Celem tego tekstu jest analiza kulturowego statusu toruńskiej rozgłośni w świetle koncepcji civil society[1]. Artykuł zawiera odmienną od powszechnie przyjmowanej interpretację atrakcyjności Radia Maryja dla pewnej grupy słuchaczy. Podczas gdy standardowe wyjaśnienia w sposób pośredni opierają się na przesłankach marksistowskich (religijny populizm jako kompensator – swoiste opium – dla zawiedzionych transformacją 1989 roku), proponowane tu wytłumaczenie akcentuje rolę Radia i tworzonych wokół niego struktur jako generatora kapitału społecznego, dostarczyciela zasobów kulturowych, które dla licznych osób są trudno dostępne (na przykład z powodu ograniczeń finansowych). W efekcie toruńska rozgłośnia stanowi przykład jednej z najbardziej prężnych w Polsce inicjatyw oddolnych. Paradoksalnie jednak głoszone przez nią treści mają charakter populistyczny, ksenofobiczny, a czasem wręcz przeciwny interesom narodowym kraju. Przypadek rozgłośni i zorganizowanego przez jej twórcę ruchu wymaga zatem doprecyzowania i rozwinięcia problemu „nieliberalnego społeczeństwa obywatelskiego”, a w szczególności rozstrzygnięcia, czy samo to wyrażenie nie jest wewnętrznie sprzeczne.
Społeczeństwo obywatelskie – wokół definicji
Społeczeństwo obywatelskie definiuje się najczęściej jako spontaniczną, oddolną i zorganizowaną w mniej lub bardziej stabilne struktury mobilizację członków danej społeczności w celu osiągnięcia założonych celów. Przymiotnik „obywatelskie” sugeruje, iż ta forma ludzkiej aktywności możliwa jest zasadniczo jedynie w tych typach ustrojów, w których ludzie traktowani są jako obywatele właśnie, a więc jako współodpowiedzialni i zdolni do współrządzenia partnerzy władzy państwowej. Ernst Wolfgang Böckenförde i Edward Shils[2] wśród cech takiego ustroju wymieniają między innymi: rządy prawa, szeroki udział obywateli w rządzeniu, wolność prasy, zgromadzeń i stowarzyszania się, trójpodział władz, poszanowanie własności prywatnej oraz uznanie praw człowieka. Istotnym elementem wielu definicji społeczeństwa obywatelskiego jest również podkreślenie, że stanowi ono sferę działań zbiorowych autonomiczną wobec państwa, choć różnie zakreśla się granice tej autonomii. Te dwie cechy – demokratyczny charakter ustroju będącego „środowiskiem naturalnym” społeczeństwa obywatelskiego i niezależność od państwa – są tu kluczowe. Jeśli którąś z nich pominąć, omawiane pojęcie traci swoje znaczenie: wszak i w III Rzeszy istniała bardzo rozbudowana sfera stowarzyszeń masowych, organizacji młodzieżowych, bractw sportowych, paramilitarnych etc. – były one jednak inspirowane przez państwo, zaś członkostwo na pewnym etapie stało się obowiązkowe.
Przytoczona definicja jest jednak nadal niewystarczająca – podane kryteria spełniają przecież również na przykład związki przestępcze – są one niezależne od państwa i doskonale czują się w systemie demokratycznym. Aby usunąć ten defekt, dodaje się dwa kolejne kryteria. Po pierwsze, celem działania instytucji czy też składników społeczeństwa obywatelskiego powinno być dobro wspólne, nie zaś jednostkowe lub grupowe. Po drugie, zachowanie ludzi zaangażowanych w te działania powinno cechować się czymś, co angielscy filozofowie określili mianem civilty, a co można przetłumaczyć jako „ogładę polityczną” bądź szerzej: „uprzejmość”, „grzeczność”.
Oba te kryteria są, niestety, nieostre, czyniąc z koncepcji społeczeństwa obywatelskiego raczej szlachetny ideał niż pojęcie z zakresu nauk społecznych. W jaki sposób bowiem zoperacjonalizować pojęcie „dobra wspólnego”? Zawsze przecież będzie ono inaczej definiowane przez różnych aktorów. W skrajnych, choć pewnie wcale nierzadkich sytuacjach dochodzić będzie do utożsamienia dobra wspólnego z interesem prywatnym bądź grupowym, w myśl słynnego (i zapewne szczerego) powiedzenia szefów amerykańskiego koncernu: „Co jest dobre dla General Motors, jest dobre dla Stanów Zjednoczonych”. To, że każdy owo dobro wspólne może rozumieć inaczej, nie zmienia jednak faktu, że celem działań może być zmiana lub utrzymanie pewnego stanu życia zbiorowego. Z tego właśnie powodu niektórzy teoretycy uznają sferę gospodarki i polityki partyjnej za pozostające poza obrębem społeczeństwa obywatelskiego. Partie polityczne ze swej definicji są przecież wcieleniem interesów grupowych, stanowiąc ponadto mechanizm wyniesienia do władzy jednostek; gospodarka zaś to przede wszystkim sfera poszukiwania indywidualnego bądź korporacyjnego sukcesu finansowego.
Dużo trudniej zoperacjonalizować drugi z proponowanych składników definicji. To, czy dane zachowanie uznamy za przejaw „politycznej ogłady”, zależeć będzie od tego, jak wysoko umieścimy poprzeczkę. Demokrację można zdefiniować jako ustrój, w którym zmiana władzy odbywa się w sposób bezkrwawy i zgodny z prawem (wersja minimalna), albo jako ustrój w którym obywatele dojrzeli do współodpowiedzialności za losy państwa, powszechnie uczestnicząc w rządzeniu – zarówno bezpośrednio, jak i przez swoich przedstawicieli (wersja idealna). O ile zatem kryterium dobra wspólnego można jakoś uwzględnić, o tyle nie wydaje się to możliwe w przypadku kryterium „ogłady politycznej”.
Wreszcie dla wielu badaczy (głównie empiryków) społeczeństwo obywatelskie jest tożsame z tzw. trzecim sektorem – siecią pozarządowych organizacji, w dużej mierze opartych na wolontariacie, które próbują działać na rzecz zbiorowości. W ramach tego stanowiska też nie ma jednak pełnej zgody. Robert Putnam i Francis Fukuyama[3] podkreślają, że nie każda tego typu organizacja w równym stopniu zasługuje na miano instytucji społeczeństwa obywatelskiego. Istnieją przecież dobrowolne, pozarządowe organizacje masowe, w których członkostwo ogranicza się do opłacenia niewielkiej składki. Choć i takie organizacje mogą być społecznie pożyteczne (na przykład Polski Związek Wędkarski, liczący około 600 tys. członków), nie wytwarzają jednak kapitału społecznego, który obaj badacze uznają za warunek sine qua non istnienia civil society.
Mimo zarysowanych powyżej rozbieżności w kwestii definicji zdecydowana większość badaczy uznaje społeczeństwo obywatelskie za zjawisko bardzo pozytywne. Podkreśla się zwłaszcza jego zdolność do stawienia czoła totalitaryzującym dążeniom państwa, a także jego funkcję wytwarzania i podtrzymywania kapitału społecznego, który – jak się okazuje – jest nie mniej ważny od kapitału finansowego. Dla porządku trzeba jednak wspomnieć, iż nie brak również głosów przestrzegających przed apoteozą obu zjawisk. Sheri Berman[4] w artykule na temat społeczeństwa obywatelskiego w Republice Weimarskiej postawił tezę, iż rozbudowana sfera dobrowolnych stowarzyszeń, jaka istniała w Niemczech w latach 1919-1933, nie tylko nie zapobiegła, lecz wręcz ułatwiła Hitlerowi dojście do władzy. Słabe państwo zostało bowiem podporządkowane siłom społecznym, które znajdowały ujście właśnie w owych ruchach i stowarzyszeniach. Podobne, a nawet poważniejsze zastrzeżenia wysuwa się pod adresem „kapitału społecznego”. Ma on bowiem moc zarówno integrowania współdziałających ze sobą ludzi, jak i wykluczania tych, którzy pozostają poza obrębem danej grupy. Silne więzi rodzinne czy etniczne niewątpliwie mogą być wielką pomocą w prowadzeniu interesów (zwłaszcza tam, gdzie niezbędne jest zaufanie), lecz w innych sytuacjach mogą tłumić indywidualności i grzebać talenty.
Na podstawie powyższych uwag na potrzeby dalszych rozważań przyjmuję roboczą definicję społeczeństwa obywatelskiego jako „sieci instytucji, organizacji, ruchów, stowarzyszeń oraz dobrowolnych inicjatyw pozarządowych, funkcjonujących w obrębie demokratycznego państwa, których celem jest dobro wspólne”.
Paradoks Radia
Jednym z paradoksów polskiego życia publicznego po 1989 roku jest fakt, iż żaden inny fenomen nie zdaje się wpisywać lepiej w przytoczoną powyżej definicję społeczeństwa obywatelskiego niż założona w 1991 roku przez o. Tadeusza Rydzyka katolicka rozgłośnia – Radio Maryja. Fakt jej powstania wypływał z chęci przeniesienia na polski grunt doświadczeń, jakie stały się udziałem dyrektora Radia podczas jego pobytu w Niemczech w latach 80. Innym motywem, z czasem dostarczającym racji bytu samemu Radiu, była chęć stawienia czoła „medialnemu oraz politycznemu establishmentowi”, który przez o. Rydzyka (i nie tylko przez niego) postrzegany był jako wrogi światopoglądowi katolickiemu.
Spróbuję tu odpowiedzieć na trzy pytania. Po pierwsze: czy „sukces” Radia polegał głównie na zagospodarowaniu rozczarowanych do transformacji, tych, którzy nie skorzystali na przemianach po 1989 roku, czy raczej na stworzeniu ośrodka alternatywnej wizji społeczno-politycznej, zakorzenionej w perspektywie religijnej? Po drugie: czy Radio Maryja to przyczyna (bądź przejaw) degeneracji forum publicznego (tak brzmi teza obiegowa, którą propaguje między innymi „Gazeta Wyborcza”), czy też raczej głos ludzi pozbawionych innej reprezentacji, cenny, „profetyczny” głos religii zbuntowanej przeciwko „układom”? Po trzecie: czy można zasadnie traktować działalność związanego z Radiem ruchu społecznego (Rodziny Radia Maryja; dalej: RRM) jako przejaw społeczeństwa obywatelskiego? Każda odpowiedź na to pytanie powoduje konieczność ponownego przyjrzenia się znaczeniu tego terminu. Jak go rozumieć? Czy ma on jakąś treść, niezależną od subiektywnych, ideologicznie zabarwionych interpretacji? Czy może należałoby go w ogóle zarzucić – przynajmniej na gruncie nauk społecznych?
Głos wydziedziczonych czy alternatywna wizja dobra wspólnego?
Kim są słuchacze Radia Maryja? Wśród badaczy, komentatorów, a także w świadomości publicznej funkcjonuje kilka typów odpowiedzi na to pytanie. Pierwsza odwołuje się do psychologii, postrzegając omawiany krąg osób jako osobowości neurotyczne, które korzystają ze swoistej psychoterapii oferowanej im przez rozgłośnię[5]. Drugi typ odpowiedzi w imieniu liberalnego establishmentu w lapidarnej formie przedstawił Donald Tusk, w przypływie szczerości nazywając grono słuchaczy „moherowymi beretami” (od moherowych nakryć głowy, noszonych powszechnie przez starsze panie, głównie emerytki). W wolnym tłumaczeniu „mohery” to starsza, a więc nieproduktywna i niewykształcona część społeczeństwa. Trzeci portret, propagowany między innymi na łamach „Gazety Wyborczej”, ukazuje RRM jako zagrożenie dla demokracji, ucieleśnienie polskich kompleksów, strachu przed Europą i światem.
Dane statystyczne częściowo potwierdzają niektóre z tych stereotypowych ujęć: grono słuchaczy to (malejąca) grupa osób, głównie starszych i słabiej wykształconych kobiet. Z obserwacji (a raczej nasłuchu) wynika jednak, iż (być może wskutek świadomej polityki Radia) na antenie wypowiada się wielu mężczyzn (mniej więcej połowa zabierających głos na antenie), zaś język wypowiedzi niejednokrotnie pozytywnie odróżnia się od stylu przyjętego przez większość mediów komercyjnych.
W wielu wypowiedziach pojawia się kategoria „dobra wspólnego” (głównie w kontekście narodu), choć ma ona czasem zabarwienie ksenofobiczne: owo „dobro” jest najczęściej poważnie zagrożone przez obcych (etnicznie, politycznie, kulturowo). Skrajnym i niemal zabawnym przykładem rozumienia interesu narodowego przez Radio jest nacisk kładziony na samowystarczalność energetyczną państwa polskiego. Drogą do osiągnięcia tego celu jest bowiem – zdaniem o. Rydzyka i jego współpracowników – eksploatacja źródeł geotermalnych. Bezpieczeństwo energetyczne jest oczywiście kluczowym problemem każdego kraju; wątpliwe jednak, aby dało się go rozwiązać, kierując się ideologią, a nie racjonalnym rachunkiem ekonomicznym. Innym przykładem troski o bardzo swoiście rozumiane „dobro wspólne” narodu był zagorzały sprzeciw Radia wobec możliwości kupna ziemi w Polsce przez cudzoziemców, a także sprzeciw wobec prywatyzacji niektórych nierentownych przedsiębiorstw (zwłaszcza Stoczni Gdańskiej). W obu przypadkach ujawnił się niewątpliwie resentyment antymodernizacyjny oraz nacjonalistyczny, który niejednokrotnie mógł prowadzić do skutków zgubnych nawet dla wąsko pojmowanego interesu narodowego.
Wróg publiczny numer jeden czy głos profetyczny?Z historii znamy wiele przykładów ruchów społecznych, czasem radykalnych, które – czerpiąc z inspiracji religijnej – prowadziły do ważnych i pożądanych przemian. Abolicjonizm w USA, podobnie zresztą jak i wiele innych ruchów społecznych w Ameryce, nierzadko bywał gwałtowny: ostatecznie wszak doprowadził – jako jeden z głównych czynników – do wybuchu krwawej wojny domowej. Choć otwarte pozostaje pytanie, czy możliwe (bądź prawdopodobne) było zniesienie niewolnictwa na drodze bezkrwawej, ewolucyjnej przemiany świadomości społecznej, nikt nie kwestionuje dziś zasadniczych osiągnięć abolicjonistów ani też faktu, iż w ogromnej mierze powodowały nimi pobudki religijne. Niezgoda na kompromis, charakterystyczna dla żarliwych wyznawców religii, była w pewnym sensie konieczna, aby przełamać obowiązujący stan rzeczy. Podobnie wyglądał ruch na rzecz praw obywatelskich dla czarnych Amerykanów, przez wielu (zwłaszcza na Południu USA) postrzegany jako radykalny i siłą wymuszający przemiany, które powinny zajść powoli i spontanicznie (w niektórych przypadkach dzieci Afro-Amerykanów eskortowane były do szkoły przez żołnierzy sił federalnych). W obu tych ruchach duchowni stanowili także zdecydowaną większość wśród przywódców. Co znaczące, zwłaszcza w przypadku abolicjonistów, liderzy często spotykali się z zarzutem, że agitując na rzecz zniesienia niewolnictwa i posługując się przy tym argumentami religijnymi, „mieszają religię z polityką” i przekraczają linię separacji Kościoła od państwa. Podobne oskarżenia kierowano później także pod adresem Martina Luthera Kinga, który był pastorem baptystycznym. Powyższe przykłady obrazują radykalny potencjał religii, jej zdolność do przeprowadzenia głębokich zmian społecznych wbrew polityce państwa. „Okresowa” bądź stała niezdolność (niektórych) wyznawców religii do kompromisów bywa przyczyną ważnych – i pożądanych z punktu widzenia zarówno demokracji, jak i rozwoju społeczeństwa obywatelskiego – zmian społecznych. Z sytuacją tą mamy jednak do czynienia wówczas, gdy religia przeciwstawia się politycznemu establishmentowi, mobilizując szerokie rzesze obywateli, na przykład w postaci ruchów masowych. Inaczej rzecz wygląda, gdy dla osiągnięcia pożądanych celów wyznawcy religii sięgają po władzę polityczną bądź rozwiązania prawne. Nierzadko wówczas szlachetne zamiary prowadzą do katastrofalnych skutków. Przykładem takiej sytuacji, także na…