Subskrybuj

Kręta ścieżka mięsożercy

Zgoda na mięsożerstwo nie musi oznaczać akceptacji dla skandalicznych warunków, w jakich transportowane są przez Europę polskie konie, ani dla tuczu przemysłowego i miejsc, gdzie świnie spędzają całe swoje życie na metalowych rusztach.

Gdyby ktoś zechciał napisać historię cierpienia zwierząt, byłaby to również historia ludzkiej hipokryzji.

Dowody są liczne. Choćby arbitralna, ustalona przez człowieka hierarchia. Życie konia czy psa ma w naszym kręgu kulturowym większe znaczenie niż życie świni, choć dotychczas nie udowodniono, że świnia jest mniej podatna na cierpienie niż nasi czworonożni przyjaciele. Koń budzi współczucie. Postarajmy się zrozumieć – te oczy, wielkie i rozumne, ta odwieczna symbioza rumaka i rycerza… To musi budować więź. Pies broni przed wrogami, ogrzewa swoim ciepłem zmarznięte stopy, tak, zdarzają się niewątpliwie chwile, kiedy pies wygląda, jakby potrafił przejrzeć naszego zbolałego ducha na wskroś. A świnia? Świnia nie dostąpiła zaszczytu ludzkiego szacunku, mimo że bez wieprzowiny i produktów ubocznych, które powstają z każdego kawałka jej ciała, nasza wygodna egzystencja byłaby poważnie utrudniona. Podobnej łaski nie zaznały kury, kozy, krowy, owce. Niewątpliwie życie owcy waży znacznie mniej niż życie psa.

Albo ten zdumiewający grymas obrzydzenia na ustach większości z nas, kiedy oglądamy obrazy z dalekiej Azji lub materiał interwencyjny z wioski, w której miejscowy chłop przetapiał psy na smalec. Tak się umówiliśmy w naszych stronach, że konsumowanie zwłok trzytygodniowego cielęcia uznawane jest za normę, natomiast konsumowanie psa – za barbarzyństwo. Jeśli zabijasz jagnię, możesz spać spokojnie, jeśli jesz psa – możesz trafić do więzienia. W Psożercach ze Svini, reportażu o romskich zbiorowościach na Słowacji, austriacki dziennikarz Karl Markus Gauss sarkastycznie zauważa: „W Europejczyku, jadającym świnie, które tarzały się w błocie, kumkające nocami w stawach żaby, w których ukrywają się nieodczarowani książęta, kury, naszprycowane antybiotykami i na koniec dławiące się własnym łajnem, wyprodukowanym w ogromnych wylęgarniach, w tym Europejczyku z jego wysoką kulturą spożywania mięsa idea, że ktoś mógłby jeść psy, wywołuje zgrozę (…). Na skali odrazy psożerca sytuuje się tylko nieco powyżej kanibala”.

A nasz stosunek do myśliwych? Z jakichś przyczyn obywatel, który strzela do swobodnie żyjącej zwierzyny, a następnie przerabia ją na kiełbasę, nosi coraz częściej w społeczeństwach rozwiniętych piętno troglodyty, występującego przeciwko porządkowi naturalnemu. Dyrektor zakładów mięsnych, rzeźni, ubojni czy właściciel farmy hodującej zwierzęta systemem przemysłowym takiego odium nie musi się obawiać.

Jeszcze inny ciekawy szczegół. Z jadłospisów najpopularniejszych restauracji rzymskich zniknęły w ostatnich latach podroby, składnik włoskiej kuchni starszy niż Forum Trajana. Jelita cielęce, śledziona, nerki, ogony wołowe – wszystko to zeszło na drugi plan, do trattorii, w których turyści nie bywają. Pozostały mięsa delikatne, kruche a soczyste, jagnięcina z prosciuttona przykład. Możliwości są dwie – albo turyści brzydzą się jeść podroby, albo restauratorzy wstydzą się je serwować. Być może śledziona jest zbyt nieczysta, być może bije od niej zapachem nieznośnym dla naszych coraz bardziej wyrafinowanych podniebień. Wnętrzności za bardzo kojarzą się z krwią i ubojem, są, by tak rzec, bliżej gestu śmierci niż delikatne mięso. Wnętrzności to powrót do prymitywnych rytuałów, o których wolelibyśmy zapomnieć. Na marginesie zupełnie można dodać, że w polskich sklepach coraz rzadziej można kupić flaki. Przykłady można by mnożyć, nie w enumeracji jednak rzecz, a w zestawieniu elementarnych wykolejeń logicznych z toczącą się równolegle walką o godność zwierząt. Dopiero przemieszanie tych dwóch prądów może przynieść w miarę kompletny, choć niewątpliwie paranoiczny obraz naszego stosunku do cierpienia „braci mniejszych”. * Również w Polsce stosunek do cierpienia zwierząt przechodzi w ostatnich latach wyraźną ewolucję. Nasz pejzaż – dotychczas wypełniony rykiem zarzynanych świń, owiec, krów, pluskiem worków z topionymi kociętami, ciałami zabijanych nieudolnie ryb, królików, kaczek, gęsi i kur – zdaje się uspokajać. Przyznaliśmy zwierzętom prawo do odczuwania. Od wielu lat, przy okazji świąt Bożego Narodzenia, toczy się walka o godną śmierć karpia, ze wszech miar słuszna, największemu bowiem wrogowi życzyć nie wypada, by dokonywał ostatniego tchnienia dusząc się w plastikowym worku albo wannie wypełnionej wodą pomieszaną z krwią. Przeciętny obywatel zdaje sobie w znacznie większym niż kiedyś stopniu sprawę z gehenny polskich koni rzeźnych, które do Włoch dojeżdżają z połamanymi nogami, oszalałe ze strachu. Wie, że trzymanie psa na krótkim łańcuchu, bez wody i jedzenia, jest okrucieństwem. Ujawniane przez media przypadki okrutnych zaniedbań wobec zwierząt przyjmowane są niezwykle emocjonalnie, jakby w naszej wrażliwości nastąpiła rzeczywista zmiana. Znikają widoki zrośnięte ciasno z wiejskim krajobrazem. Unijne regulacje sprawiły, że ubój coraz częściej przenosi się z podwórek do rzeźni. Topienie psów i kotów zyskało alternatywę w postaci sterylizacji. Jest coraz bardziej higienicznie, coraz czyściej, coraz mniej cierpienia rozgrywa się na naszych oczach. W tak wyczyszczonej przestrzeni humanitaryzm splata się z obłudą. Chcemy bowiem redukować cierpienie zwierząt, nie likwidując jego rzeczywistych przyczyn. W języku specjalistów od ochrony środowiska taka metoda nosi nazwę „końca rury”. Oczywiście, kwestia, czy świnia zginie w męczarniach czy też błyskawicznie, ma wielkie znaczenie. Karp, który zdycha całymi godzinami w odrobinie wody cierpi bardziej niż karp umiejętnie uśmiercony młotkiem. Jednak najważniejsze pytanie brzmi: czy karp w ogóle musi ginąć? * Wśród niewielu pewników, jakie jestem w stanie wypowiedzieć o sobie i świecie, jest i taki, że nie kocham zwierząt. Nie kocham, choć bardzo bym chciał. Zajmuje mnie przecież los wielorybów mordowanych przez japońskich harpunników, barbarzyństwo myśliwych polujących na foki w Kanadzie brzydzi, a w chwilach wolnych amatorsko uprawiam ornitologię, co dobrze świadczy o mojej wrażliwości. Chów przemysłowy traktuję jak barbarzyństwo. I tak dalej. Jednocześnie jednak, mimo wielokrotnie podejmowanych wysiłków, nie potrafię przejść na konsekwentny wegetarianizm. Jak by tego nie tłumaczyć – skłonnością do kulinarnych poszukiwań, tradycją wyniesioną z domu czy zwykłym lenistwem – oznacza to, że godzę się na nieuniknione cierpienie i śmierć, że składam swój podpis pod cyrografem, w którym mowa o rzeźniach, zabijaniu prądem, o węgorzach wycierających się ze śluzu w żrącej solance. Dałoby się to wszystko sprowadzić do słynnego sformułowania G. B. Shawa, który kiedyś powiedział „Zwierzęta, to moi przyjaciele, a ja przyjaciół nie jadam”. Rosnące w miarę upływu lat obrzydzenie do mięsa nie może tu służyć jako okoliczność łagodząca. Deklarowanie szacunku do zwierząt i jednoczesna zgoda na ich zabijanie jest zwykłym oszustwem. Śmierć schodzi do podziemia, ale trup pozostaje. Nie kocham zwierząt, lecz łudzę się przynajmniej, że ta szczerość pozwala mi uniknąć ślepoty. Wraz z rosnącą świadomością dokonuje się bowiem wokół proces inny – redukujemy swoją wiedzę o niewygodnym dla nas,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: O cierpieniu zwierząt