Czy poeta może opisać śmierć? Czy poezja, która – jak pisze Pan w jednym ze swoich wierszy – jest poszukiwaniem blasku, może tego w ogóle dotknąć?
Myślę, że może, choć sam nigdy tego nie potrafiłem. Wydaje mi się, że musi to płynąć z bardzo głębokiego doświadczenia, a tak się składa, że nie tylko jeszcze sam nie umarłem, ale także nie byłem przy niczyjej śmierci. Jest jednak znamienne, że na przykład Rilke, który był mistrzem mówienia o śmierci i medytacji nad jej sensem, w ostatnich tygodniach i dniach swojego życia zamilkł. Kiedy trafił do szpitala, nie chciał nawet wiedzieć, na co choruje i nigdy nie pytał o to lekarzy. Ta anegdota zapewne nie wskazuje żadnej reguły generalnej, niemniej, jak sądzę, mówi coś istotnego o poezji.
Dlaczego zamilkł? Czy dlatego, że szukamy sensu, dopóki dotyczy on innych? Ja sam wielokrotnie miałem okazję być przy śmierci człowieka i miałem wtedy poczucie, iż jest to doświadczenie tak nieprzekładalne na cokolwiek innego, że być może w ogóle nie można o nim mówić. Czy poezja jest w stanie dostarczyć sens człowiekowi cierpiącemu?
To bardzo trudne pytanie. Jest taki wiersz Czesława Miłosza pochodzący z cyklu Głosy biednych ludzi, pod tytułem Biedny poeta. Rozpoczyna się on następująco: „Pierwszy ruch jest śpiewanie, swobodny głos napełniający góry i doliny,/ pierwszy ruch jest radość, ale ona zostaje odjęta”. Przytaczam ten fragment dlatego, że nie chciałbym, byśmy w naszej rozmowie zapomnieli, że poezja bierze swój początek z radości. Co prawda, jak mówi Miłosz, później radość ta może zostać odjęta, niemniej to właśnie w niej znajduje się źródło sensu w poezji. Chodzi o uczucie bezinteresownej i chyba niemożliwej do zracjonalizowania radości.
Oczywiście poezja, która byłaby wyłącznie radością, pozostawałaby niezrozumiała dla większości śmiertelników, ponieważ w świecie jest jej raczej niewiele. Byłaby też egzaltowana, niedobra, pozbawiona dramatyzmu. Ale mimo to trudno pojąć poezję bez tego, o czym mówi Miłosz – „pierwszy ruch jest śpiewanie”. Cierpienie i śmierć to najdalsze granice, do jakich jest ona w stanie dotrzeć. Dlatego mówiłem o Rilkem. Moja intuicja jest taka, że w sprawach najpoważniejszych sztuka znika. Że sztuka, która dla wielu ludzi, a także dla mnie osobiście, jest czymś bardzo ważnym, w sytuacji silnego cierpienia traci na wartości i raczej nie jest w stanie nam pomóc. Wydaje mi się, że w takich sytuacjach jesteśmy zawsze samotni i nadzy. Być może jest ona w stanie pomóc, kiedy horror związany z bezpośrednim doświadczeniem zelżeje. Natomiast w momentach najsilniejszego cierpienia raczej nie możemy liczyć na sztukę. Ktoś, kto bardzo cierpi, nie pójdzie do opery. W konstatacji tej kryje się coś bardzo przykrego.
Czym w Pana życiu jest cierpienie?
Nie chcę odpowiedzieć na to pytanie – nie lubię się zwierzać. Myślę że istnieje tyle rodzajów cierpienia, iż mówiąc o nim, należałoby sporządzić katalog. Istnieje jednak przede wszystkim pewien rodzaj cierpienia, które nie jest cierpieniem fizycznym. Chodzi może o poczucie niepokoju towarzyszące istnieniu każdego człowieka, świadomość, że znajdujemy się w pewnej pustce i że w każdej chwili możemy przestać istnieć. Stąd, jak sądzę, czerpie sztuka. Stąd, ale i z radości, o której nie możemy zapominać i która, jak mi się wydaje, jest tu nawet istotniejsza.
Osobiście widzę sztukę, a przede wszystkim poezję, jako nieustanną walkę radości i rozpaczy. Radości, której pochodzenia nie jesteśmy w stanie wskazać, i rozpaczy, której pochodzenie znamy bardzo dobrze. Rozpacz wydaje się zatem lepiej umotywowana, ale człowieczeństwo polega na tej przedziwnej szamotaninie między rozpaczą a radością. Trudno mi sobie wyobrazić kogoś, kto by przeżył życie, myśląc wyłącznie o śmierci.
Wiersz, który przeczytam, jest o moim ojcu. Ojciec jest bardzo stary i utracił pamięć. Nie poznaje mnie już.
Teraz, kiedy straciłeś pamięć
i możesz się już tylko bezradnie uśmiechać,
chciałbym ci pomóc – przecież kiedyś
to ty, jak demiurg, otworzyłeś moją wyobraźnię.
Pamiętam nasze wyprawy, wełniane obłoki
płynące nisko nad wilgotnym lasem w górach
(w tym lesie znałeś każdą ścieżkę), i także
letni dzień, kiedy wspięliśmy się na szczyt
wysokiej latarni morskiej nad Bałtykiem
i długo patrzyliśmy na nieskończone falowanie morza,
jego białe ściegi postrzępione jak nitki fastrygi.
Nie zapomnę tej chwili, myślę, że i ty byłeś wtedy
wzruszony – wydawało się, że widzimy cały świat,
bezgraniczny, oddychający spokojnie, niebieski, doskonały,
wyrazisty i mglisty zarazem, bliski i daleki;
czuliśmy kolistość tej planety, słyszeliśmy mewy,
które bawiły się nieśpiesznie szybowaniem
w ciepłych i chłodnych prądach powietrza.
Nie potrafię ci pomóc, mam tylko jedną pamięć.
Intelektualiści, księża, teologowie toczą nieustanną debatę o to, czy cierpienie ma sens. Ja także, rozmawiając często z umierającymi, widzę ich próby usensownienia cierpienia. Czy można powiedzieć, że cierpienie ma sens, czy też jest ono bezsensem wpisanym w ten świat, jego ciemną stroną? Nie jestem filozofem, ale wydaje mi się, że cierpienie uzyskuje sens dopiero w kontakcie z innymi regionami ludzkiego życia. Samo cierpienie…