Subskrybuj

Katolicki to naprawdę znaczy globalny

Katolicyzm jest w istocie ruchem de-fundamentalizującym. Oczywiście, istnieją różne lokalne ruchy sekciarskie, ale Kościół prowadzony przez kolejnych  papieży kontynuuje aggiornamento.

Czym jest dla Pana fundamentalizm i integryzm? 

Nie używam zbyt często tych terminów, bo one są użyteczne dla wewnętrznych sporów w obrębie tradycji religijnych. Jeden napada na drugiego: „Jesteś fundamentalistą”, a ten odpowiada: „Nie, jestem liberałem”. Ktoś mówi: „Jesteś integrystą”, a w odpowiedzi słyszy: „Nie, jestem prawdziwym katolikiem, a ty jesteś heretykiem”. Podobnie używa są w polityce etykietek: ten jest faszystą, a ten komunistą… Służą one napiętnowaniu tego, kto pozostaje na zewnątrz. Czy to są użyteczne kategorie analityczne? Tak, ale pod warunkiem, że istniał globalny proces sekularyzacji, proces historyczny, przeciwko któremu reakcją był ruch fundamentalistyczny. Sam termin ,,fundamentalizm” analitycznie zakłada ów proces sekularyzacji.

Nie brałem udziału w słynnym projekcie badawczym dotyczącym  fundamentalizmu, prowadzonym w latach 1987–1995. Dołączyłem doń dopiero w końcowym stadium – nie jestem autorem wydanych w jego ramach publikacji. Dla mnie zaskakujące w tych badaniach jest to, że mówi się tam o fundamentalizmie protestanckim, muzułmańskim, żydowskim, hinduskim i buddyjskim, ale nie o fundamentalizmie katolickim. Owszem, jest mowa o Opus Dei, ale Opus Dei nie jest ruchem  fundamentalistycznym, on ma jedynie elementy integrystyczne. Mamy tu tylko krąg arcybiskupa Lefebvre’a – ale to był właściwie ruch heretycki, który nazwano integrystycznym… Czytając kolejne tomy opublikowane w ramach tego projektu, doszedłem do wniosku, że katolicyzm jest w swej istocie ruchem de-fundamentalizującym. Oczywiście, istnieją różne lokalne ruchy sekciarskie, ale Kościół prowadzony przez kolejnych  papieży kontynuuje aggiornamento. I tylko radykalne feministki mogą dziś uważać katolicyzm za religię fundamentalistyczną.

A jeśli chodzi o integryzm: pojawił się on wtedy, gdy dostosowywano Kościół do wyzwań nowoczesności. Tworzyli go ludzie, którzy chcieli pozostać przy radykalnym tradycjonalizmie. Ale oni nie byli tradycjonalistami. Bo czymże jest tradycjonalizm? Bezrefleksyjnym trwaniem przy pewnych zasadach. A integrysta, podobnie jak fundamentalista, to człowiek nowoczesny, który radykalnie broni pewnych tradycyjnych pozycji. Integryzm zaczyna się w wieku XIX. Jego najbardziej agresywne formy mają znamiona ruchu proto-nowoczesnego, który łatwo mógł wieść do Action Française, a nawet do faszyzmu. A zatem w tym wypadku zauważamy proto-nowoczesną mobilizację grupy. Taka jest dynamika fundamentalizmu także dzisiaj.

Czym więc był katolicki integryzm? Odrzuceniem tego wszystkiego w nowoczesnym świecie, co zostało uznane za herezję.  Wywodził się on z tej linii katolicyzmu, którą wyrażał emocjonalny sprzeciw wobec nowoczesności – hasło, że każdy nowoczesny proces jest zagrożeniem tożsamości. Kiedy Kościół zaczął się zastanawiać nad potrzebą zaangażowania we współczesny świat – i dostrzegł konieczność rozwoju nauczania społecznego, problem klasy robotniczej, powstawania nowych miast etc. – wtedy zaczął się tworzyć ruch integrystyczny jako reakcja na nowoczesność, kontrpropozycja. Jest to zatem nie tyle postawa tradycjonalistyczna, ile raczej próba podboju nowoczesnego świata, żeby uczynić go katolickim.

Dzisiaj wewnętrzne problemy Kościoła katolickiego biorą się z reakcji na II Sobór Watykański. Arcybiskup Marcel Lefebvre mówił, że ten sobór to dzieło nie Ducha Świętego, ale diabła, zaś Papież to antychryst etc. Lefebvre był w swoich poglądach dość odosobniony, choć wiem, że w pewnym momencie pojawił się konflikt między Pawłem VI i Escrivą de Balaguerem i do tych pozycji zbliżało się Opus Dei – ale to już przeszłość.

Przedstawiciele Opus Dei żywili na początku antymasońską fobię… 

To działało w dwie strony. Warto tu przypomnieć protestancki dyskurs o papiestwie i antypapizm. O katolicyzmie mówiono przecież jak o pogaństwie, o papieżu jak o antychryście, Rzym zaś nazywano ,,nierządnicą babilońską”. A masoneria – przede wszystkim jej linia francuska – rozwijała się w mocno antykatolickim nurcie. Więc paranoja pewnych kół w Kościele katolickim miała jakieś podstawy. Antymasońska obsesja reprodukowała paranoję masońską i vice versa. Trzeba rozumieć ten dyskurs w takim kontekście.

Dla mnie ciekawe jest, kiedy ten antykatolicki dyskurs się kończy. Symbolem jest nowy stosunek do Jana Pawła II. Oto papież – którego traktowano dotąd jak antychrysta, postrzegano jako ajatollaha i zagrożenie dla republiki – nagle stał się globalną postacią pozytywną. Wydarzyło się zatem coś przełomowego: historia nowoczesności, która rozumiała siebie jako ruch antykatolicki, i Kościół katolicki, który rozumiał siebie jako ruch tradycjonalistyczny, nastawiony przeciw wszelkim „herezjom nowoczesności” – to wszystko się skończyło. Nagle Kościół zaczął się dobrze czuć w nowoczesnym świecie, odgrywając w nim niezwykle istotną rolę. Przypomnijmy sobie rok 2000. Zamiast oczekiwania na apokaliptyczne znaki mieliśmy radosne święto wkraczania w trzecie tysiąclecie, ekspresję własnej tożsamości… Dla mnie to było bardzo znaczące objawienie religii antymilenarystycznej.

To było święto nadziei. 

Nadziei, ale i odwagi. Okazało się, że nie boimy się już procesów historycznych, podejmujemy odpowiedzialność za ich współkształtowanie, nie odwracamy się od świata, głosząc, że zmierza on w złym kierunku. Ludzkie dzieje i historia zbawienia są ze sobą splecione. Nie wiemy jak to robić, ale mamy obowiązek włączać się w proces budowania nowego globalnego społeczeństwa, które jest bliskie nowoczesnemu uniwersalnemu Kościołowi.

My, katolicy, zawsze twierdziliśmy, że papież głosi orędzie urbi et orbi, ale w rzeczywistości nigdy tak nie było. On mówił do ,,miasta”, ale nie do świata, bo by go nie słuchano. Teraz, po raz pierwszy w historii, papież naprawdę mówi do świata i świat go słucha. W tym kontekście katolicki fundamentalizm staje się niemal niemożliwy.

Ale nie w Polsce…

Oczywiście, wciąż istnieją grupy o nastawieniu przedsoborowym, które paranoicznie atakują nowoczesną sekularną Europę i „pogaństwo”, które są antyprotestanckie, antyżydowskie, antymasońskie, antykapitalistyczne… Na tym wspierał się dawny dyskurs katolicki. Pamiętam, że zarówno generał Franco, jak i jego spodziewany następca (który został potem zamordowany) – Carrero Blanco, żywili antymasońską i antyżydowską  obsesję.  Według nich cała nowoczesność była koalicją liberalnej, kapitalistycznej burżuazji, jakobinów, Żydów, masonów i bolszewików. To był tajemny spisek. Nowoczesność miała być zarzewiem herezji, a oni byli jedynymi obrońcami tradycji. Taki dyskurs trwa nadal, ale jest teraz dysonansem w stosunku do oficjalnego stanowiska Kościoła. Choć, oczywiście, problem rodzi się wtedy, gdy pojawia się integryzm.

W łonie każdej religii mamy taki wewnętrzny konflikt – i w tym kontekście pojawia się kategoria fundamentalizmu i liberalizmu. W obrębie każdej religii istnieje bowiem grupa radykalnie broniąca tradycji przed obcymi i istnieją środowiska liberalne, którym udaje się rekonstruować tradycję i akceptować innych, nie tracąc przy tym własnej tożsamości. To jest pytanie o to, jak możemy żyć razem, nie rezygnując z naszych roszczeń do prawdziwości. Nie chodzi tu jednak o coś w rodzaju projektu Hansa Künga, który zachęca, by wszystkie religie świata spotkały się, żeby znaleźć wspólny fundament. Różnice składają się przecież na naszą tożsamość, musimy je zachowywać, ale w sposób, który otwiera nas na innych i pozwala szanować inne religie.

Pamiętam świetną wypowiedź Matki Teresy z Kalkuty, która powiedziała: „Kocham wszystkie religie, ale jestem zakochana w mojej”. Zbawienie jest tajemnicą, ale byłoby teologicznym absurdem utrzymywać, że dokonuje się ono tylko poprzez Jezusa Chrystusa. Przecież miliardy ludzi żyły przed Chrystusem, nie sposób więc argumentować, że zbawieni będą tylko ci, którzy o Nim słyszeli. Tajemnica zbawienia znacznie przekracza nasze zdolności rozumienia. Jak zatem eschatologicznie, u kresu czasu, pogodzić wszystkich, tak żeby wszyscy mogli byli jednością? To tajemnica wpisana w projekt eschatologiczny.

Trzeba zachować powściągliwość w wyrażaniu sądów prawdziwościowych na temat rzeczywistości historycznej. Zbyt wiele było błędów i zbrodni w historii Kościoła, byśmy się wreszcie nie nauczyli, że często błądzimy. Wywodzę się z Kościoła hiszpańskiego, który obciążony jest wieloma grzechami: wygnaliśmy Żydów i muzułmanów, mieliśmy inkwizycję, uczestniczyliśmy w krwawej kolonizacji… Musimy być dzisiaj skromni w głoszeniu sądów prawdziwościowych. Owszem, możemy to robić w wymiarze eschatologicznym, ale nie w odniesieniu do rzeczywistości historycznej. Więcej pokory w głoszeniu prawdy na temat naszej tradycji. Chodzi o to, by otwierać się na innych – także na integrystów.

Chcielibyśmy zapytać o tę skromność, pokorę w głoszeniu własnych przekonań. To pytanie warto postawić właśnie w kontekście Hiszpanii. Czy nie jest tak, że taka pokorna postawa może prowadzić do agnostycyzmu, a nawet do ateizmu? Współczesna Hiszpania jest dziś bardzo zlaicyzowana, zwłaszcza jeśli porówna się ją z Hiszpanią lat 30. czy nawet lat 50. ubiegłego wieku. Może to oznaczać, że rozpoznanie grzechów i błędów Kościoła i – co za tym idzie – powściągliwość w głoszeniu religijnych przekonań prowadzi do osłabienia życia religijnego. Mocne wspólnoty religijne w Hiszpanii są tradycjonalistyczne. Mamy Opus Dei, a skrajnym przykładem jest religijność Basków – antynowoczesna i naznaczona niebezpiecznym nacjonalizmem. Jak w dzisiejszej Hiszpanii być katolikiem „pokornym”, a zarazem aktywnym w wymiarze publicznym? Owa skromność, powściągliwość nie oznacza siedzenia jak mysz pod miotłą. W 1971 roku odbyło się pierwsze połączone Krajowe Zgromadzenie Biskupów i Księży, podczas którego duchowni publicznie przeprosili za rolę, jaką Kościół odegrał w hiszpańskiej wojnie domowej. Napisali: „W pokorze uznajemy nasz grzech i prosimy o wybaczenie, nie umieliśmy bowiem stać się prawdziwymi »świadkami…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Co słychać w Radiu Maryja?