Z ogromnym trudem przychodzi nam jako zbiorowości zrozumienie, że prawo stanowione nie musi być ucieleśnieniem całej moralności, a jego rolą nie jest pomagać obywatelom w osiąganiu doskonałości moralnej. Tylko państwo powołane po to, by służyć określonej jednostce, klasie lub grupie wyznaniowej może troszczyć się o dobro takie, jakim sobie je wyobrażają. W państwie demokratycznym prawo może i powinno wyznaczać granice, których nikomu przekroczyć nie wolno.
Żeby były godne ochrony, granice muszą być precyzyjnie wytyczone. Granice niewyraźne muszą stać się przyczyną wojen. Dotyczy to zarówno państw jak i prawa. Tam, gdzie zachodzi istotna rozbieżność między zapatrywaniami moralnymi znacznej części obywateli, prawo demokratycznego państwa powinno być ostrożne, by nie rodzić konfliktów i nie zmuszać obywateli do życia wbrew wyznawanym ideałom. Prawo demokratycznego państwa zakazuje tego, co jest absolutnie nie do przyjęcia w życiu zbiorowości. Resztę zostawia sumieniom obywateli.
Ponieważ Polacy rozmaicie oceniają leczenie niepłodności, ustawodawstwo nie powinno wyrażać opinii moralnych jednej grupy światopoglądowej czy wyznaniowej. Gdyby tak było, służyłoby tylko części obywateli. A jednak oczekiwanie, że prawo da wyraz wybranemu ideałowi moralnemu, jest udziałem większości stron biorących udział w ostatnich dyskusjach o regulacji prawnej in vitro. Mało kto dostrzega sprzeczność między dążeniem do zamienienia prawa w ucieleśnienie ideałów moralnych a prawem państwa demokratycznego.
Zamiast ustalić, co przytłaczająca większość Polaków uznaje za niedopuszczalne w leczeniu niepłodności i w manipulacjach na ludzkich zarodkach, a następnie zgodnie z tymi ustaleniami sformułować propozycje ustawodawcze, uczestnicy sporów starają się przekonać wszystkich, że ich własne stanowisko powinno znaleźć wyraz w prawie, ponieważ jest prawdziwe, pewne i nie zezwala na kompromisy.
Trudności ze zrozumieniem funkcji prawa w państwie demokratycznym nie są chorobą endemiczną. Cierpią na nią także autorytety moralne, a więc ludzie, którzy winni odznaczać się szczególną dbałością o klarowność przekazu. Bo przecież od tego, jak jasno i precyzyjnie przedstawią swoje racje, w znacznej mierze zależy to, czy dotrą do swoich adresatów i czy ich przekonają. Dbałości tej nie widać jednak w dyskusjach o tak ważnych sprawach społecznych jak prawna regulacja leczenia niepłodności. Co i rusz słychać wypowiedzi, które w najlepszym razie zdradzają nieporadność pojęciową, a w najgorszym – złą wolę.
Prawa nieistniejących?
W niedawnym liście do parlamentarzystów Rada Episkopatu Polski ds. Rodziny pisze, że „każde dziecko ma prawo zrodzić się z miłosnego aktu małżeńskiego jego rodziców”. Osobliwa to teza. Jeśli rozumieć ją dosłownie, to Biskupi nie mogą mieć racji, a jeśli mieli na myśli coś innego niż napisali, to powinni to powiedzieć klarownie i otwarcie.
Biskupi piszą o prawie, którego posiadaczem ma być istota, której jeszcze nie ma. Jak w takim razie można ona mieć jakiekolwiek prawa? Posiadaczem praw czyli uzasadnionych roszczeń może być tylko ten, kto już istnieje. Tezę o prawie do bycia zrodzonym z aktu małżeńskiego można więc głosić na gruncie logicznie osobliwej metafizyki zaludnionej istotami nieistniejącymi. Jeżeli zaś Biskupi pisali o dzieciach już spłodzonych – wszystko jedno, w wyniku procedur in vitro czy stosunku seksualnego pary pozostającej w związku małżeńskim – to jaki sens ma dawanie im tego prawa? Ich ewentualnego roszczenia, by być poczętym w taki czy inny sposób, nie można przecież żadną ludzką miarą spełnić. Chyba że ktoś potrafi cofnąć czas.
Można się domyślać, że pisząc o prawie dzieci do bycia poczętym w określony sposób Biskupi chcieli powiedzieć, że dzieci powinny przychodzić na świat tylko w wyniku stosunku seksualnego osób pozostających w związku małżeńskim. Jest to stanowisko zrozumiałe, wsparte długą i cenną tradycją. Nie są też błahe stojące za nim racje. Te jednak dają się zrozumiale wyartykułować na fundamencie katolickiej teologii moralnej, w której pojęcie prawa nie należy do najważniejszych. Podstawowe terminy moralnego nauczania Chrześcijan to cnota, charakter, powinność, powołanie człowieka. To za ich pomocą należałoby wyrażać stanowisko Biskupów. Dlaczego więc wybrali inny język?
Jeśli Biskupi przedstawili swoje stanowisko w języku praw bez odpowiedniego namysłu, to wykazali się nieporadnością myślową. Jeżeli zaś swoją opinię sformułowali w terminach praw rozmyślnie, to – jak pokazałem wyżej – trudno podejrzewać, że zrobili to w imię jasności.
Podejrzewam, że korzystając z języka praw, który jest dziś rozpowszechniony, Biskupi chcieli mieć po swojej stronie tych parlamentarzystów i pozostałych obywateli, którzy nie uznają moralnego nauczania Kościoła za źródło pouczenia moralnego. Jeśli moja hipoteza jest trafna, to pisanie o prawach istot niepoczętych to argumentacyjna droga na skróty, a nie głos w rzetelnej dyskusji. Skoro adresatami listu są posłowie i senatorowie, którzy stanowią prawo, to celem zastosowanego zabiegu retorycznego jest chęć przeforsowania stanowiska, które nie jest podzielane przez wszystkich Polaków.
Na kim spoczywa ciężar dowodu?
W dyskusji na temat leczenia niepłodności niejednokrotnie słychać argument, według którego procedury in vitro są niemoralne, ponieważ wiążą się ze świadomym podejmowaniem ryzyka doprowadzenia do śmierci niewykorzystanych embrionów. Przeciwnicy in vitrotwierdzą, że embrion jest człowiekiem, osobą lub istotą moralnie równoważną człowiekowi i że wobec tego winien podlegać ochronie moralnej takiej, jaką otaczamy noworodki i starsze istoty ludzkie. Zwolennicy – że zarodek człowiekiem nie jest i wobec tego nie trzeba go…