Niewiele dobrego można powiedzieć o obojętności. Obojętność to bierność, niechęć, nieczułość, niedbalstwo, ostatecznie tylko lenistwo; a więc, tak czy inaczej, zło, przynajmniej marność. Gani ją Pismo Święte znanymi słowami: „Znam uczynki twoje, żeś ani zimny, ani gorący. Obyś był zimny albo gorący! A tak, żeś letni, a nie gorący ani zimny, wypluję cię z ust moich”. Jeszcze bardziej znana modlitwa przypomina, że grzeszymy nie tylko myślą bądź uczynkiem, ale i zaniedbaniem. Przeciwieństwem obojętności jest gorliwość, a przynajmniej aktywność. One są godne pochwały. Tylko podejmując działanie, możemy stworzyć jakieś dobro, pomóc komuś w jego borykaniu się z losem albo nawet w nieszczęściu, zapobiec złu. Nasza cywilizacja to kultura aktywności i działania, takie też są jej święte księgi. Taka postawa stworzyła wynalazki i budowle, zorganizowała państwa, a potem obaliła opresyjne imperia. Na takiej glebie kiełkuje solidarność, która jest inną nazwą miłości w jej społecznym wymiarze. Trudno sobie wyobrazić solidarność „letnich”, obojętnych i nieczułych, tak jak nie ma solidarności bez działania. Nic więc dziwnego, że Georg Lichtenberg powiada: „Gdzie umiarkowanie jest błędem, tam obojętność zbrodnią”.
Można być obojętnym wobec wartości, na które się powołujemy, kiedy wedle nich nie postępujemy, tak jak bywa się obojętnym wobec Boga i ofiary Zbawiciela. Można być obojętnym wobec spraw publicznych albo wobec cierpienia drugiego człowieka, choć trudniej wobec własnego, bo inna nazwa obojętności to egoizm. Na taką obojętność choruje dzisiejszy świat, choć nie jest oczywiste, czy w zdecydowanie większym stopniu niż miniony. Nic więc dziwnego, że wypowiadając się dla prasy, grzmi niezmordowany profesor Władysław Bartoszewski:
Ciągle to samo: obojętność bazująca na wygodzie, że lepiej niech coś się dzieje beze mnie. Ta obojętność prowadzi do bardzo małego zaangażowania w sprawy publiczne, począwszy od działalności społecznej na poziomie samorządów, kończąc na sprawach wyborów najwyższych instancji państwa. To są rzeczy żenujące.
A Antoni Czechow pisze: „Powiadają, że filozofowie i prawdziwi mędrcy są obojętni. To nieprawda, obojętność to paraliż duszy, to przedwczesna śmierć”.
Obojętność jako proteza tolerancji
Niechwalebna próba usprawiedliwienia obojętności powinna zacząć się od tolerancji, tak pożądanej we współczesnym świecie. Skoro mam nie sprzeciwiać się postawom, wierzeniom i wartościom innym niż moje, to najlepiej, gdy będę wobec nich obojętny. Także wobec zachowań: dopóki inni nie włażą mi na głowę albo nie stosują wobec mnie fizycznej przemocy, to niech robią, co chcą. Przecież jest wolność! Wprawdzie Karl Jaspers napisał, że „obojętność jest najłagodniejszą formą nietolerancji”, ale jednocześnie okazuje się ona substytutem tolerancji, i to nie tylko użytecznym, ale politycznie poprawnym. Można oczywiście inaczej: być tolerancyjnym, a jednocześnie nie „letnim”, mocno ugruntowanym w swych przekonaniach i wartościach. Jestem tolerancyjny wobec innych, bo ich szanuję jako ludzi i nie uważam się za lepszego, ale nie stronię od wypowiadania swoich sądów, nawet kiedy tym innym one nie w smak. Taka postawa, którą kiedyś nazwałem „tolerancją silnych”, co chwila jednak wchodzi w konflikt z pożądaną poprawnością. Doświadczył tego wiele lat temu nawet Jan Paweł II, kiedy szarpali go przedstawiciele innych wyznań, bo powiedział, że katolicyzm jest najlepszą – choć nie jedyną – drogą zbawienia. A co miał powiedzieć jako katolik? Gdyby mówił buddysta, widziałby tę drogę wedle swego Oświeconego, a i samo zbawienie rozumiałby inaczej. Gdyby mówił mahometanin – widziałby ją w islamie. I tak dalej, i tak dalej… Ale byłoby lepiej, gdyby poprawnie milczał lub wybełkotał coś niezobowiązującego. Doświadczył tego włoski filozof i polityk Rocco Butiglione, kiedy nie zaakceptowano go jako komisarza europejskiego, bo nieostrożnie wyjawił swoje katolickie poglądy na małżeństwo i homoseksualizm. To samo spotkało niedawno brytyjskich małżonków, którzy wychowali ileś tam własnych dzieci, ale odmówiono im prawa do adopcji kolejnego malucha, bo powiedzieli urzędnikowi, że nie będą akceptować gejostwa. Przykładów jest całe morze i każdy dorzuci własne. Rację miał jednak Jaspers. W ten sposób przyuczani jesteśmy do obojętności albo do chowania własnej nietolerancji bądź resentymentów głęboko pod pancerzyk poprawności, uśmiechniętego zakłamania i przyzwolenia na wszystko bez wyrażania własnego sądu. Tymczasem tolerancja powinna być tożsama z otwartością, akceptacją drugiego człowieka i podjęciem z nim dialogu. Ostrożna „letniość”, wdrażana jak powyżej, jest tylko strachliwym zamknięciem. Myślę źle o Żydach, ale wiem, że mogę zostać napiętnowany jako antysemita, więc siedzę cicho albo nawet szczerzę do nich zęby w uśmiechach. Nie wydałbym córki za czarnucha, ale wyrażam ubolewanie z powodu rasistowskich zaczepek, bo wiem, że tak należy wypowiadać się publicznie. Wyznaję swoją religię, ale tego nie wyjawiam, bo wezmą mnie za mohera. W innych sprawach podobnie…
W ten sposób obojętność i zamknięcie zostają utrwalone, a nawet podniesione do rangi cnoty. „Burzliwe jest morze obojętności” – zauważa słusznie Stanisław Jerzy Lec. Stąd też, gdy jakaś burza naruszy ten nasz pancerzyk poprawności – tak jak wicher łamie parasole i szarpie płaszczami – wtedy pozostaje nam tylko strach i inwektywa. Dlatego jest ich tak wiele w naszym – pełnym fałszywej tolerancji – życiu publicznym, a tak mało dialogu.
Zgroza obojętności
Jest jednak inna jeszcze obojętność, która budzi zgrozę i przerażenie. Kant powiadał: „Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie”, znajdując w tym spokój i harmonię. Ale Pascala zatrważały „przerażające głębie wszechświata”. Żaden z nich nie wiedział jeszcze, czym jest kosmos, chociaż Kopernik już ruszył Ziemię dookoła Słońca, a Kepler wytyczył orbity planet; Newton, który sformułował prawo ciążenia, był dwadzieścia lat młodszy od Pascala. Jednak intuicja francuskiego myśliciela była trafniejsza niż filozofa z Królewca; wszak już starożytni wzywali Słońce i gwiazdy na świadków swoich cierpień, dziwiąc się, czemu nie wstrzymują swego biegu wobec rozpaczy ludzkich uniesień? Czy jest coś bardziej złowrogo obojętnego od kosmosu, gdzie ciała niebieskie tylko dlatego nie wpadają na siebie jak rozpędzone samochody, że krążą w zbyt wielkich odległościach; gdzie planeta życia taka jak Ziemia w jednej chwili wyparowałaby wraz z zamieszkującymi ją istotami w zetknięciu z milionami stopni termojądrowego wybuchu, jakim jest Słońce lub każda inna gwiazda? Jeśli wszechświat jest nieskończony albo ma rozległość kilkunastu miliardów lat świetlnych, a cywilizacje rozumne nie są w nim wyjątkiem, to ileż takich rozumnych tworów ginie w rozbłyskach supernowych albo w głębinie czarnych dziur w tym samym czasie, gdy z uniesioną głową kontemplujemy „niebo gwiaździste”? A przecież jest to kosmos, który przenika – jak wierzymy – obecność Boga. Gdzie On jest; nawet nie wobec śmierci nieznanych nam cywilizacji pochłanianych przez termojądrowy żar – tak jak i my pewnie kiedyś zginiemy – ale tutaj, wobec bezmiaru nieszczęścia na Ziemi? Gdzie był Bóg w dniach holokaustu? Gdzie był, gdy dobijano Powstanie Warszawskie? Jak odnaleźć Go w gułagu albo w Rwandzie? Czy też 11 września 2001? Gdzie był, kiedy dwa lata temu walił się dach w katowickiej hali targowej? Gdzie był w wybuchach wulkanów, falach tsunami, pożarach, rzeziach? Reakcją Woltera na katastrofę trzęsienia ziemi w Lizbonie były – jak wiadomo – płomienne manifesty przeciw Bogu i jego kapłanom; może to pomogło samemu filozofowi, ale chyba nikomu więcej. Zagadka Bożej obojętności jest jedną z najbardziej mrocznych i niezgłębionych tajemnic bytu. Jest jeszcze gorzej, bo Bóg nie tylko milczy wobec…