Subskrybuj

Upomnieć czy potępić?

„Liczne wypowiedzi o niegodziwości i niedopuszczalności metody in vitro można ująć w kilku stwierdzeniach. Po pierwsze: przy każdej próbie w tej metodzie giną liczne embriony - jest to rodzaj wyrafinowanej aborcji. Po drugie: każde dziecko ma prawo zrodzić się z miłosnego aktu małżeńskiego jego rodziców. I po trzecie: dziecko nie jest rzeczą i nawet przyszli rodzice nie mogą powiedzieć, że mają do niego prawo, zwłaszcza że to »prawo« jest zawsze okupione śmiercią jego braci i sióstr” (fragment listu biskupów polskich do parlamentarzystów z 18 grudnia 2007 roku)

Wyjdźmy od zasadniczych tez z listu biskupów do parlamentarzystów. Jakie argumenty stoją za kościelnym veto w kwestii sztucznego zapłodnienia? Na czym, według Kościoła, polega zasadnicze zło metody in vitro: na zabijaniu niepotrzebnych zarodków czy na przyznaniu sobie Boskich kompetencji? Skąd wynika ów potępiający ton, w jakim biskupi wypowiedzieli się na temat metody in vitro?

O. ROBERT PLICH: Ta deklaracja Episkopatu została wywołana dyskusją wokół możliwej refundacji zapłodnienia in vitro. Biskupi, jako pasterze Kościoła, czują się w obowiązku przypomnieć, jaka jest nauka Kościoła na ten temat. Starają się w skrócie przedstawić istotę zła moralnego – tak jak rozumie je Kościół. Stąd te trzy punkty, z czego – jak rozumiem – z najostrzejszą krytyką spotkało się porównywanie zła, wynikającego z zapłodnienia in vitro, do jakiejś wyrafinowanej formy aborcji. Myślę, że można dyskutować, na ile to określenie jest trafne. W przeszłości w historii Kościoła zdarzała się tego rodzaju przesadzona retoryka, która może nie jest językiem ściśle precyzyjnym, zwłaszcza w ustach pasterzy. Ona raczej stara się zwrócić na uwagę na problem, postawić go w sposób ostry. W tym konkretnym przypadku chodzi o zwrócenie uwagi na moralne zło, które leży dość blisko tego zła, jakiego dokonuje się przy aborcji. Zresztą, przy okazji zapłodnienia in vitro, czasem dochodzi wprost do aborcji, i nie ma co do tego dyskusji – myślę tu o tak zwanej redukcji nadliczbowych ciąż.

HALINA BORTNOWSKA: Moje stanowisko jest poniekąd znane: publicznie dawałam mu wyraz już kilka razy. Po pierwsze, uważam, że nazwanie tego tekstu duszpasterskim powinno być zakwestionowane przez pastoralistów. Ten tekst nie jest adresowany do wiernych – kobiet i mężczyzn pragnących mieć dziecko. On jest skierowany do posłów polskiego parlamentu, dla których jest to zagadnienie polityczne i budżetowe – zgodzić się czy nie na finansowanie zapłodnienia in vitro. I do tych osób, jako posiadających władzę w tym zakresie, ten list się zwraca z argumentacją, którą odbieram jako formułowaną z wnętrza instytucji, której reprezentantami są biskupi. Pierwszym potknięciem językowym jest już samo powiedzenie, że coś jest „niegodziwe”. Ja oczywiście wiem, że w języku teologicznym „niegodziwe” jest coś, czego się robić „nie godzi”, coś niewłaściwego, czego należałoby unikać. Natomiast w języku potocznym czyn niegodziwy to jest czyn podły, nikczemny, czyn o złych intencjach. Powiedzieć, że zachowałeś się niegodziwie, to nie jest to samo, co powiedzieć, że zachowałeś się niewłaściwie. Powiedzieć: „zachowałeś się niewłaściwie” to upomnieć kogoś; powiedzieć: „zachowałeś się niegodziwie” to kogoś osądzić.

Wydaje mi się następnie, że brakuje w tym liście należytej precyzji, która powinna cechować tekst skierowany do ustawodawców. Nie można na przykład stosować argumentu pars pro toto (część za całość). O ile wiem, redukcja nadliczbowych ciąż to już przeżytek, a nawet, jeśli wciąż jeszcze w niektórych przypadkach to się zdarza, to nie uzasadnia porównania całej procedury do aborcji. Powinno się tu osądzać raczej cel owej procedury. A celem in vitro nie jest pozbycie się ludzkiego życia, ale danie tego życia. Można, oczywiście, zakwestionować jakiś etap, na którym dzieje się coś złego z ewentualnymi nadliczbowymi zarodkami, ale to znowu nie jest regułą.

Mam też logiczną wątpliwość: w moim odbiorze w przypadku zarodka mamy do czynienia z czymś, co przypomina ziarno. W ziarnie jest już właściwie roślina, ale jednak w stanie uśpionym – nieposadzenie ziarna nie równa się wycięciu dębu czy nawet młodziutkiego dębczaka. Z tego powodu porównanie do aborcji w ogóle wydaje mi się przywoływać niewłaściwy obraz, który ma charakter psychologicznego horroru, który ma ludzi przestraszyć.

ZBIGNIEW ZALEWSKI: Retoryka tego listu jest rzeczywiście zdumiewająca. Kiedy zastanawiam się, skąd się to wzięło, mam wrażenie, jakby to była taka nadgorliwość prowincji wobec centrum. Bo weźmy na przykład watykańską instrukcję Donum vitae – przy generalnie negatywnym stosunku do sztucznego zapłodnienia tyle w niej wątpliwości, zastrzeżeń i furtek dla ewentualnej akceptacji tej procedury pod pewnymi warunkami albo choćby tylko pogodzenia się z nią jako złem, któremu nie da się przeciwdziałać. Ze złem wprawdzie, ale nie najwyższego rzędu, takim, które można zaakceptować. Przypomina mi się tu pewna zabawna sytuacja. Kilkanaście lat temu brałem udział w seminarium naukowym na katolickim uniwersytecie w Nijmegen w Holandii. Pamiętam wystąpienie belgijskiego jezuity, ks. Paula Scottmansa, który był kierownikiem katedry Etyki i Prawa Medycznego na uniwersytecie w Louvain (i jednocześnie przewodniczącym tamtejszej komisji etycznej). Długo i pokrętnie tłumaczył on wtedy, dlaczego komisja etyczna akceptuje fakt, że tamtejsza uniwersytecka klinika ginekologiczna jest największym w Belgii centrum sztucznego zapłodnienia. Dowodził, cały czas powołując się na instrukcję Donum vitae, że oni właściwie nie robią nic moralnie nagannego i niedopuszczalnego z punktu widzenia Kościoła. Odwoływał się przy tym do Donum vitae, na każde zastrzeżenie znajdował w niej odpowiedni ustęp. To oczywiście wywoływało duże rozbawienie na sali, gdzie siedzieli teologowie katoliccy i protestanccy, między innymi Kevin Whites z Georgetown University w Waszyngtonie i jeszcze parę innych osób o świetnym przygotowaniu filozoficzno-teologicznym. Mieli oni serdeczną uciechę z tego lawirowania Scottmansa.

List polskich biskupów nie pozostawia natomiast najmniejszych wątpliwości co do moralnej oceny zapłodnienia in vitro

O. ROBERT PLICH: Rzeczywiście, to jest wielkie pytanie: jak czytelnie prezentować naukę Kościoła? Jak prezentować ją, by – po zrozumieniu moralnego zła, które czynimy – ukazać drogę wyjścia w perspektywie Bożej łaski? Długo można by na ten temat rozmawiać, jednak – niezależnie od rozmaitych słusznych postulatów – duszpasterstwo nie może nie ukazywać nauczania Kościoła!

Pani Bortnowska zwróciła uwagę na użycie przez biskupów słówka ,,niegodziwy”. To jest sformułowanie ,,techniczne”, używane na co dzień przez moralistów. Oczywiście, trzeba się zastanawiać, jak od takich ,,technicznych” sformułowań, od których roi się język teologii czy prawa kanonicznego, przejść do języka codziennego. Niemniej, nie uciekniemy od tego, co zostało wypracowane przez wieki tradycji, co sformułowano w grece lub łacinie. Jesteśmy na te słowa i terminy poniekąd skazani – i ja bym się tej ,,niegodziwości” tak bardzo nie czepiał.

HALINA BORTNOWSKA: Przepraszam, ale czy niezrozumiały termin techniczny jest, Ojca zdaniem, na miejscu w ,,duszpasterskim” dokumencie adresowanym do parlamentarzystów? Proszę zrobić ankietę, ile spośród tych osób uczyło się: po pierwsze, łaciny; po drugie, teologii; po trzecie, ilu ma zwyczaj brania pod uwagę obcych sobie punktów widzenia i kontekstów.

O. ROBERT PLICH: Wydaje mi się, że żąda Pani rzeczy niemożliwej, aby język duszpasterski był całkowicie różny od języka teologicznego. One muszą być sobie bliskie.

HALINA BORTNOWSKA: Każdy tłumacz wie, że tłumaczenie polega na tym,  żeby znaleźć odpowiednik danego słowa w tym drugim języku, tak aby ludzie czytający przekład rozumieli to słowo tak jak czytelnicy oryginału. W przypadku języka teologicznego ja wiem, co oznacza słowo ,,niegodziwy” – i w języku duszpasterskim używam jego odpowiednika, a zatem słówka: ,,niewłaściwy”, ,,nieodpowiedni” etc.

O. ROBERT PLICH: Ludzie mają rozum i mogą dorastać do rozumienia pewnych słów. Kościół uważa metodę in vitro za rzecz moralnie złą i, w tym kontekście być może nawet użycie słowa ,,podły” może być właściwe. Rolą Kościoła jest przecież wskazywanie na moralne zło i nazywanie rzeczy po imieniu.

Proponuję jednak pójść dalej. Powiedziała Pani, że ocena tej procedury pochodzi z jej celu. To nie jest twierdzenie do końca prawdziwe. W myśl nauczania Kościoła oceniamy coś na podstawie przedmiotu i użytych środków…

HALINA BORTNOWSKA: Ja to rozumiem, niemniej uważam, że cel jest bardzo istotny i procedura o pewnym godziwym – użyjmy tego słowa – celu (bo posiadanie potomstwa jest celem godziwym), ale nieodpowiednich środkach do niego prowadzących, jest czymś innym niż procedura, w której i cel, i środki są nieodpowiednie.

O. ROBERT PLICH: Żeby cała procedura była moralnie nieodpowiednia, wystarczy nieodpowiedni środek albo cel.

HALINA BORTNOWSKA: Zgoda, ale pozostaje kwestia, czy ta nieodpowiedniość środków jest w pełni dostrzegana i rozumiana.

Nie sposób poważnie rozmawiać na ten temat, nie mając elementarnej wiedzy biologicznej. A zatem – pytanie kierujemy do znawcy tematu, pioniera w kwestiach zapłodnienia pozaustrojowego zwierząt w Polsce –  jak to się robi? 

MARIAN TISCHNER: Na początek mam uwagę terminologiczną. Padło tu określenie „sztuczne zapłodnienie”. „Sztuczne” sugeruje, że coś się robi sztucznie. A przecież gamety, męska i żeńska, są naturalne i myślę, że wiele jeszcze pokoleń przeminie, zanim uda się wyprodukować w warunkach laboratoryjnych gametę męską. Plemnik jest bardzo skomplikowaną komórką, posiada więcej informacji genetycznej niż największy komputer świata. Tak samo jest zresztą z komórką jajową. Lepiej więc używać określenia: „zapłodnienie pozaustrojowe”. Bo samo zapłodnienie jest jak najbardziej naturalne.

Po raz pierwszy zapłodnienie pozaustrojowe udało się przeprowadzić amerykańskiemu uczonemu chińskiego pochodzenia Changowi – dokonał tego w 1959 roku na królikach. Z reguły bowiem wszystkie te metody, które przechodzą potem na człowieka, najpierw wykonuje się na myszach albo na innych zwierzętach. Louise Brown, pierwsza dziewczynka z probówki, urodziła się w 1978 roku. Możemy dziś mówić o dwóch głównych rodzajach zapłodnienia pozaustrojowego (proszę wybaczyć, że będę odtąd używał terminologii ściśle biologicznej). Po pierwsze, kiedy pobieramy od samicy komórkę jajową, wkładamy ją do probówki i mieszamy z plemnikami. Plemniki muszą być, oczywiście, wcześniej do tego przygotowane – kapacytowane  (kapacytację, dość skomplikowany proces dojrzewania plemników w warunkach in vitro, odkryto w Austrii w 1961 roku). Normalnie w cyklu dochodzi do jednej, czasami do dwóch, a wyjątkowo do większej liczby owulacji. Natomiast u samic, które stymulujemy hormonalnie, wywołujemy superowulację i tych komórek jajowych jest więcej. Lekarzowi, który dokonuje zapłodnienia pozaustrojowego, zależy na tym, żeby tych komórek było jak najwięcej. W odpowiednim momencie robi on punkcję jajnika i absorbuje komórki jajowe (trzeba je jeszcze 24 godziny podhodować w warunkach laboratoryjnych, żeby dojrzały do zapłodnienia). Następnie miesza się je z kapacytowanymi plemnikami (tych plemników z reguły nie potrzeba tak dużo, ile jest ich normalnie w ejakulacie). Powiedzmy, że lekarzowi udało się zapłodnić cztery komórki jajowe. Wybiera z nich tę najlepszą i transplantuje do biorczyni (bo to nie musi być wcale matka-dawczyni, może to być synchronizowana cyklem zupełnie inna samica). Pozostałe zapłodnione komórki są więc niepotrzebne. Zamraża się je i czasem niszczy – jak to swego czasu na dużą skalę zdarzyło się w Anglii. Wtedy rzeczywiście można mówić o aborcji. Można, oczywiście, wszczepić wszystkie cztery zarodki – ale to byłoby ryzykowne dla biorczymi. A poza tym prawdopodobnie nie wszystkie by się rozwinęły.

To jest jedna forma zapłodnienia pozaustrojowego. Ale może być i tak, że u samicy – na skutek choroby – doszło do zatkania jajowodu i komórka jajowa nie może zejść do macicy. To jest choroba, i – moim zdaniem – trudno w takim przypadku odmówić pacjentce pomocy, terapii. Są, oczywiście, także inne rodzaje niepłodności. Komórka jajowa jest otoczona przejrzystą, galaretowatą osłonką. Kiedy ta osłonka jest stwardniała, plemniki, nawet jeśli są pełne wigoru, nie mogą się przez nią przebić. Wina może też leżeć po stronie plemników – może ich być za mało albo mogą być zbyt niemrawe. Wówczas wykonuje się pozaustrojowe zapłodnienie wspomagane. Trzeba złapać jeden plemnik i – przy pomocy specjalnych mikromanipulatorów i mikroskopu z komputerowym wspomaganiem – przebić osłonkę i wprowadzić go do komórki jajowej. Potem lekarzowi pozostaje obserwacja: czy powstał z tego zarodek, czy nie powstał?

Nie czuję się kompetentny do zabierania głosu na tematy etyczne, ale niebezpieczeństwa i rozmaite możliwości manipulacji widać tu jak na dłoni. U nas w Łopusznej mówili, że tylko matka jest pewna. Ale jeżeli lekarz okaże się nieuczciwy, to nawet matka nie będzie pewna.

W liście biskupów jest mowa o nadliczbowych zarodkach, które giną podczas procedury in vitro. Wiemy, że technicznie możliwa jest procedura, która pozwala ominąć ten problem. 

MARIAN TISCHNER: Możemy wybrać najlepszą komórkę do zapłodnienia, a pozostałe pobrane komórki jajowe zamrozić jeszcze przed ich zapłodnieniem, choć w tym momencie są z tym pewne, dość poważne problemy. Mówię: w tym momencie, bo technika idzie jednak naprzód. Poza tym lekarz nie chce podejmować ryzyka działania tylko na jednej komórce. Bo jeżeli się nie uda, to całą ciężką i kosztowną procedurę trzeba wszczynać na nowo.

HALINA BORTNOWSKA: Jestem świadkiem takich zmagań o dziecko metodą in vitro. Kilka zapłodnionych komórek zawsze daje większą szansę i ten ogromny wysiłek zmniejsza. Oczywiście, ktoś może powiedzieć: proszę próbować tylko na jednym zarodku, nie uda się – trudno. Pacjentka ma zawsze takie prawo.

ZBIGNIEW ZALEWSKI: Dwa słowa na temat technicznej możliwości  mrożenia niezapłodnionych komórek jajowych. Rzeczywiście, jeszcze do niedawna była to metoda nieskuteczna: komórki takie po rozmrożeniu okazywały się bezpłodne. Dopiero w 2005 lub 2006 roku uczonym hiszpańskim udało się zapłodnić komórkę uprzednio zamrożoną. Niedawno czytałem wypowiedź embriologa współpracującego z warszawską kliniką ,,Novum”, że tam również zaczęto mrozić komórki jajowe. Tyle że tu pojawiają się kolejne problemy, bo skuteczność uzyskania zarodków z zamrożonych komórek jajowych jest mniej więcej o połowę niższa niż z komórek niemrożonych.

Drugim teoretycznie możliwym i czasami (choć rzadko) stosowanym sposobem, który może również służyć uniknięciu hiperstymulacji, jest pobieranie niedojrzałych komórek jajowych od kobiety metodą punkcji i dojrzewanie ich w warunkach in vitro, tak żeby zapłodnić tylko tyle komórek, ile będzie poddanych implantacji. Poszukiwanie takich dróg jest w niektórych krajach wymuszone przez regulacje prawne – na przykład prawo we Włoszech czy w Niemczech nie pozwala na mrożenie zarodków. Uboczną konsekwencją są aborcje redukcyjne, bo jeżeli się zapłodni cztery czy pięć zarodków, to się wszystkie implantuje – i później trzeba redukować te ciąże, żeby dać szansę w miarę normalnego rozwoju.

O. ROBERT PLICH: Ciąża mnoga uzyskana metodą in vitro jest bardzo niebezpieczna dla kobiety…

ZBIGNIEW ZALEWSKI: Tak. Trzeba też wiedzieć, że w przypadku zapłodnienia in vitro dwa razy częściej niż przy zapłodnieniu naturalnym dochodzi do podziału bliźniaczego, Więc jeśli mamy kilka zarodków i do tego dojdzie jeszcze podział bliźniaczy, to będziemy mieli ciążę bardzo mnogą.

Z tego, co Państwo mówią, wynika, że ten pierwszy – i, jak się wydaje najważniejszy – argument polskich biskupów: śmierć ,,nadliczbowych” zarodków, jest możliwy do ominięcia, choć (przynajmniej na razie) łączy się z tym wiele problemów…

ZBIGNIEW ZALEWSKI: Częściową odpowiedzią na pytanie, dlaczego te metody alternatywne są tak mało skuteczne, jest prosta konstatacja, iż badacze, jak dotąd, nie poświęcali im czasu, nie zwracali na nie uwagi. Trzeba to głośno powiedzieć: na poszukiwanie alternatywnych rozwiązań nie było środków ani zainteresowania ze strony naukowców. Coś wyraźnie drgnęło, gdy w niektórych krajach – jak w Niemczech, we Włoszech czy ostatnio na Litwie – zabroniono mrożenia zarodków. Wtedy okazało się, że trzeba szukać innych rozwiązań. Podobnie było niegdyś z badaniami nad wykorzystaniem zarodkowych komórek macierzystych. Szły na to ogromne pieniądze, a czysto bezinteresownej pasji naukowej dwóch badaczy, Amerykanina i Japończyka, zawdzięczamy odkrycie możliwości przeprogramowania dojrzałych komórek somatycznych, tak żeby stały się totipotencjalne. Na to nikt przez całe lata nie dał ani grosza!

O. ROBERT PILCH: Wielu ludzi nie akceptuje metody zapłodnienia pozaustrojowego in vitro ze względu na to obciążenie, jakim jest unicestwianie nadliczbowych embrionów… Gdyby jednak udało się doprowadzić tę metodę do perfekcji (to znaczy: gdyby udałoby się uniknąć śmierci innych zarodków), nie widzieliby w niej nic złego. Zastanawia mnie, że tak niewielu uczestników debaty nie bierze pod uwagę, że są możliwe inne formy leczenia bezpłodności.

Wygląda więc na to, że stosowanie metody in vitro w wielu przypadkach zastępuje leczenie bezpłodności, które ktoś mógłby podjąć, ale woli skorzystać z zapłodnienia pozaustrojowego, bo to i prościej, i szybciej…

O. ROBERT PILCH: No właśnie. Czasami jakaś droga wydaje nam się najkrótsza i najbardziej efektywna, podczas gdy budzi ona najwięcej moralnych wątpliwości. Z nauką jest jednak tak, że do celu prowadzi z reguły niejedna droga.

HALINA BORTNOWSKA: Właściwą metodą opozycji wobec metody in vitro byłoby zatem szukanie innych metod. Znalezienie sponsorów i zmotywowanie uczonych, żeby prowadzili w tym kierunku badania. Ale takiego myślenia nie ma w przywołanym tu liście biskupów. Jest za to zakaz, zamknięcie tej ścieżki od zewnątrz.

Chcę ponadto podkreślić, że przekonanie o człowieczeństwie zarodka jest przekonaniem dogmatycznym wywiedzionym z pewnej teorii, a nie wprost z doświadczenia, i nie jest podzielane przez całe mnóstwo ludzi, których – gdyby polscy parlamentarzyści posłuchali biskupów – dotknęłoby prawo. Pytam więc: czy, w oparciu o partykularny światopogląd, można zamykać jakąś ścieżkę – bo to przecież jest wyraźny apel do ustawodawcy, aby tę ścieżkę zamknął.

O. ROBERT PLICH: Sprawa następna to porównanie do nieposadzenia ziarna i wyrwania rośliny. Ta analogia jest, jak sądzę, nieco ograniczona. No bo w końcu, w takim popularnym odbiorze, ziarno to jednak nie jest roślina. Zatem kiedy nie posadzi się ziarna, to nic złego się nie dzieje. Tu jednak mamy do czynienia z ludzkim życiem, a nie z ziarnem.

HALINA BORTNOWSKA: Chciałam powiedzieć, że nieposadzenie jest czym innym niż wyrwanie rośliny. Analogicznie: nieimplantowanie zarodka jest czym innym niż aborcja, zniszczenie zarodka, który wszedł już w proces rozwoju i stawania się tą istotą, o którą chodzi. Natomiast w zarodku przygotowanym do zamrożenia owa istota jest w stanie uśpionym, potencjalnym. Nie jest to jeszcze mikroskopijne dzieciątko.

O. ROBERT PLICH: Z moralnego punktu widzenia to nie jest znowu taka wielka różnica. Jeśli specjalnie po to produkuje się większą liczbę embrionów, żeby większości z nich nie zaimplantować, to jest to działanie celowe…

ZBIGNIEW ZALEWSKI: Celem jest życie, a to nieimplantowanie pozostałych zarodków stanowi skutek uboczny. Proszę na to spojrzeć z punktu widzenia zasady podwójnego skutku.

O. ROBERT PLICH: Ale ta zasada ma kilka kryteriów, między innymi kryterium proporcjonalności, które mówi, że złe skutki nie powinny przeważać nad dobrymi.

HALINA BORTNOWSKA: Mam przekonanie, że gdzieś u spodu tych argumentów tkwi przekonanie, że zarodek jest dzieckiem. Ja to kwestionuję…

O. ROBERT PLICH: A ja tego bronię.

HALINA BORTNOWSKA: …zarodek nie jest jeszcze dzieckiem. On jest dopiero szansą dziecka. Nie wiem, kiedy zarodek staje się człowiekiem, ale widzę różnicę między potencjalnością, która jest w zarodku, a aktualnością, która jest w zarodku implantowanym, już odbywającym rozwój, który coraz bardziej staje się…

ZBIGNIEW ZALEWSKI: …człekokształtny.

HALINA BORTNOWSKA: Więcej niż tylko człekokształtny. On jest coraz bliżej człowieczeństwa. Przy okazji, tyle mówi się o naturze, a tymczasem sama przyroda tych zarodków specjalnie nie oszczędza. To, że jeden z nich dochodzi do pełni życia, wcale nie musi oznaczać, że osiągnął to kosztem swych ,,braci i sióstr”.

Kościół broni życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci. Wydaje się jednak, że – choć precyzyjnie określa początek życia – nie wypowiada się na temat momentu śmierci, ostateczną decyzję pozostawiając lekarzom. To, naszym zdaniem, wyraźna niekonsekwencja. Może i w kwestii początku życia należałoby posłuchać lekarzy?

O. ROBERT PLICH: Kościół, określając początek życia, bazuje na pewnych danych naukowych, danych empirycznych. Gamety męska i żeńska nie są jeszcze ludzkim życiem – jeśli je pozostawimy samym sobie, to nie rozwinie się z nich człowiek. Ten rozwój zaczyna się w momencie zapłodnienia. Oczywiście, rozwój zarodka jest uzależniony od różnych czynników, które leżą poza nim, ale przecież także my, ludzie już urodzeni, żyjemy w sieci różnych zależności. Nie patrzmy więc na niesamodzielność zarodka. Spójrzmy raczej na to, że to naprawdę jest początek uporządkowanego procesu – początek czegoś radykalnie nowego. Dostrzeżenie tego jest niezależne od wiary religijnej i światopoglądu.

Ale Kościół nie mówi, że to życie zaczyna się od poczęcia; on mówi coś więcej: że wtedy zaczyna się człowiek.

O. ROBERT PLICH: Bo wyciąga wnioski z danych, które przedstawia mu nauka. Kryterium człowieczeństwa jest bogatsze od tego, co mogą nam powiedzieć nauki szczegółowe, takie jak embriologia. Bo i człowiek jest czymś więcej, niż na jego temat mówi biologia.

Zresztą wiele osób, niekatolików i niewierzących, powiada, że lepiej przyjąć, że to już jest człowiek, niż – działając pochopnie – traktować go tak, jakby człowiekiem nie był.

HALINA BORTNOWSKA: Zgadzam się z tą zasadą.

ZBIGNIEW ZALEWSKI: A ja chciałbym ją usłyszeć z ust miarodajnych przedstawicieli Kościoła.

HALINA BORTNOWSKA: Znam wielu ludzi, również niewierzących, którzy podzielają przekonanie na temat zapłodnienia jako początku człowieczeństwa. Mam jednocześnie poczucie, że w imię czegoś tak delikatnego i subtelnego, i wyrastającego – powtórzę to – z naszej wiary, nie można powiedzieć, że ludzie, którzy się z nami w tej materii nie zgadzają, nie powinni korzystać z dobrodziejstw, jaką daje metoda in vitro. O. ROBERT PLICH: Wiele rzeczy wyrasta z wiary, również przekonanie, że zarodek nie jest człowiekiem. HALINA BORTNOWSKA: Napisałam kiedyś – i chciałabym, żeby Ojciec to wiedział – że te niewszczepione zarodki są niczym ,,boskie meteory”, które pojawiają się na naszej orbicie, na chwilę wzbogacają ten świat i znikają. Mam dla nich wielką atencję. Ale, ze względu na…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Dzieci Boże z probówki. Chrześcijanie wobec in vitro