, ponadczasowej i dla nas niewyobrażalnej wieczności.
Po wtóre: Z faktu, że Bóg powiązał swoje stworzenia różnymi przyczynowo-skutkowymi zależnościami, nie wynika, że pozostawił sobie jedynie możliwość zewnętrznych ingerencji w te powiązania. On przecież jest najdosłowniej wszechobecny, zatem jest obecny również wewnątrz tego przyczynowego łańcucha, o którym Pan mówi – i naprawdę nie musi się zajmować przesuwaniem jakiejś zwrotnicy ani jakimś ingerowaniem z zewnątrz.
Po trzecie: Nigdy nie jest wolą Bożą, żeby spotkało nas coś złego, choć prawdą jest, że nieraz Bóg dopuszcza, żeby spotkało nas coś złego. Wtedy jednak jest wolą Bożą – za którą idzie Jego łaska i miłość – żeby nas to zło nie zniszczyło, ale raczej żebyśmy osiągnęli dzięki niemu coś dobrego. Kiedy mówimy: „bądź wola Twoja”, dobrze jest mówić to z wiarą, że Bogu na naszym dobru zależy bardziej niż nam samym. A kiedy spotyka nas coś złego, dobrze jest wierzyć Bogu, że jest Jego wolą, abyśmy to zło przyjęli mądrze, z duchowym dla siebie pożytkiem.
I jeszcze czwarta uwaga nasuwa mi się w związku z Pana pytaniem: Zamysły Bożej opatrzności wobec nas przekraczają horyzont życia doczesnego, Bóg pragnie doprowadzić nas do życia wiecznego, które jest naszym celem ostatecznym.
Z pytaniem, w jaki sposób Pan Bóg wysłuchuje naszych modlitw, warto się zwrócić do Pisma Świętego. Przypomnę pouczenie Pana Jezusa, że wie Ojciec nasz niebieski, czego nam potrzeba, zanim Go poprosimy (zob. Mt 6, 8). A zarazem Pan Jezus jest jak najdalszy od mówienia nam: wobec tego zaufajmy i nie prośmy. Przeciwnie, to On zostawił nam przypowieść o natarczywej wdowie, która nawet niesprawiedliwego sędziego potrafiła „przymusić” do wysłuchania swojej prośby.
Ponadto, w Piśmie Świętym znajdziemy przestrogi, że niektóre nasze prośby mogą wręcz Boga obrażać. Chodzi nie tylko o to, że mogą one dotyczyć czegoś złego (por. Jk 4, 3). Niekiedy bardzo o coś Boga prosimy, a nie przyjdzie nam do głowy, że przedtem wypadałoby porzucić swoje grzechy: „Choćbyście nawet mnożyli modlitwy, Ja nie wysłucham, bo ręce wasze pełne są krwi” (Iz 1, 15).
Przywołam jeszcze najpotężniejszą modlitwę, która została wysłuchana, choć przeciętnemu człowiekowi może wydawać się, przeciwnie, że Bóg jej nie wysłuchał: „Z głośnym wołaniem i płaczem za dni ciała swego zanosił On [Chrystus] gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości”(Hbr 5,7). Można się zastanawiać, co to znaczy, że został wysłuchany, skoro Go ukrzyżowano, i to wśród tak okropnego poniżenia i mąk. Otóż Bóg wysłuchał Go w tym, co absolutnie najistotniejsze, to znaczy przeprowadził bezpiecznym przez tak potworną śmierć i uzdolnił do tego, że On, jako człowiek, przez zmartwychwstanie otwiera nam drogę do życia wiecznego. Natomiast o szczegółowych problemach nie podejmuję się mówić…
AW: Ale to one są…