Sądząc z badań socjologicznych, dla większości katolików i w Polsce, i na świecie odpowiedź jest oczywista: tak. Tę zdecydowaną, pozytywną odpowiedź można uzasadnić odwołując się do wielu wypowiedzi ostatniego Soboru oraz papieży epoki soborowej i posoborowej. Formułą „poza Kościołem nie ma zbawienia” posługują się już chyba tylko skrajni konserwatyści, stanowiący margines Kościoła Katolickiego. Po co zatem czytać dość grubą książkę podejmującą przebrzmiały, zdawało by się, problem?
Historia formuły „extra ecclesiam nulla salus” jest jednak nie tylko historią niezwykle ważnego problemu teologicznego – może ona także wywrócić do góry nogami nasz powszedni stosunek do Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Oto bowiem francuski teolog i historyk dogmatu, Bernard Sesboue SJ, jasno i precyzyjnie pokazuje, że dzisiejsza pozytywna odpowiedź na pytanie o zbawienie niechrześcijan (a nawet niekatolików) jawi się jako sprzeczna z nauczaniem wielu ojców Kościoła, orzeczeniami średniowiecznych soborów czy papieży. Augustyn, gigant myśli chrześcijańskiej, nie wzdragał się przed stwierdzeniem, że nawet ci, którzy nie znają Ewangelii bez swojej winy, idą na zatracenie. A cóż powiedzieć o uroczystych orzeczeniach papieża Bonifacego lub Soboru Florenckiego, które stwierdzają, że posłuszeństwo biskupowi rzymskiemu konieczne jest do zbawienia (Bonifacy) i że „nikt – jakichkolwiek by jałmużn nie udzielał, nawet gdyby dla imienia Chrystusa przelał swą krew – nie może być zbawiony, jeśli nie pozostaje w łonie Kościoła katolickiego i w jedności z nim” (Sobór Florencki).
A zagadnienie zbawienia poza Kościołem bynajmniej nie jest błahe – należy do samego centrum wiary chrześcijańskiej, zbiegają się w nim bowiem kluczowe tematy: natury Bożego dzieła zbawienia, relacji Chrystusa i Kościoła, istoty samego aktu wiary; każde z rozstrzygnięć w rozważanej kwestii niesie ze sobą inny obraz Boga i inne spojrzenie na fundamenty ludzkiej kondycji. Jak jest zatem możliwe, że w tak ważkiej kwestii wypowiedzi Urzędu Nauczycielskiego zdają się sobie przeczyć (lub po prostu – przeczą)? Czy – jak twierdzą niektórzy tradycjonaliści – Kościół w czasie Vaticanum II i po nim odszedł od prawdziwej wiary ojców? A może trzeba postawić pytanie: jak to możliwe, że przez wiele wieków najznamienitsi myśliciele chrześcijańscy, papieże i sobory ośmielali się tak zdecydowanie posyłać w imieniu Boga w otchłań piekła miliony dobrych ludzi tylko za to, że nie uwierzyli w przesłanie Kościoła i nie wstąpili do niego – czasami w ogóle nie wiedząc o istnieniu chrześcijaństwa, czasami spotykając je w osobach krwawych konkwistadorów, a z reguły będąc wychowani w jakiejś innej tradycji religijnej, jako najlepszej lub jedynie prawdziwej? Jak możliwe, że przez tak długi czas Kościół oficjalnie głosił tak potworny obraz Boga, jak możliwe, że dopiero w XX wieku dotarło do chrześcijan przesłanie o Bogu, który kocha wszystkie swoje dzieci?
Upraszczam oczywiście, ale ten uproszczony obraz staje przed oczami każdego, kto pobieżnie przeczyta odpowiednie, przywoływane wyżej, kościelne dokumenty. Aby uniknąć uproszczeń potrzebna jest praca dobrego historyka – jakim jest np. Bernard Sesboue – który by poddał teksty analizie, naświetlił kontekst ich powstania: mentalność epoki, ukryte założenia czy konkretne problemy, z którymi borykali się autorzy, wyjaśnił rzeczywisty sens wypowiedzi, który może odbiegać od znaczenia, które nam dziś się niemal naturalnie narzuca przy lekturze.
Trudno w tym miejscu streszczać historyczne analizy Sesbouego. Choć warto powiedzieć, że autor ten pokazuje, iż – pomimo jawnych sprzeczności występujących pomiędzy dokumentami Kościoła na poziomie językowym – da się zauważyć pewną głębsza ciągłość wiary, leżącej u podstaw tych, jakże różnych wypowiedzi. Tym niemniej problem zmiany nauczania, a nawet głębszej postawy, pozostaje – i Sesboue uczciwie to przyznaje. Choć z perspektywy czasu, w wyniku uważnych badań historycznych i teologicznej interpretacji możemy stwierdzić, że wiara ojców Soboru Florenckiego jest tą samą wiarą, co wiara ojców Vaticanum II, pewien problem pozostaje: Ci pierwsi wyrażali swoją wiarę w słowach sprzecznych ze słowami wyrażającymi wiarę tych drugich. Słowa zaś, głosi Kościół, nie są bez znaczenia, ważne jest, czasami nawet bardzo, jakimi słowami wyrażamy swoją wiarę – stąd żmudne dopracowywanie tekstów Credo, stąd liczne orzeczenia i definicje dogmatyczne. Co zatem zrobić ze zmianami nauczania, które łatwo zauważy każdy, kto zbada historię chrześcijaństwa (note bene: zmiana taka nie dotyczy tylko kwestii zbawienia niechrześcijan)? Pytanie nie jest tylko historyczne. Dotyczy żywotnych kwestii naszej dzisiejszej wiary: skoro nauczanie magiterium ecclesiae zmieniało się po wielokroć w historii, jak mamy odnosić się do jego współczesnej postaci: Mimo wszystko absolutnie akceptować? Podchodzić z dystansem i swobodą, jako do czegoś zawsze prowizorycznego? A może jeszcze inaczej?
Ostatnie rozdziały swojej książki francuski teolog poświęca właśnie na próbę już nie historycznej, lecz teologicznej odpowiedzi na powyższe pytania. Wydaje się nawet, że właśnie to zagadnienie – statusu wypowiedzi magisterium, jest zasadniczym problemem jego książki. Historia formuły „extra ecclesiam nulla salus” stanowi tylko pretekst, ilustrację problemu.
Teologiczną część swojej książki Sesboue rozpoczyna od naszkicowania własnej odpowiedzi na problem, który dzisiaj – po tym jak ostatni Sobór jasno wyraził wiarę w możliwość dostąpienia zbawienia przez niechrześcijan – zajmuje miejsce debaty nad zdaniem „extra ecclesiam nulla salus”. Jak wynika z analiz historycznych, wszystkie strony sporu o możliwość zbawienia poza Kościołem, przyjmowały jako oczywistość wiarę w jedyne pośrednictwo zbawcze Jezusa Chrystusa. Różnili się jedynie, co do tego, jak szeroki jest zasięg skutecznego oddziaływania tego pośrednictwa. Oto jednak obecnie kwestionuje się zasadność, a nawet sensowność wiary w jedyność i powszechność zbawczą tego oto konkretnego człowieka: Jezusa Chrystusa. Krytyków tradycyjnego chrześcijańskiego stanowiska określa się najczęściej mianem pluralistów religijnych, jako że bronią poglądu, iż każda z wielu religii stanowi zupełnie autonomiczną drogę zbawczą dla swoich wyznawców.
Dyskusja na temat pluralizmu religijnego toczy się dziś z wielką intensywnością. Sesboue przytacza kilka ważnych pozycji książkowych na ten temat – choć trzeba przyznać, że wiele bardzo ważnych nazwisk pomija milczeniem (ogranicza się zasadniczo do teologii „romańskiej”, podczas gdy główny nurt debaty toczy się w świecie anglojęzycznym). Własne uwagi Sesbouego, zawarte w analizowanej tu książce, na temat jedyności zbawczej Jezusa Chrystusa są miejscami bardzo ciekawe i mogą być inspirujące w dyskusji z pluralistyczną teologią religii. Trudno jednak potraktować je jako w pełni dopracowany głos w debacie. Mają one jednak duże znaczenie, jako podstawa propozycji, dotyczącej innego zagadnienia – kwestii (nie)zmienności nauczania Kościoła oraz hermeneutyki wypowiedzi magisterium ecclesiae. Sesboue zauważa, że pluralistyczna krytyka jedyności Jezusa opiera się na negacji możliwości pełnego wcielenia się Absolutu w historię. Sam broni takiej możliwości, uznając wcielenie, kenozę Słowa Bożego za podstawę chrześcijaństwa. Wskazuje przy tym, że „kenoza obejmuje też jednak i to, że absolutne objawienie Boga przechodzi przez świat ludzkich wyobrażeń, wpisanych w kulturową przygodność czasu i miejsca” (s. 322). Fakt ten ma kapitalne znaczenie dla kwestii interpretacji zapisu objawienia – Biblii, ale także, co podkreśla Sesboue, wypowiedzi Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Sesboue przypomina, że gdy chodzi o interpretację Pisma, Kościół już od dawna ma jasną świadomość ludzkich, historyczno-kulturowych uwarunkowań tekstów natchnionych, akceptuje zatem zastosowanie rozmaitych reguł hermeneutycznych, które uwzględniają owe uwarunkowania. Nasz autor przywołuje dokument Papieskiej Komisji Biblijnej o interpretacji Biblii w Kościele, który zdecydowanie i całkowicie krytykuje tylko jeden rodzaj lektury Pisma: lekturę fundamentalistyczną, która nie przyjmuje do wiadomości ograniczeń autorów natchnionych, a za właściwy sens ich dzieł…