Marcin Marcinko
Nowa hierarchia wartości?
Zasada suwerenności w prawie międzynarodowym oznacza niezależność państwa od jakichkolwiek czynników zewnętrznych oraz jego samodzielność w regulowaniu spraw wewnętrznych. Jako pojęcie prawne, o którym mowa m.in. w Karcie Narodów Zjednoczonych i „Deklaracji zasad prawa międzynarodowego” z 1970 roku, suwerenność jest odpowiednikiem politycznego pojęcia niepodległości. Granicą wykonywania władzy suwerennej jest poszanowanie suwerenności innych państw, jak również przyjęte przez dane państwo normy prawnomiędzynarodowe.
Częścią ogólnej koncepcji suwerenności jest zasada integralności terytorialnej, która stoi na straży terytorialnych ram niepodległych państw. Wydaje się więc, iż zasada samostanowienia, wyrażona w „Deklaracji o przyznaniu niepodległości krajom i ludom kolonialnym” z 1960 roku oraz w Paktach Praw Człowieka z roku 1966, nadając prawo wszystkim narodom do uzyskania niepodległości, musi być sprzeczna z prawną koncepcją suwerenności. Jednak prawo do samostanowienia nie może być wykorzystywane jako instrument prawny dla podziału suwerennych państw. Wspomniana wyżej deklaracja zasad wyraźnie zakazuje powoływania się na zasadę samostanowienia, gdy prowadzi to do rozbicia lub naruszenia, w całości lub w części, integralności terytorialnej lub jedności politycznej suwerennych i niepodległych państw. Tym samym prawo do samostanowienia nie może przysługiwać mniejszościom narodowym ani nie uzasadnia prawa do secesji. Zasadę samostanowienia należy więc traktować jako podporządkowaną zasadzie integralności terytorialnej. Suwerenność byłaby zatem wartością nadrzędną nad samostanowieniem.
Niewykluczone jednak, że kazus Kosowa będzie miał istotny wkład w ewolucję zasady samostanowienia, tak że będzie się ona odnosiła w różny sposób także do przypadków secesji na obszarze państw suwerennych. Proces dekolonizacji został bowiem zakończony, nie ma też terytoriów niepodlegających niczyjej jurysdykcji (terrae nullius), na których mogłyby powstać nowe państwa. Do powstania nowych państw może dojść zatem jedynie w wyniku podziału lub likwidacji państw już istniejących. Różnorodne ruchy separatystyczne, również w Europie, mogą domagać się coraz szerszej niezależności, co w skrajnych przypadkach może doprowadzić do konfrontacji zbrojnej. Co gorsza, ocena słuszności dążeń separatystycznych nie jest łatwa, brak bowiem w prawie międzynarodowym jasnych i jednoznacznych norm określających, jakie ludy czy narody mogą być podmiotami prawa do samostanowienia. Można jednak w tym względzie kierować się przesłankami obiektywnymi, takimi jak język, historia, tradycje, religia, kultura, a także przesłanką subiektywną, jaką jest dążenie do zachowania tożsamości. Poza tym, wspomniane ludy i narody powinny zamieszkiwać określone terytorium i stanowić na nim ludność dominującą. Warto przy okazji przypomnieć, że w 1991 roku Wspólnota Europejska przyjęła wytyczne w sprawie uznania nowych państw w Europie Wschodniej i Związku Radzieckim. Przypisując szczególną rolę zasadzie samostanowienia, wytyczne były wyrazem wspólnego stanowiska członków WE dotyczącego procesu uznawania nowych państw. W wytycznych odwołano się do obiektywnych warunków uznania, podkreślając potrzebę przestrzegania zasad prawa, demokracji, praw człowieka i zwracając szczególną uwagę na wymogi odnoszące się do zagwarantowania praw mniejszościom. Moim zdaniem lepszym rozwiązaniem dla Europy jest odwoływanie się do dobrych, sprawdzonych wzorców z przeszłości niż kierowanie się w swoich osądach wymogami polityki realnej.
Dominika Ćosić
„Wiosna ludów” na Bałkanach
Proklamowanie niepodległości przez Kosowo, jak sądzę, zaowocuje na Bałkanach wzmocnieniem nastrojów nacjonalistycznych, a w dalszej perspektywie – „efektem domina”. Reakcja na secesję Kosowa będzie dwojaka: z jednej strony inne regiony zyskają argument koronny, który może je zachęcić do secesji, z drugiej strony, w państwach zagrożonych rozpadem wzmocnią się ugrupowania nacjonalistyczne. Pierwszy efekt już widać w Serbii: jest nim znaczny wzrost popularności Serbskiej Partii Radykalnej. To zarówno przejaw niezgody na oderwanie Kosowa, jak i reakcja społeczeństwa na lęk przed dalszą parcelacją Serbii, w której zresztą ciągle panuje niestabilna sytuacja. Najgorzej jest w Dolinie Preszewskiej na południu kraju: w regionie tym, zamieszkiwanym przez mniejszość albańską, od prawie 10 lat działa tzw. Wyzwoleńcza Armia Preszewa i Bujanowca. Do starć między jej bojówkami a serbską policją dochodzi regularnie, podobnie jak do porwań i zabójstw serbskich mieszkańców. Niemal równie napięta sytuacja panuje w Republice Serbskiej w Bośni, która domaga się całkowitego przecięcia więzów łączących ją z resztą kraju. W obu wypadkach miejscowi politycy powołują się na przykład Kosowa. Potencjalnym punktem zapalnym jest wciąż zachodnia Macedonia, zdominowana przez Albańczyków. W 2001 roku doszło tam do powstania zakończonego porozumieniem i przyznaniem im większej władzy. Ich oczekiwania są jednak coraz większe. Można jeszcze podać – oczywiście przy zachowaniu proporcji – przykład serbskich prowincji: Sandżaku i Wojwodiny. Proklamowanie niepodległości przez Kosowo otwiera puszkę Pandory…
Była Jugosławia jest jeszcze ciągle na etapie „wiosny ludów” – kolejne grupy etniczne upominają się o prawo do samostanowienia. Nie negując tego prawa, mam duże obawy związane z jego realizacją. O ile Chorwaci czy Słoweńcy byli w stanie zbudować struktury demokratycznego państwa, o tyle na przykład Albańczycy z Kosowa mogą mieć z tym problem. To społeczeństwo nie jest jeszcze wystarczająco dojrzałe do wzięcia na siebie pełnej odpowiedzialności i władzy. Jego struktura społeczna do tej pory opiera się na więziach klanowych, a lata komunizmu oduczyły obywateli poczucia odpowiedzialności za państwo. Takie dziedzictwo czyni kosowskich Albańczyków niezdolnymi do funkcjonowania we własnym, samodzielnym państwie. W przypadku niektórych państw bałkańskich największy problem polega na utożsamianiu samostanowienia z samowolą oraz pojmowania suwerenności jako całkowitej niezależności od wszystkich – czego efektem jest nieumiejętność współpracy z instytucjami międzynarodowymi i krajami ościennymi.
Politycy Unii Europejskiej powtarzają przy każdej okazji, że kazus Kosowa jest wyjątkowy i inne dążące do autonomii regiony nie mogą liczyć na podobne traktowanie. Bruksela powinna jednak jeszcze dobitniej podkreślić, że nie chce dalszych podziałów i że poszczególne państwa (na przykład Macedonia czy Serbia) mają szansę na wstąpienie do Unii tylko w dotychczasowym kształcie. Macedońscy Albańczycy – podobnie jak Serbowie z Republiki Serbskiej – jeśli chcą w przyszłości być obywatelami wspólnoty, powinni zrezygnować z marzeń o secesji. Jednocześnie Unia powinna być jednomyślna. W przypadku następnych secesji kraje członkowskie powinny wstrzymać się z uznawaniem nowych państw.
Niestety, politycy nie wyciągają wniosków z własnych błędów – przypomnijmy, że w 1991 roku, gdyby Niemcy wstrzymały się z uznaniem niepodległości Chorwacji (do której, swoją drogą, miała absolutne prawo) do czasu zagwarantowania praw mieszkającym tam Serbom. Siedemnaście lat później Berlin pospieszył się w przypadku Kosowa. Obawiam się, że skutki tej pochopnej decyzji mogą być dla nas wszystkich niekorzystne. Unia Europejska dysponuje przecież potężnym narzędziem, jakim jest perspektywa członkostwa i dostęp do funduszy – powinna z niego korzystać.
Unia wcale nie wydaje się być remedium na tendencje separatystyczne; wystarczy spojrzeć na sytuację w Belgii, jednym z państw założycielskich wspólnoty. Animozje walońsko-flamandzkie, zamiast słabnąć, są z czasem coraz silniejsze. Można też podać przykłady Hiszpanii i Wielkiej Brytanii. Ruchy nacjonalistyczne są często reakcją na lęk przed utratą tożsamości i odrębności. I tu upatruję niebezpieczeństwa, związanego z realizowaniem idei m.in. byłego premiera Belgii Guya Verhofstadta – powstaniem Stanów Zjednoczonych Europy. Zbyt mocno propagowana idea zunifikowanej Europy może tylko doprowadzić do wzrostu nacjonalizmów. Zdarza się, że porównuję Unię Europejską z byłą Jugosławią (toutes proportions gardées). W wypadku Jugosławii jednym z czynników, który wyzwolił nacjonalizmy, był zbyt mocno propagowany kosmopolityzm oraz zacieranie różnic narodowościowych i religijnych. Jednak po okresie dominacji nacjonalizmów, tendencji separatystycznych i tworzenia nowych granic nadchodzi etap ponownego jednoczenia. Byłe republiki jugosłowiańskie myślą teraz o zacieśnianiu współpracy gospodarczej. Europa, jeśli nie chce tworzyć nowych wewnętrznych granic, powinna się skupić na wzmacnianiu wartości, które nas łączą: dziedzictwa cywilizacji judeochrześcijańskiej.
Maciej Czerwiński
Państwa byłej Jugosławii – nieuchronność „logiki grupy”
W samej tylko byłej Jugosławii jest kilka miejsc, dla których przypadek Kosowa może być bodźcem do podjęcia działań secesyjnych: Bośnia i Hercegowina (dwie jednostki „federalne”, trzy narody „konstytucyjne”: Boszniacy, Chorwaci, Serbowie), Macedonia (dwa narody lub naród „większościowy” i „mniejszościowy”: Macedończycy, Albańczycy), Czarnogóra (Czarnogórcy, Serbowie, Albańczycy), Serbia (w Sandżaku: muzułmanie; w Wojwodinie: Serbowie, Węgrzy, Chorwaci i wiele innych nacji), Chorwacja (Chorwaci i powracający Serbowie; Włosi na Istrii). Ponadto, inaczej niż w przypadku Kosowa, brak tu jakichkolwiek granic, co – w razie pretensji do autonomii – mogłoby prowadzić do następujących po sobie roszczeń terytorialnych.
Jeśli rozważamy powstawanie nowych państw, to musimy mieć na uwadze, że obie przeciwstawiane sobie kategorie, czyli istniejąca już suwerenność państwowa i prawo do samostanowienia grup nieposiadających (jeszcze) własnego państwa, wypływają z kolektywistycznego ujmowania rzeczywistości i na korzyść obu z nich, używając odpowiednio skonstruowanego języka pojęciowego, możemy znaleźć równie dobre uzasadnienie. Przeto obie strony sporu dysponują zawsze całym archiwum „dowodów” i „faktów historycznych”, które niezbicie potwierdzają ich punkt widzenia. Zatem rozstrzyganie tego dylematu na gruncie quasi-epistemologii wydaje mi się bezproduktywne. Ów problem można by jednak przenieść na poziom aksjologiczny. Wówczas – nie oszukując słuchaczy naszego wywodu subiektywnie dobranymi faktami historycznymi – możemy sprawy postawić w następujący sposób. Otóż, wbrew oczekiwaniom niektórych ideologii o nachyleniu skrajnie indywidualistycznym, tożsamości grupowe, a przeto i same grupy społeczne – czy się to komuś podoba, czy nie – są tworami, które strukturyzują nasze myślenie o świecie, naszą wiedzę i naszą percepcję rzeczywistości. Zatem rodziny, narody, klasy i inne grupy – niezależnie, czy ujmujemy je w kategoriach organicznych, czy konstruktywistycznych – są faktem. A skoro tak jest, a więc skoro to „logika grupy” narzuca światu swoje porządki; skoro z jakiegoś powodu grupy chcą być (i pozostać) grupami, to pojawia się zasadnicze pytanie: dlaczego w takim razie jedne grupy mają mieć prawo do samostanowienia, inne zaś mają być takiego prawa pozbawione? Bo niby dlaczego – pójdźmy tym tropem – jedna grupa ma wiedzieć lepiej, czym jest druga (jaką ma – jeśli już chcemy tak sprawę postawić – tożsamość) i co jest dla niej dobre? Często w tym kontekście, a tak właśnie było w wypadku Kosowa, obrońcy porządku zastanego powołują się na historię i na tradycję (tzw. prawo historyczne) jednej grupy – tej „starej” – i brak tradycji grupy „nowej”. Trudno mi, choćby z przyczyn etycznych, ich stanowisko zaakceptować, albowiem niektóre grupy, w tym narody, „rodzą się” czy „dojrzewają” wcześniej, inne zaś – później.
Naszkicowane powyżej idealistyczne ujęcie prawa do samostanowienia napotyka jednak na problem innego rodzaju i w tym właśnie miejscu, być może, szukałbym argumentu przeciwko temu prawu. Polityka międzynarodowa, a także wszelkie instytucje strzegące porządku międzynarodowego – co mieliśmy okazję wielokrotnie oglądać – są żenująco nieskuteczne w rozwiązywaniu nawet najbardziej prostych spraw. Można zatem przypuszczać, że nie potrafiłyby sobie poradzić z coraz to nowymi roszczeniami państwowotwórczymi, zwłaszcza zaś wtedy, gdy roszczenia te sformułowane by były w tym samym czasie. Obawiam się więc, choć oczywiście pewności nie mam, że taka sytuacja mogłoby doprowadzić do trudno wyobrażalnego chaosu. Istniejące państwa, jakie by one nie były, dają względne poczucie porządku i są gwarantem jego utrzymania.
Co się zaś granic tyczy, to przekonywałbym, ażeby tożsamości grupowe, czy ściślej: systemy ideologiczne te tożsamości konstytuujące, ujmować w kategoriach raczej dynamicznych niźli w kategoriach statycznych. Tożsamość indywidualną z kolei należałoby uznać za wypadkową wielu różnych tożsamości kolektywnych. Z tego już choćby powodu nie można chyba znoszenia granic w Unii Europejskiej ujmować w kategoriach eliminacji którejkolwiek z tożsamości, w tym wypadku – eliminacji tożsamości narodowej. Wydaje mi się zatem, że ponadnarodową politykę Unii Europejskiej należy uznać za projekt tożsamości uzupełniającej, nie zaś alternatywnej. Tak jak tożsamość lokalna współistnieje z tożsamością narodową (i z wieloma innymi tożsamościami), tak tożsamość europejska może istnieć „wzdłuż” tych już istniejących. Stąd ewentualne nowe podziały w Europie, które zawsze pociągają za sobą budowanie „nowych” granic, wcale nie muszą oznaczać – jak się to często przedstawia – odrzucenia projektu tożsamości europejskiej. W pewnym więc sensie są one do pogodzenia. Oczywiście przy założeniu, że nowy byt polityczny powstaje w porozumienia stron, zaś ewentualny konflikt nie ma charakteru militarnego. Każda wojna na długie lata zamyka możliwość integracji (nie mówiąc już kwestii najważniejszej, czyli o ofiarach ludzkich). Stąd wydaje mi się konieczne, aby Unia Europejska wypracowała jakiś model reagowania – nie tylko politycznego, ale także porządkowego czy militarnego (w pewnym sensie i z pewnymi zastrzeżeniami sprawdził się on, przy sporym udziale NATO, w Macedonii).
Roman Wieruszewski
Bośnia – Jedyną szansą integracja europejskaZjawiska, których dotyczą postawione w ankiecie pytania, podlegają stałej ewolucji. Rozwój wydarzeń na Bałkanach zależy nie tylko od czynników lokalnych, ale przede wszystkim od polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych po tegorocznych wyborach prezydenckich, sytuacji w Unii Europejskiej po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego i polityki nowych władz Federacji Rosyjskiej. Jestem zdania, że nie powinno się przeciwstawiać suwerenności zasadzie samostanowienia. Obie te wartości powinny być szanowane i przestrzegane. Obrona suwerenności nie może być pretekstem do łamania podstawowych praw człowieka. W Kosowie mieliśmy do czynienia z sytuacją utraty przez Serbię kontroli nad tym terytorium w wyniku oddziaływania wielu różnych czynników. Bezpośredni wpływ miała niewątpliwie polityka reżimu Miloszewicia, a zwłaszcza brutalne łamanie praw człowieka w Kosowie, o którym w swoich raportach dla ONZ pisał Tadeusz Mazowiecki. Trzeba również pamiętać o ciągnącej się od dziesięcioleci degradacji ekonomicznej tego regionu i wpływie procesów demograficznych. Osobiście jestem zwolennikiem takich rozwiązań, które przynoszą poprawę stanu przestrzegania praw człowieka wśród ludności na danym terenie oraz jasno wskazują podmioty odpowiedzialne za ów stan. Niepodległość Kosowa oznacza, że to władze lokalne, a nie enigmatyczna „społeczność międzynarodowa”, będą zobowiązane do ochrony praw człowieka, w tym także praw mniejszości narodowych i etnicznych. Utrzymywanie fikcji – a taką fikcją była przynależność Kosowa do Serbii – jest bardzo kosztowne i do niczego nie prowadzi. Oczywiście, w znacznym stopniu fikcją jest również istnienie Bośni i Hercegowiny jako jednego państwa. Kazus Kosowa na pewno wpłynie na nasilenie…