Teraz mamy drugą rocznicę dnia, kiedy, zebrawszy się razem, my, czytelnicy, współpracownicy i tłumacze Kapuścińskiego, zapewnialiśmy się nawzajem, że obecnie nasz mistrz i przyjaciel jest z ograniczeń wyzwolony. Była to dla każdego inna, ale niezachwiana oczywistość.
Wolę myśleć nie o rocznicy śmierci, lecz tego pięknego pożegnania, które zakończyło jedną postać obcowania, by ją zastąpić nową, inną, dla bardzo wielu nie mniej rzeczywistą.
Wpływ autora na ludzi, którzy czytają teksty – także teksty! – nie tylko trwa: rozszerza się, sięga nowych osób, wkracza na nowe pola.
Wydarzenia, których teraz jesteśmy świadkami, mają w Kapuścińskim uczestnika, bo wciąż nam je oświetla przez to, co zdążył napisać, powiedzieć, wskazać. Kapuściński jest autorem na czas obecnych i nadchodzących trudnych zmian. Myślę, że zawczasu przekazał chętnym czytelnikom świadomość napięć i pęknięć świata. Teraz sami je już widzimy albo wkrótce się o nich przekonamy. Na przykład doświadczenie Kapuścińskiego pasuje do tego, które nosi w sobie Obama. Dzięki Hebanowi Kenia Obamy opisana w jego książce mogła tak oczywiście dać mi do myślenia.
Świat się chwieje. W którą stronę się przechyla? Jakie oczywistości staną przed nami wkrótce albo trochę później? Czy bardziej uderzy nas ich nowość czy mało spodziewany powrót? Kogo uznamy za ich proroka, czyli tego, kto rozpoznał je wcześnie i pierwszy określił ich kierunek? Warto teraz, z nowymi przesłankami, czytać takie teksty jak Ten inny… Chwytać uchem „dalekie odgłosy werbli”, jak Pan Ryszard potrafił.
Dosyć to wszystko wypadło wzniośle. Nie w jego stylu. Jednak nic nie skreślę, bo to prawda. Dla równowagi dodam coś z tomiku Wiersze zebrane, coś, co harmonizuje z myślą o porannym spacerze po Polu Mokotowskim.
***
Starszy pan
podnosi do góry
zaśliniony palec
bada
skąd wieje
następnie
ustawia się zgodnie z kierunkiem wiatru
i odlatuje
niewysoko
niedaleko
Sen
Głos z mównicy, trybuny czy jak to nazwać: „Pytam, co nam daje przynależność do Frakcji Wschodniej”.
Głos jest dobitny, ale cichnie, gdy napływa szum i szybko znika sala obrad, jakby spływała gdzieś w dół, bo ja się budzę. Ale jeszcze widzę, jak na pocztówce, oświetloną porannym słońcem wieżę katedry strasburskiej.
Gdy się budzę, pamiętając ten fragment snu, pierwsza myśl – wspomnienie posła Koła Znak Stacha Stommy, jego wykład o odpowiedzialności polityka, o konieczności ciągłego zadawania sobie pytań podstawowych, takich, które dotykają opcji już w nas zakorzenionych. Gdybyśmy tego bardzo pragnęli, to może choćby i sen mógłby nam w porę dać do myślenia.
Grzebiąc w starych papierach
Żyjąc długo, ma się okazję doświadczenia pewnych szczególnych wrażeń. Należą do nich spotkania z samym sobą sprzed lat. Czasem jest to fotografia, która wypada spośród kart dawno nieotwieranej książki. Ja? Nie ja, ktoś podobny… A kim jest teraz to dziecko, do którego uśmiecham się na tym zdjęciu?
Ale to nic w porównaniu z czytaniem – słuchaniem tekstów, które trzeba odcyfrowywać z pożółkłej przebitki, z jakichś pomiętych kartek przemieszanych nie po kolei. Wraca wspomnienie: no tak, to było pisane wtedy, w tych okolicznościach, tamtego roku, lata, jesieni, podczas choroby, która czasu przydała, w odpowiedzi na list, prośbę, niemal interpelację… Zdziwienie, wątpliwości, gdy taki tekst wydaje się czymś nie sprzed lat trzydziestu, lecz może sprzed ledwie kilku. W rzeczach pisanych dawno i teraz czuję trwałość wiodących nici, poszukiwań, prób. Obok pudeł, teczek i kopert tworzących chaotyczny magazyn nieuprzątniętej przeszłości, powstaje pojemnik z hasłem „wyłowione”. Połów musi mieć cel, komuś trzeba przekazać to, co jeszcze raz może się przydać.
Gdy dłużej przebywałam z Ojcem w Anglii, chodziliśmy niekiedy razem na domowe wyprzedaże. Zwykle to spadkobiercy, ale czasem i sam żyjący jeszcze właściciel, zamierzając się wyprowadzić, układał to, czego chciał się pozbyć, w małe stosiki, po kilka, kilkanaście przedmiotów. Aby kupić upatrzony skarb, trzeba było nabyć i zabrać cały stosik, do którego należał.
Poczytajcie stare teksty, coś w nich może odkryjecie. Ja w nich wciąż coś widzę.
Z dawnych tekstów
Oto fragment nieukończonej książki, która miała być owocem i utrwaleniem wspólnie podejmowanych refleksji, głównie z młodymi wtedy absolwentami Duszpasterstwa Akademickiego w Katowicach i z Zespołem Synodalnym w parafii – Arce Pana w Nowej Hucie. Tekst jest datowany 22 sierpnia 1975.
Jedność życia
Miał to być rozdział pierwszy. Forma: wypowiedzi kilku osób, identyfikowanych jako postacie przez pięć wieczorów wymieniające myśli przy ognisku: Dziewczyna w okularach; Pani w wiatrówce, co się zna na rzeczy; Chłopak, który rąbał drzewo (inżynier); TEN ŁYSY; Dziewczyna z warkoczami (lekarka); Chłopak w dresie; Dziewczyna, która śpiewała kołysankę.
Na razie nie rozpoznajemy ich głosów.
- Refleksja nad własnym życiem tym więcej daje, im właściwsze, ostrzejsze, bliższe przeżyciom są pytania, jakie nią rządzą.
Dla mnie – a może dla nas? – pierwsze jest pytanie o jedność życia. Czy moje życie stanowi całość – czy też jest rozbite na fragmenty, na niepowiązane ze sobą rozdziały, chaotyczne poszukiwania, rozpoczynane i porzucane? Czy zarysowuje się w moim życiu jakaś „struktura kryształu”, pewien wewnętrzny porządek, choćby bardzo zawiły? Czy moje życie do czegoś zmierza, czy posiada orientację, kierunek – czy też tylko trwa, coraz bardziej zagmatwane i nie moje –tak przemija?
Jeśli dostrzegam w moim życiu jakieś ukierunkowania – to skąd one się biorą?
Co takiego widzę, co każe mi dążyć tu, a nie tam i podporządkować temu dążeniu różne moje chcenia i niechęci? Może jeszcze inaczej zapytać: co kocham, co widzą jako dobro najbardziej cenne dla siebie i dla swoich?
Może nie potrafię tego dobra nazwać – nie znajdujmy dlań zbyt łatwo imienia – ale skoro je znam, skoro je rozpoznaję choćby w rzadkich wybranych chwilach – to może właśnie teraz przyszedł czas, by się w nie wpatrzyć, pobyć z nim, odnowić swój z nim związek, wyrazić go na nowo, a przynajmniej rozpocząć poszukiwanie takiego wyrazu?
- Moje życie ma wiele ukierunkowań. Odnajduję w nim raczej zarysy różnych możliwych porządków niż jeden, scalający wszystko, uprzywilejowany ład, nadawany przez wartość, uznaną za najwyższą.
Taką wartością jest dla mnie – w zasadzie, teoretycznie – Bóg mojej wiary. W praktyce, poza wyjątkowymi chwilami, ma On mało wspólnego z tym, co wypełnia mój czas, z całą krzątaniną około tylu osób, rzeczy, przedsięwzięć i zamiarów. Są w moim życiu rzeczy sprzeciwiające się związkowi z Bogiem. Inne sprawy i przeżycia mnie z Nim trwale wiążą. Ale ogromna większość moich trosk i radości – czy po prostu zajęć – zdaje się nie mieć z Bogiem nic wspólnego. Zapewne mają rację teologowie, którzy twierdzą, że wszystko ma z Bogiem najściślejszy związek. Cóż jednak z tego – skoro dla mnie ten związek jest czystą abstrakcją, skoro ja nim nie żyję. Czuję, że do Boga docieram tylko jakąś cząstką siebie. Moje życie z Nim jest mało intensywne, niedzielno-świąteczne. Drugie życie, codzienne, zajmujące 99 procent czasu, płynie obok Boga…