Subskrybuj

Zapłodnienie in vitro – powracający problem

O ile w kwestii nadliczbowych embrionów Kościół sięga chętnie, i słusznie, do argumentów biologicznych, o tyle w kwestii samej istoty zapłodnienia in vitro nie uwzględnia współczesnej wiedzy o fizjologii rozrodu ani też o psychologii tej sfery działań ludzkich.

Problemy związane z zapłodnieniem in vitro były dosyć szeroko omawiane w “Tygodniku Powszechnym” w połowie roku 2006. Dyskusję zainicjował artykuł Artura Sporniaka Pusta kołyska (“Tygodnik Powszechny” 2006, nr 29). Przeszła jednak ona raczej bez echa, ponownie zaś z wielką siłą rozgorzała dopiero po wzmiance ze strony rządowej o możliwości refundowania tej procedury z funduszy państwowych. Być może przyczyniła się do tego ostrość sformułowań użytych przez biskupów, którzy również zabrali głos. Przypomnieli oni znane stanowisko Kościoła w tej kwestii, stosując przy tym, niestety, retorykę nieuwzględniającą poglądów, emocji i stanu świadomości sporej części społeczeństwa. Zarówno strona rządowa, jak i Episkopat przyczynili się do tego, by opozycji, zwłaszcza lewicowej, trafiła się nie lada gratka. Oto pojawiła się możliwość zapędzenia rządu w kozi róg: jeśli nie zgodzi się on na refundację (chociażby z przyczyn finansowych, skoro wiadomo, jak bardzo brakuje pieniędzy służbie zdrowia), opozycja ogłosi, że rząd podporządkowuje się Kościołowi, pozwala sobie narzucić kościelny system wartości, nie ma zrozumienia i empatii dla ludzi, którzy sytuację niepłodności przeżywają jako ogromny dramat – ba, nawet że wprost tworzy państwo wyznaniowe. Jeśli zaś wprowadzi refundację, narazi się Kościołowi. Jednak niezależnie od politycznego podłoża całej tej akcji, którym tu nie będę się zajmował, trudno nie uznać, że sprawa zapłodnienia in vitro ma istotne aspekty etyczne.

Głos Episkopatu dotyczył samego zapłodnienia in vitro,a nie jego refundacji. Posłużono się dwoma typami argumentacji – pierwszy miał wyraźnie charakter religijny i skierowany został do wiernych, a więc nie był intersubiektywny w szerszym sensie, drugim zaś wymogi intersubiektywności spełniał. Ponieważ zastosowano oba typy argumentacji łącznie, ułatwiło to sytuację krytykom. Zasadne wydaje się zatem rozpatrywanie tych dwóch typów argumentacji osobno.

Bóg dawcą życia

Kościół utrzymuje, że dawcą życia jest Bóg, stąd człowiek nie ma prawa interweniować w naturalne sposoby jego przekazywania. Rozmnażanie jest cechą fizjologiczną wszystkich żywych organizmów, w tym człowieka, który dokonuje tego w sposób, jaki ewolucyjnie wykształcił się w gromadzie ssaków. Cecha ta, jak i całe ludzkie życie, jest wynikiem stwórczego działania Bożego. Jednak, jak sądzę, tylko w tak ogólnym znaczeniu Bóg jest źródłem życia każdego nowego organizmu. Dlaczego więc, korzystając z danego nam przez Boga rozumu, możemy interweniować w celach leczniczych praktycznie w całą fizjologię człowieka – prócz fizjologii rozrodu?

Fizjologia ta została obecnie dosyć dobrze poznana naukowo. Jeśli więc można sensownie mówić o “tajemnicy” początków życia (powinno się mówić o początku nowego organizmu, bo plemnik czy każda komórka wątroby też są żywe, choć nie są organizmami), to w odniesieniu do życia osobowego, życia obdarzonego duszą. Pozostają one tajemnicą bez względu na to, gdzie się owo życie poczęło, nikt bowiem nie ma wątpliwości, że Pan Bóg z duszą sobie poradzi w każdej sytuacji, i nikt nie wątpi, że człowiek poczęty in vitro duszę posiada.

Prof. Barbara Chyrowicz pisze:

Można się nadto zastanawiać, czy prokreacja kontrolowana przez odpowiednio wykwalifikowanych specjalistów nie jest bardziej “ludzka” niż zdanie się w tej materii na ślepe mechanizmy natury. Niby dlaczego rozumne i wolne istoty nie miałyby wykorzystywać swojej inteligencji również, gdy chodzi o nowych przedstawicieli rozumnego gatunku. Czyż nie wydaje się to aż nadto zrozumiałe?

I dalej:

Jeśli nawet bronić tezy, że naturalna prokreacja miałaby być normą ludzkiego postępowania, już przez sam fakt, że jest naturalna, właściwa dla gatunku, wyposażona w sensy nadane przez Stwórcę, to czyż Stwórca nie przewidział, że nadejdzie dzień, w którym człowiek odkryje tajemnice poczęcia i dziedziczenia cech? Dlaczego zlecone człowiekowi zadanie “czynienia sobie ziemi poddaną” nie miałoby się realizować również w odniesieniu do własnego gatunku? Przecież Stwórca nie zastrzegł, że natury ludzkiej nie można tknąć, a jeśli już mówić o Jego udziale w powstaniu ludzkiego życia, należy pamiętać, że jest to w istocie współudział: człowiek uczestniczy w poczęciu nowego życia nie inaczej niż poprzez swoją biologię (“Tygodnik Powszechny” 2008, nr 1). 

Są to pytania, które w sposób oczywisty narzucają się w odniesieniu do stanowiska Kościoła w tej sprawie. Trzeba zauważyć, że do samego poczęcia, czyli do połączenia komórki jajowej z plemnikiem, w wypadku większości stosowanych metod in vitro dochodzi w sposób “naturalny”, takw jajowodzie, jak i w próbówce. Czy więc sposób i miejsce, w jaki do tego kontaktu dochodzi, decydują o moralności bądź niemoralności działań prokreacyjnych?

O co więc chodzi w stanowisku Kościoła? Utrzymuje on, że “każde dziecko ma prawo zrodzić się z miłosnego aktu małżeńskiego rodziców”(z listu do parlamentarzystów Rady Episkopatu Polski ds. Rodziny z 8 grudnia 2007), który ma dwa równoważne cele: jednoczącą małżonków miłość i prokreację, cele, których rozdzielanie uważane jest za niegodziwe.

Jednak, jak to zauważa A. Sporniak, pojecie miłosnego aktu małżeńskiego zaczyna w dokumentach Kościoła funkcjonować jako dosyć abstrakcyjny model, na bazie którego tworzone są konkretne propozycje, w jakich podwójnego celu współżycia trudno się dopatrzyć. Mam na myśli na przykład stanowisko Kościoła wobec niektórych metod medycznie wspomaganej prokreacji, metod przezeń akceptowanych. Do nich należy choćby metoda LOTO, polegająca na umieszczenia komórki jajowej w takim punkcie narządów rodnych kobiety, gdzie byłaby ona dostępna dla plemników po normalnym stosunku. Bez zabiegu, z powodów patologicznych, tej dostępności nie ma. Niekiedy wobec trudności z poczęciem, dla zwiększenia szans zapłodnienia, lekarze wyznaczają parom dokładny termin współżycia. W obu wspomnianych przypadkach mamy do czynienia z zaplanowanym przez lekarza współżyciem “na gwizdek”, którego nawet bardzo kochające się pary nie są w stanie traktować jako aktu jednoczącej i wspierającej miłości. Jest to więc postępowanie podejmowane w celu wyłącznie prokreacyjnym, akt, który Karol Wojtyła uważał za niemoralny (zob. Miłość i odpowiedzialność).

Innym problem podnoszonym przez Kościół w odniesieniu do procedur zapłodnienia in vitro jest uzyskiwanie spermy w wyniku masturbacji, będącej dla Kościoła moralnie nie do zaakceptowania.

Ten sam problem pojawia się jednak, gdy trzeba uzyskać spermę do celów diagnostycznych, co nieraz bywa konieczne w trakcie badania przyczyn niepłodności. Wydawałoby się, że trzeba jednak moralnie odróżniać masturbację jako postępowanie zastępujące normalne współżycie płciowe od czynności wykonywanej wyłącznie w celu pobrania nasienia. Podobnie ma się sprawa na przykład ze stosowaniem morfiny – co innego, gdy używa się jej dla uzyskania przyjemnych doznań psychicznych, a co innego, gdy celem jest uśmierzenie bólu. W przypadku masturbacji jednak Kościół takiego rozróżnienia nie robi. Jaki więc proponuje się sposób postępowania dla uzyskania spermy do analizy?

Pacjent dostaje szklaną płytkę mikroskopową i delikatną przykrywkę, obydwie starannie zapakowane, aby zapobiec rozbiciu. Para małżeńska odbywa stosunek płciowy w godzinach pracy laboratorium. Tuż po wytrysku mąż pozwala, aby parę kropli nasienia dostało się na szkiełko mikroskopowe i potem zamyka płytkę przykrywką. To nasienie pozostanie wilgotne przez 2-3 godziny, ale powinno być niezwłocznie zabrane do laboratorium, gdzie zostanie zdiagnozowane. Podczas transportu szkiełko powinno się znajdować w pudełku, ale nie powinno być dodatkowo przykryte, ponieważ nasienie wyschnie [chyba chodzi o to, aby nie było dodatkowo przyciśnięte – A.P.]. Czasami test należy powtórzyć, ale większość mężczyzn jest zadowolona z przyjemności związanych z tą metodą, w porównaniu z masturbacją (H. P. Dunn, Etyka dla lekarzy, pielęgniarek i pacjentów,Wyd. Diecezji Tarnowskiej BIBLOS, Tarnów 1997; imprimatur, nihil obstat).

Mam nieodparte wrażenie, że autorzy tego tekstu, którzy, jak rozumiem, opowiadają się za współżyciem seksualnym jako aktem miłości małżeńskiej, proponują coś, co jest jego karykaturą. Mamy tu do czynienia nie tylko z masturbacją, ale z masturbacją z wykorzystaniem kobiety, a to dopiero, jak sądzę, stwarza zasadniczy problem moralny.

Powyższe przykłady zdają się świadczyć, że mimo mówienia o moralnej konieczności łączenia obu celów współżycia seksualnego, aby było ono godne człowieka, połączenie to w poglądach licznych moralistów katolickich przybiera wyraźnie niesymetryczny charakter: celowi jednoczącemu musi towarzyszyć cel prokreacyjny, ale odwrotnie – już nie tak koniecznie. Stąd wrażenie, że wyżej wspomniane scenariusze współżycia wywodzą się bardziej z koncepcji “obowiązku małżeńskiego”, kiedyś usilnie lansowanej, niż z natchnienia Pieśni nad pieśniami.

Co więc tak naprawdę pozostaje z “małżeńskiego aktu miłosnego” w propozycjach “wspomagania przy poczęciu” akceptowanych przez moralistów katolickich? Wyłącznie fizjologiczna czynność kopulacji, której rangę nagle ogromnie się podnosi, chociaż nie ona decyduje o “ludzkim” charakterze aktu seksualnego. Kładzenie tak silnego nacisku na ten aspekt wydaje się tym dziwniejsze, że w kwestiach życia seksualnego Kościół na ogół bardzo przeciwstawia się “biologizacji”. Dlatego też pogłębia się wśród katolików brak zrozumienia dla nieustępliwego stanowiska Kościoła w kwestii zapłodnienia in vitro per se – co nie oznacza, że akceptowana może być każda jego forma! Może więc należałoby skupić rozważania przede wszystkim na motywacjach, a nie na technice? W końcu kochającym się rodzicom chodzi o powołanie do życia dziecka, które, jeśli są osobami wierzącymi, traktować będą jako dar Boży bez względu na to, gdzie się ono pocznie. Dlatego podzielam myśl Haliny Bortnowskiej, gdy pyta, dlaczego miejsce powstania zygoty ma mieć wręcz teologiczne znaczenie. I dodaje: “Z punktu widzenia wiary, Bóg współdziała z rodzicami w każdym miejscu. Nad laboratorium może czuwać ten sam Anioł, którego obecności spodziewamy się przy kobiecie dostępującej zapłodnienia”(“Gazeta Wyborcza” z 5-6 stycznia 2008 r.).

Problem nadliczbowych embrionów

Z powyższych wywodów wynika, że nie powinno być chyba zasadniczych oporów etycznych co do samej zasady zapłodnienia in vitro. Natomiast opory takie wzbudzają stosowane obecnie przy tym zapłodnieniu procedury, w ramach których tworzy się szereg embrionów dodatkowych, z nich selekcjonujesię jeden (lub dwa) do implantacji, zaś pozostałe zamraża, aby je użyć w razie, gdyby pierwsza implantacja nie doprowadziła do ciąży. Jeśli to nastąpi, pozostałe embriony wykorzystywane są do celów eksperymentalnych albo po prostu uśmiercane. Trzeba przyznać, że tworzenie wielu embrionów wynika między innymi z tego, że są trudności z zamrażaniem komórek jajowych, podczas gdy embriony w stanie zamrożonym można przechowywać. Z kolei zapładnianie większej liczby jaj, niż się przeważnie wykorzystuje do rozwoju wynika również z tego, że ich zwiększoną liczbę otrzymuje się w wyniku stymulacji hormonalnej kobiety, aby w przypadku niepowodzenia całej procedury, nie narażać jej na ponowne zabiegi operacyjne w celu ich otrzymania. Nie zmienia to oczywiście sytuacji moralnej, wynikającej z tworzenia nadliczbowych embrionów. Dlatego więc, jeśli księża biskupi protestują przeciw takiej praktyce, to – niezależnie od ich przekonań religijnych, czynią to również jako obywatele kraju, w którym morderstwo jest karanym przestępstwem. Ponieważ wszyscy ten stan prawny akceptują, kontrowersja w rzeczywistości dotyczy normatywanego statusu embrionu – czy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dzieci Boże z probówki. Chrześcijanie wobec in vitro