Subskrybuj
profesor filozofii, wykłada na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, kieruje Katedrą Etyki Szczegółowej. Autorka książek i artykułów poświęconych etyce i bioetyce; wydała m.in. Bioetyka i ryzyko. Argument „równi pochyłej” w dyskusji wokół osiągnięć współczesnej genetyki (2000) oraz...

Cierpienie zwierząt – cierpienie ludzi

Dla zwierząt liczy się jakość istnienia - dla człowieka prócz jakości również istnienie jako takie. Zabijania zwierząt nie można zatem oceniać podobnie jak zabijania ludzi, ponieważ nie istnieje dla nich zło nieistnienia. Człowieka można natomiast winić za to, że uczynił istnienie zwierząt nieznośnym, pełnym bólu i udręki - przecież one niczego więcej nad jakość istnienia nie mają!

Rozumny człowiek szuka w otaczającym go świecie nie tylko przyczyn nękających go niepowodzeń, trosk i bólu, szuka również ich sensu. Nie pyta jedynie, skąd się wzięły, pyta, dlaczego go spotkały i w imię czego miałby je cierpliwie znosić. Zdecydowanie łatwiej odpowiedzieć na pierwsze pytanie. Przyczyną finansowych kłopotów może być krach na giełdzie. Fatalna opinia w środowisku może być równie dobrze efektem trudnego charakteru, jak i „życzliwości” bliźnich niezadowolonych z faktu, że komuś udało się wybić ponad przeciętność. Fizyczny ból jest powodem dysfunkcji organizmu, kataklizmy są skutkiem ruchów górotworu bądź zjawisk atmosferycznych, powodem katastrof są błędy ludzi i zawodność techniki… Każdy z wymienionych przypadków można analizować jeszcze głębiej pytając np.  o proces powstawania komórek nowotworowych lub zużycie materiału, które doprowadziło do  fatalnego w skutkach zepsucia się mechanizmu. Rozumny człowiek szuka przyczyn, ponieważ ich znajomość czyni nasze życie racjonalnym, „uwalniając” nas od poczucia całkowitej przypadkowości i chociaż znajomość ta nie jest równoznaczna z posiadaniem władzy nad przewidywalnymi do pewnego stopnia procesami natury i znacznie mniej przewidywalnymi zachowaniami człowieka, to przecież znając naturalne procesy i dysponując życiowym doświadczeniem w kontaktach z ludźmi, potrafimy – przynajmniej częściowo – ustrzec się przed kolejnymi bolesnymi przeżyciami; częściowo, ponieważ dokładnie ludzkiej złości przewidzieć nie jesteśmy w stanie, „dopada nas” w najmniej oczekiwanym przez nas momencie. Zdecydowanie łatwiej przewidzieć atak głodnych i przerażonych zwierząt …

Dramat ludzkiego istnienia nie polega jedynie na tym, że wiąże się z nim konieczność znoszenia bólu i cierpień, ten dramat tkwi również w zdolności człowieka do zadawania bólu innym, intencjonalnie, z premedytacją. Człowiek zadaje go ludziom i zwierzętom. Nie tylko we własnej  obronie i nie tylko po to, żeby przeżyć. I jakkolwiek mówi się czasem o nieludzkim okrucieństwie człowieka, to można postawić pytanie o to, czy nie jest ono przypadkiem do cna ludzkie. Bo jeśli nie ludzkie, to czyje? Zwierzęta nie bywają tak okrutne. Zdecydowana większość bólu tego świata spowodowana jest przez człowieka. To człowiek wyprodukował koła tortur, batogi, karabiny i bomby, wymyślił niewolnictwo, więzienia, założył obozy koncentracyjne i wybił do ostatniej sztuki wiele gatunków zwierząt. Szczycimy się wyzwoleniem z barbarzyństwa, jakim mieli się cechować nasi odlegli przodkowie, czyż jednak w twierdzeniu tym nie wyraża się jedna z najbardziej fantastycznych pretensji naszego zarozumiałego gatunku – pyta  amerykański filozof, Thomas Nagel? Czy nie należałoby raczej przyznać, że znajdujemy się dopiero w pierwotnym stadium rozwoju moralnego, a do stadium tego doszliśmy po długiej i trudnej podróży1. Wizja Nagela wydaje się – zważywszy chociażby na blisko dwa tysiąclecia chrześcijaństwa – zdecydowanie pesymistyczna, czyż jednak okrucieństwo współczesnych nie jest bardziej wyrafinowane i tylko dlatego wydaje się mniejsze? Inteligencja człowieka nie wspiera z definicji moralnego rozwoju, może go prowadzić tak do moralnej dojrzałości, jak i do samozniszczenia.

Ból i cierpienie dotykają zarówno ludzi, jak i zwierzęta. Wyższość człowieka nad zwierzętami wydaje się tkwić między innymi w tym, że człowiek jest w stanie opracować strategie unikania, a przynajmniej minimalizowania bólu – zwierzęta nie. Człowiek  potrafi się obronić przed dzikim zwierzęciem, zwierzęta – nawet te najdrapieżniejsze  – nie są w stanie obronić się przed rozumnym człowiekiem. Jak w starej dykteryjce: zimą wilki podchodzą pod sadyby ludzkie i wyją. A latem ludzie idą do lasu. Czy nie ma w tym przypadkiem jakiejś analogii?

Ból zadawany zwierzętom przez ludzi nie znajduje usprawiedliwienia, bo w odniesieniu do oprawcy nie znajduje wystarczającej racji, a w odniesieniu do ofiary – żadnej. Nie sądzę jednak, by człowiek nie miał prawa wykorzystywać zwierząt dla swoich celów. Zwierzę nie jest przedmiotem, nie jest też osobą. Stanowi wartość nie przez wzgląd na to, że może się człowiekowi do czegoś przydać, lecz z uwagi na to, że istnieje. Istnienie zwierząt różni się jednak od istnienia ludzi.

Przyczyny i racje

Jeśli przyczyną naszych klęsk i cierpienia jest zachowanie drugich, to poszukiwanie przyczyn ma jeszcze jeden ważny cel: bywa, że jest poszukiwaniem winnych! Nie można winić rzeki za to, że wylewając, zabrała nam życiowy dobytek, ani wulkanu za spowodowane jego wybuchem zniszczenia. Natura jest niema, wyposażona w sensy, których staramy się dociec, ale zmienić ich najczęściej niepodobna (manipulacje genetyczne można by uznać za próbę takich zmian). Ludzi natomiast winimy za nasze cierpienie. Najtrudniej znieść nam krzywdy i upokorzenia, kiedy jesteśmy przekonani, że drudzy nie mieli najmniejszego powodu, żeby nas krzywdzić, kiedy nie poczuwamy się do winy, a od krzywdzicieli domagamy się sprawiedliwości. Jeśli są nimi ludzie o wątpliwej reputacji moralnej, wówczas dajemy sobie jakoś radę ze zniesieniem nękającego nas bólu, a kiedy to bliscy, kochani, obdarzeni zaufaniem… Nic tak nie doskwiera, jak ciosy od najbliższych. „Gdyby to lżył mnie nieprzyjaciel, z pewnością bym to znosił. (…) Lecz jesteś nim ty, równy ze mną, przyjaciel mój zaufany” (Ps 55, 13-14).Pytamy „dlaczego?”, szukając jakiegoś sensu tego, co nas spotkało. Nie zawsze znajdujemy… Ponieważ tkwi w nas głębokie przekonanie, że rzeczywistość oparta jest na sprawiedliwości i miłości, przeżywając cierpienie albo próbujemy znaleźć w sobie dostateczną winę zaistniałego stanu rzeczy, albo też wołamy głośno, że to niesprawiedliwe. Instynktownie wręcz uważamy, że to ludzie źli powinni cierpieć. Kiedy nie dostrzegamy w sobie dostatecznej winy, uważamy, że cierpienie się nam po prostu nie należy! Takie krzywdy „bez powodu”, krzywdy bez odpowiedzi – nieme, niezrozumiałe dla nas, są  jak kataklizm, który ma wprawdzie swą naturalną przyczynę, ale dotknięci nim na próżno szukamy odpowiedzi na pytania: „dlaczego ja?”, „dlaczego teraz?”, „czym Ci zawiniliśmy, dobry Boże, że nas to spotyka?”

To ostatnie pytanie bywa pytaniem buntu, bywa też pytaniem, które wiedzie do usensowienia naszego cierpienia. Cierpienie niewinnego może zyskać sens jedynie w perspektywie zbawczej, z istoty swej religijnej. Jak dotąd, nie znalazł się bowiem jeszcze nikt, kto zdołałby zracjonalizować ludzkie cierpienie. Cierpimy i przeklinamy Boga, świat i całe to nasze nieszczęsne życie – cierpimy i wyglądamy pociechy i ukojenia w Niewinnym, wierząc, że wespół z całym rodzajem ludzkim stanowimy system naczyń połączonych, a nasze cierpienie może się okazać zbawienne tak dla nas, jak i drugich. Pytanie o sens cierpienia ma bowiem wymiar egzystencjalny, jest pytaniem, na które nie ma uniwersalnej, racjonalnej odpowiedzi, istnieją tutaj jedynie odpowiedzi indywidualne, jakich udzielają cierpiący sami sobie. Jakkolwiek wiele by o cierpieniu ludzkim napisano, są to zawsze czyjeś doświadczenia – nie moje. Nie znajdzie się w cudzym doświadczeniu odpowiedzi na cierpienie własne, mogą to być co najwyżej podpowiedzi, ale nie odpowiedzi. Nie jesteśmy w stanie wniknąć w cierpienie drugich ani oni w nasze. Dysponując doświadczeniem bólu głowy, mogę co prawda wyobrazić sobie, czym jest ból dla drugiej osoby – ale skala przeżywania bólu to już jednak rzecz indywidualna. Kiedy natomiast weźmiemy pod uwagę cierpienia natury duchowej: cierpienie osamotnienia, niezrozumienia, fałszywych oskarżeń, niespełnionych marzeń, odrzucenia przez bliskich, zdrady, zawodu…  (ileż by tego jeszcze można podać!), pozostaje przyznać, że współcierpienie z drugimi nie polega na umiejętności dogłębnego zrozumienia ich odczuć i przeżyć. Do tego potrzebna by była bowiem równie dogłębna znajomość wewnętrznej sfery ich bolesnych doświadczeń. Nie mamy takiej znajomości. Podajemy czasem przykład matki jako tej, która jak nikt inny potrafi wczuć się w dramat własnych dzieci, ale to jeszcze mało. Ludzka niemoc we wnikaniu w sposób, w jaki drudzy przeżywają swoje cierpienie, jest powodem, dla którego człowiek wierzący szuka ostatecznie w cierpieniu oparcia w Bogu jako tym, któremu „nie tajna nasza istota” (Ps 139, 15).

Współcierpienie ludzi najpełniej dokonuje się w milczącym trwaniu. Kiedy trzej przyjaciele Hioba przyszli go pocieszać w nieszczęściu, „siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy, nikt nie wyrzekł słowa, bo widzieli ogrom jego bólu” (Hi 2,13).Milczenie to chyba najrozsądniejsze, co mogli w tej sytuacji zrobić. Szkoda, że później zaczęli się nawzajem przelicytowywać w szukaniu racji, dla których Hioba spotkało to, co spotkało. A któż takie racje znajdzie? Znajdzie przyczyny, ale gdzież nam do racji! A skoro tak nam trudno o zrozumienie cierpienia drugich ludzi, to tym bardziej zagadką będą dla nas cierpienia zwierząt.

Elizabeth Costello, bohaterka Żywotów zwierząt Johna M. Coetzeego, twierdzi jednak inaczej – jej zdaniem nie ma granic dla współczującej wyobraźni, możemy tak wczuć się w rolę drugich ludzi, jak i nietoperza, pantery lub jaguara. Nie istnieją granice wysiłku, jaki możemy i powinniśmy wkładać we wchodzenie w położenie innych2. Może i nie istnieją granice wysiłku, ale na pewno istnieją granice możliwości. Costello twierdzi, że jeżeli tworząc literackie fikcje, potrafię sobie wyobrazić osobę, która nie istniała, to tym bardziej potrafię wczuć się w rolę stworzeń, z którymi łączy nas doświadczenie życia. Problem w tym, że fikcjotwórca, kreując literackich bohaterów, przekazuje im niejako własne doświadczenie, wszyscy oni „skrojeni” są jakoś na modłę autora. Powiem więcej, to żadna sztuka współczuć z fikcyjnym bohaterem, któremu nadaliśmy imię, cechy charakteru i skalę odczuwania. W jego przypadku nie muszę bowiem podjąć trudu poznawania – wszystko, co wiem o bohaterze, to moja projekcja. Literacki bohater dzieli „mój świat”, podczas gdy drudzy ludzie mają własny. Zwierzęta też mają „własny świat” i choćby nie wiem, jak usilnie starać się wejrzeć w sposób ich egzystencji, nie uda się nam postawić w ich miejscu. Pozostaje analogia: ludzie cierpią, zwierzęta też cierpią, pewnie inaczej niż ludzie, ale że cierpią to rzecz oczywista. A ponieważ nie potrafimy mówić o cierpieniu zwierząt inaczej, jak tylko analogicznie, to droga do zrozumienia cierpienia zwierząt wiedzie poprzez zrozumienie cierpień ludzi. Nie musimy (i nie możemy!) jednak dogłębnie rozumieć cierpienia zwierząt, by im go oszczędzać. Kiedy bowiem – na tyle, na ile to możliwe – staramy się porównać ludzkie i zwierzęce istnienie, znajdujemy dostatecznie dużo powodów, by uznać, że zadawanie zwierzętom bólu jest przejawem ludzkiego okrucieństwa. Rozumny człowiek może odnaleźć sens cierpienia i dramat jego istnienia staje się przez to bardziej znośny. Zwierzę nie szuka sensu, chociaż w niektórych przynajmniej wypadkach na swój sposób poznaje przyczyny bólu. Obserwuje zmianę warunków atmosferycznych, kiedy odczuwa zimno i rozpoznaje inne gatunki zwierząt, które stanowią dla niego zagrożenie. Nie znajdzie natomiast – jak mniemam – racji, dla której miałoby cierpienie znosić. Inna rzecz, że jej nie docieka, ale to w niczym nie umniejsza bezsensu udręki i okrucieństwa ludzi zadających zwierzętom ból. Człowiek wie przecież, że najtrudniejsze do zniesienia jest to cierpienie, które wydaje się bezsensowne.

Nie twierdzę, że dręczone zwierzęta pytają: „dlaczego?”, twierdzę, że właśnie dlatego, że nie pytają, zadawanie im bólu jest bezsensownym okrucieństwem. Zwykło się tradycyjnie powtarzać, że ludzie dręczący zwierzęta mogą się okazać okrutni dla ludzi. Niemiecki filozof, Robert Spaemann, twierdzi, że mamy tu do czynienia z dokonanym ex post przez poczucie moralne dopasowaniem potępienia dręczenia zwierząt do uprzednio przyjętego schematu myślowego, zgodnie z którym wiążą nas jedynie obowiązki moralne względem ludzi3. A może jest dokładnie odwrotnie: to dręczenie ludzi może prowadzić do dręczenia zwierząt? Jeśli bowiem moralną wrażliwość łączyć nie tylko z uczuciem, ale z umiejętnością dostrzegania potrzeb innych, z „wyostrzonym moralnym wzrokiem” i umiejętnością adekwatnego odpowiadania na rozeznaną wartość, to należy jej pierwszorzędnie oczekiwać tam, gdzie to rozeznanie może być najpełniejsze. Od człowieka, który nie wykazuje elementarnej wrażliwości na potrzeby drugich ludzi, trudno oczekiwać wrażliwości na cierpienia zwierząt. Zdaniem Spaemanna, przeczyć mógłby temu fakt, że najokrutniejsi kaci z obozów koncentracyjnych bywali wrażliwi w stosunku do swoich psów. Nie sądzę jednak, by fakt ten przeczył wskazanemu wyżej kierunkowi rodzenia się moralnej wrażliwości, ponieważ moralna wrażliwość nie jest wybiórcza,  jej źródłem nie jest jakaś szczególna więź, którą nawiązujemy z drugimi ludźmi czy zwierzętami, ale dobro, które w nich rozpoznajemy. Nawet najbardziej gruboskórni i okrutni potrafią się zdobyć na dobroć względem tych, na których im szczególnie zależy. Jeśli natomiast ktoś jest wrażliwy na wartość ludzkiego życia czy też życia zwierząt, nie pyta o czyje konkretnie życie chodzi.

Zwierzęce – ludzkie cierpienie …Człowiek z upodobaniem kręci filmy, w których występują zwierzęcy bohaterowie. Mają cechy charakteru ludzi, kontaktują się przy pomocy języka, martwią się o drugich, złoszczą, cieszą, nawet kochają. To antropomorfizacja – kwitujemy zabiegi scenarzystów i reżyserów. Co ciekawe – dokonujemy również próby nadawania cech zwierzęcych ludzkiemu działaniu. Byłaby to jakaś forma animalizacji. Mówimy o drugim, że się naindyczył, płacze krokodylimi łzami, jest chytry jak lis, łasi się jak kot, ma sokoli wzrok, chomikuje niepotrzebne drobiazgi. Doszukujemy się podobieństwa zachowań: pies patrzy na nas ludzkim wzrokiem, a o człowieku który wykazuje w swoim postępowaniu brak ludzkiej wrażliwości, mówimy, że zachowuje się jak zwierzę. Ostatnie porównania odwołują się do zwierzęcej natury ludzi, ale to tylko porównania. Natura ludzka pozostaje ludzka bez względu…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: O cierpieniu zwierząt