Po raz drugi – po Sąsiadach – Jan Tomasz Gross wsadził kij w mrowisko, wywołał medialną burzę, ale i sprowokował rzeczową debatę. W swojej książce[1] Gross posadził polski naród na ławie oskarżonych, zarzucając mu świadomą pasywność wobec dokonującego się podczas wojny Holokaustu. Źródłem takiej postawy był, jego zdaniem, antysemityzm, który – kiedy tylko zabrakło niemieckiego okupanta – po roku 1945 wybuchł w Polsce w postaci indywidualnych aktów gwałtu i zbiorowych pogromów. W ten sposób Gross wywołał do tablicy żarliwych obrońców tożsamości narodowej, opartej na literaturze romantyczej i 200-letniej tradycji powstańczej: od zrywu kościuszkowskiego po szlachetne bohaterstwo podczas II wojny światowej czy narodziny Solidarności.
W każdym z europejskich krajów konfrontacja dumnego z siebie, patriotycznego społeczeństwa z godzącym w jego dobre imię i samopoczucie zarzutem niedoskonałości wywoływała podobne reakcje obronne. W 1993 roku do świadomości wielu Szwajcarów nie chciało się przebić przekonanie o uwikłaniu przedmiotu ich dumy narodowej – banków – we współpracę z reżimem Hitlera[2]. Rok wcześniej w Hiszpanii – przy okazji 500. rocznicy odkrycia Ameryki – wybuchł narodowy spór o wielkość własnej nacji w świetle dokonanych odkryć geograficznych i o jej niedoskonałość w kontekście podobju kontynentu południowoamerykańskiego[3]. Podobny charakter miały narodowe debaty w Belgii i Szwecji, biorące na cel własną rolę jako kolonialnej metropolii (tej ostatniej – wobec Norwegii)[4]. We Francji, która wprawdzie oddała pod narodowy osąd kolaboracyjny rząd Vichy i rozliczyła się z ponurą przeszłością, do dziś brak prac historycznych, podejmujących problem zaangażowania się francuskich Alzatczyków i Luksemburczyków po stronie Hitlera w 1940 roku[5]. W samych Niemczech broniono się jak przed szarańczą wobec oskarżeń Daniela Goldhagena, szermującego tezą, iż Holokaust był produktem nie narodowego socjalizmu, tylko rezultatem zwierzęcego antysemityzmu całego narodu teutońskiego[6]. We wszystkich tych krajach spory te ostatecznie zaowocowały weryfikacją „nieskazitelnej” dotąd narodowej przeszłości w kolektywnej pamięci historycznej.
Powyższe debaty toczyły się jednak w bardziej od dzisiejszego sprzyjającym, klimacie historycznym. Od kilku lat bowiem narasta w Europie renesans emocji narodowych. Migracja na Stary Kontynent z krajów arabskich i coraz to nowe strzelające w górę minarety w panoramie europejskich miast wywołują odruchy obronne w postaci dowartościowania pojęcia narodu. We Francji retorykę Le Pena usalonawia Sarkozy. W Holandii, po politycznych morderstwach prawicowego polityka Pim Fortuyn’a i reżysera filmowego Theo van Gocha, liberalne i otwarte społeczeństwo przyznaje się oficjalnie do tego, że odczuwa „marokańskie zagrożenie”. W zjednoczonych Niemczech urodzone już po wojnie demokratyczne pokolenie rehabilituje na naszych oczach kategorię dumy narodowej.
Do tradycji i myśli narodowej nawiązywały w Polsce rządy PiS-owskie. Przez kraj przelewała się fala urzędowych defilad, świętowanych rocznic, nowo otwieranych muzeów, dyskretnie sterowanych sympozjów naukowych (jak choćby w końcu marca 2007 – o Powstaniu Warszawskim). Polityka historyczna rządu szła w parze z nasileniem się w społeczeństwie postaw konswerwatywnych, nietolerancyjnych, będacych naturalnym paliwem dla prawicy. W ostatnich latach wzrósł wskaźnik antysemityzmu, podobnie zresztą jak w większości krajów Unii Europejskiej (najwyższy przypada na Hiszpanię, gdzie wspólnota żydowska stanowi zaledwie 0,03% całej populacji). W Biłgoraju prawicowi radni burzą się przeciwko nadaniu jednej z ulic imienia Singera – rzekomo „pornografa” – laureata literackiego Nobla z 1978 roku, który mieszkał w tym mieście do roku 1922.
Nie są to jednak postawy i tendencje wyłączne. Sztuki Isaaca Singera są przecież grywane w miastach całej Polski. Ba, w Zamościu odsłonięto pomnik króla Dawida. Trzymający w ręku harfę psalmista przypomina, że Zamość był wspólnym miejscem zamieszkania dla różnych narodowości i wspólnot religijnych. W Krakowie czerwcowy festiwal na Kazimierzu jest kulturowym magnesem dla tysięcy Polaków. W całym kraju powstają liczne wydawnictwa żydowskie. Nowe pokolenie Polaków w większości jest wolne od resentymentów antysemickich. Ale znowóż nie całe. Zaświadczają o tym napisy na przystankach tramwajowych, na murach i osiedlach.
Wyjaśniając przejawy agresji Polaków wobec Żydów tuż po wojnie, Jan Tomasz Gross przyodziewa bardziej togę moralnego sędziego niż szatę historyka. Niewykluczone, że kryje się w tym pewien rodzaj moralnej sytysfakcji. Bo oto emigrantowi z 1968 roku udało się przyłapać bohatersko-męczeński naród polski na zamaskowaniu prawdy. Z kolei zwolennicy Grossa – inteligencja – poczuli nową szansę medialnego i rzeczywistego zaistnienia w społeczeństwie wolnorynkowym, na które po 1990 roku stracili wpływ. Jak przed przełomem inteligencja odnalazła się w roli demaskatora wad narodowych. Tyle że – nie bacząc na wysoką pozycję Strachu na liście najlepiej sprzedawanych książek – większość społeczeństwa na to zupełnie nie zareaguje. Debatę na intelektualnych szczytach ominie szerokim łukiem. Nie weźmie Strachu do ręki, nie zjawi się na żadnych historycznych sympozjach. I obojętnie przejdzie obok antysemickiego napisu na murze, na przystanku czy stadionie (na przykład: ,,Cracovia Żydy”).
Intelektualną debatę o współczesną tożsamość Polaków z jej antysemickim historycznym kontrapunktem trzeba w roku 2008 kontynuować. Antyjudaizm religijny i antysemityzm w Polsce porozbiorowej i przedwojennej są niezaprzeczalnym historycznym faktem. Wysiłki ratowania Żydow podczas wojny nie są tu kontrargumentem. Nie kto inny, jak tylko uwięziony w dokrynie Kościoła przedsoborowego oraz w „racji stanu” II Rzeczypospolitej o. Maksymilan Kolbe oddał się z zapałem programowi „odżydowienia“ Polski. Jak wielu innych tak i on rozumował, że dopóki Żydzi nie zanurzą głowy w chrzcielnicy, tak długo pozostaną (ekonomiczną) rysą na ciele polskiego narodu. To mu nie przeszkodziło jednak w 1940 roku w Niepokalanowie zainicjować akcji charytatywnej na rzecz Żydów i udzielać prześladowanym schronienia w klasztorze.
Istotniejsze jednak niż samo kontynuowanie intelektualnej debaty jest dotarcie do obojętnych wobec niej mas, skrytych za zawoalowanym w Polsce antysemityzmem. Dotarcie na poziom małych, lokalnych społeczności. Tak jak udało się to chociażby w Chmielniku.
Chmielnik to czterotysięczne miasteczko, odległe 120 kilometrów od Krakowa. Wypełnione w lecie budki z piwem zaświadczają o wysokim tu bezrobociu. Nad miastem góruje barokowy kościół. W jego cieniu rzuca się w oczy restauracyjny szyld: ,,Cymes”. To jedyna w województwie świętokrzyskim knajpa z żydowską kuchnią. W odpowiedniej odległości od kościoła Świętej Trójcy stoi podniszczona synagoga z czterospadzistym dachem.Na…