Subskrybuj

Dlaczego Wschód?

Co to znaczy „Wschód”? Najprościej rzecz ujmując, „Wschód” dla przeciętnego Polaka jest to teren rozciągający się za wschodnią granicą Polski, zamieszkiwany przez „Ruskich”. „Rusek” niekiedy okazuje się być Ukraińcem, Białorusinem, Litwinem, Rosjaninem albo nawet Polakiem, ale przeważnie jest po prostu „Ruskiem”. Wschód zlewa się w całość nie tylko poprzez jednolicie nazywaną ludność, reprezentującą dawniej Związek Radziecki, łączy go również kilka charakterystycznych cech: między innymi granice i pociągi.

Tutaj, na północy, właściwie byłym południu, które kiedyś stanie się wschodem, aby może kiedyś być najbardziej zachodnią częścią jakiejś nowej przestrzeni…

Dragan Velikić

1.

W pociągu do Zielonej Góry siedzę w przedziale z kierowcą ciężarówki.

– Na Wschód? Kocham tam jeździć! Tam za pieniądze wszystko możesz! Na granicy czekasz? Płacisz, jedziesz. Kiedyś to jak ambasador jechałem! Inni w kolejce stali, a ja pasem dla VIP-ów. Policja łapie – płacisz, jedziesz. Wszystko można. I to jest normalne. Można się dogadać. Mam takiego znajomego. Urobiony jest. Handluje samochodami. Ma pracowników, wszystko samo się kręci. Ale nie usiedzi spokojnie, żeby czegoś nie skręcić.

– Jak to „skręcić”?

– No, wie pani…

Patrzy na mnie przez chwilę i uśmiecha się.

– No, skręcić…Te ich ciemne szyby. Rozlatującą się ładą taki jeździ, ale ciemne szyby ma. Wie pani, oni lubią się pokazać. Bywało, że dwa razy w tygodniu tam byłem. Teraz to nie ma po co. Jak jest Juszczenko, to nic się nie da zrobić. Wszyscy na niego narzekają. Poblokował, pozmieniał. Wszyscy są niezadowoleni. Dawniej było lepiej.

Co to znaczy „Wschód”? Najprościej rzecz ujmując, „Wschód” dla przeciętnego Polaka jest to teren rozciągający się za wschodnią granicą Polski, zamieszkiwany przez „Ruskich”. „Rusek” niekiedy okazuje się być Ukraińcem, Białorusinem, Litwinem, Rosjaninem albo nawet Polakiem, ale przeważnie jest po prostu „Ruskiem”. Wschód zlewa się w całość nie tylko poprzez jednolicie nazywaną ludność, reprezentującą dawniej Związek Radziecki, łączy go również kilka charakterystycznych cech: między innymi granice i pociągi.

Granice zdominowane są przez podróżnych szmuglerów. Niekiedy jest to główny zawód, niekiedy drugi obok na przykład nauczycielskiego, niekiedy jest to zajęcie przy okazji – skoro przekracza się granicę, można przy okazji przez nią coś przewieźć, a potem sprzedać z drobnym zyskiem. Szmuglerzy zawodowcy znają celników z nazwiska oraz z dni, w których poszczególni z nich obejmują zmianę. Jeśli podróżują pociągiem, to zanim przekroczą granicę, wyrobionymi zwinnymi ruchami odkręcają ściany wagonu, następnie siedziska i podłogi, umiejscawiają w nich popakowane papierosy i alkohol, a po przywróceniu wagonowi jego pierwotnego wyglądu obwiązują się workami ze spirytusem i zakładają pończochy, w które ładują kolejne pudełka papierosów. Kanty papierosowych pudełek zaokrąglają tak, aby pogrubione towarem ciała nie prowokowały swoimi zbyt równymi kształtami. Szmuglerzy okazyjni mają ze sobą po prostu trochę większy zapas alkoholu i papierosów, jeśli zapas jest większy, niż pozwala prawo, obdarowują nim pasażera sąsiada, który po przekroczeniu granicy oddaje towar.

W pociągach o pewnej porze dnia z siedzisk robią się półki, na których w pożyczonej pościeli układają się przebrane w piżamy lub dresy zmęczone ciała podróżnych, by przejechać 200 kilometrów w ciągu 12 godzin.

2.

Ciąg dalszy podróży. Przypomina mi się obrazek: jadę autobusem z Czerniowiec do Iwano-Frankowska. Wielkie wzgórza pokryte polami uprawnymi. Upał. Tłum ludzi w autobusie. Okna pozamykane. Autobus zatrzymuje się. Ludzie wsiadają. Ruszamy. Nagle ktoś woła, żeby jeszcze zaczekać, bo tam kobieta biegnie. Czekamy. Po kilku sekundach nikogo nie ma. Po minucie nikogo nie ma. W końcu widzę na sąsiednim wzgórzu jakąś kobietę z nieodłącznymi torbami biegnącą w stronę autobusu. To na nią czekamy. Wszyscy milczą, nikt się nie buntuje, że tracimy czas. Jakby każdy czuł ciężar tych jej toreb, jakby go bolały jej nogi wykręcające się na żwirze, po którym biegnie, i jakby każdy współczuł jej doli, na pewno tragicznej historii, która spowodowała jej spóźnienie.

Na którymś z dłuższych przystanków przez autobus przechodzą żebracy. Najpierw matka z dzieckiem na rękach, potem ktoś z listem opisującym jego dzieje, potem młody mężczyzna o kulach, potem jeszcze ktoś niewidomy i jakiś mocno nietrzeźwy człowiek. Każdy dostaje jakieś pieniądze, albo jedzenie, a dający nie jest osamotnionym naiwniakiem, frajerem.  Nędzy towarzyszy jakby wspólna niemoc – tych, którzy w niej żyją, i tych, którzy się jej przyglądają. Nie jest nieprawdopodobnym zjawiskiem, nie funkcjonuje gdzieś poza granicami miast, miasteczek, ale jest tu, obok najnowszych mercedesów, BMW, chryslerów, z którymi kontrast nikogo nie szokuje. Taka dola, taki Los. Nikt nic na to nie może poradzić, jak mówi refren jednej z piosenek: „…ja haroszaja, ja prigożaja, tol’ka dolja takaja”.

3.

Jadę dalej. Znów Ukraina. Mieszkamy u pani Broni, na wsi. Resztki po zjedzonym arbuzie od tygodnia leżą na stole, obsiadywane są przez coraz liczniejsze stado much. Któregoś południa do pani Broni przyjeżdża córka. Przyszła z koleżanką i z dwoma kolegami. Siedli wszyscy na schodach. Zachodziło słońce, więc zaśpiewali piosenkę na tę porę dnia. Na cztery głosy. Tak śpiewali, że łzy zatkały nam gardła. Siedząc na schodach wychodzących na podwórko, patrzą przed siebie, na zachód, nie widząc niesprzątniętego z podwórka krowiego łajna, kurzych i psich kup, urządzili święto najczystszej muzyki. Do naszego wyjazdu śpiewali prawie nieustannie.

Chodziliśmy razem do sąsiednich wsi. Chodziliśmy po wielkim cmentarzu żydowskim, na którym wyrósł las, a w poprzek którego (jak to często tutaj bywa) biegła szosa; macewy, które wyglądały jak skały wyrastające spod zarośli, których były braćmi, po prostu kolejnym ich gatunkiem. A oni cały czas śpiewali. Pomiędzy jedną pieśnią a drugą opowiadali historie: część tych Żydów, co tu mieszkali, zapędzili do groty i zabetonowali. Innych rozstrzelali. Ci, co przeżyli, i ich dzieci, mieszkali tutaj do niedawna. Ale teraz wyjechali do Izraela. Nikt na te groby nie przyjeżdża. I jeszcze inne historie opowiadali.

Był tam klub („kłub”). Z lat 70. Sala kinowa nawet była – dach już w połowie na nią spadł. Ale scena była jeszcze w dobrym stanie. Część krzeseł z widowni tutejsi bywalcy przenieśli na scenę. Zorganizowali stół i wielką głowę Lenina. Każdy wieczór siedzieliśmy tam. Śpiewy, historie, bimber w „polskich butelkach” (czyli plastikowych), poezja, bo oni recytują wiersze. I Lenin, jedyny widz na widowni, oglądający to widowisko na scenie. Wszyscy razem: Polacy, Ukraińcy, Tadżyk, Rosjanka, Ukrainiec z Murmańska, który się obrażał, jak mu się zwracało uwagę, że mówi właściwie po rosyjsku, a nie po ukraińsku. Dominował surżyk [mieszanka języka ukraińskiego z rosyjskim – twór językowy, którym posługuje się część mieszkańców Ukrainy – przyp. M. B.], który był raz po raz oczyszczany: to nie po naszemu, to po rosyjsku! A jak to jest po naszemu?

W niedzielę msza w polskim kościele. Ksiądz, który mówi po polsku, ale my słabo rozumiemy ten polski. To kościół rzymskokatolicki i nikomu by do głowy nie przyszło, żeby się modlić po ukraińsku. Wszyscy więc na potrzeby mszy uczą się polskiego. Oksana opowiadała, że na początku nie rozumieli wszystkich słów i na przykład zamiast „Hosanna na wysokości”, śpiewali „Oksana na wysokości”. Oksanę trochę to dziwiło, ale wszyscy tak śpiewali, to ona też. Albo zamiast „który siedzi po prawicy Ojca” – „który siedzi na trawicy Ojca” [na trawie]. Dzisiaj już wszyscy mówią po polsku i modlą się po polsku, rozumiejąc wszystko.

Są tam młodzi Polacy starej daty. Pielęgnują polskie tradycje, dbają o język, niedziela jest dla nich świętem, a religia Objawieniem. Poprzez język babć, którym zwykle mówią tutejsi księża, poznają zupełnie nową sferę życia, która nie wchodzi w konflikt z tym, w czym żyli. Kolędują po wsi jako Did Moroz i Snieguroczka, śpiewają obydwie wersje kolędy Dobryj Weczir – tę wersję pozbawioną wymienianych w niej świąt religijnych i tę oryginalną – a Nowy Rok świętują co godzinę – razem z kolejnymi krajami (dawnymi republikami Kraju Rad), skąd pochodzą współbiesiadnicy; czy z miejscami, w których nadal przebywają członkowie ich rodzin wywiezionych kilkadziesiąt lat temu.

4.

Kiedy jestem tu, w kościele brakuje mi chóru, żeby się modlić, szukając głosu poprzez  wsłuchiwanie się we współmodlących się i poprzez głęboki oddech, który musi wystarczyć na długą frazę, pod koniec której pada akcent prowadzący do następnej (bez ciągnącej nas na siłę linii organów). Ale tamszybko brakuje mi naszego języka i tutejszych porządków. 5. Dojeżdżam do Zielonej Góry. Włóczę się ze znajomym po okolicach. Płasko i pusto. Ruiny małego kościoła gotyckiego. Na wieży bocianie gniazdo. O mur poopierane niemieckie płyty nagrobne. Są też porozrzucane wokół kościoła. Leżą pod śniegiem. Kilka butelek – pustych albo porozbijanych, plastikowe kubki. Ktoś tu przychodzi się napić. Potem odwiedzamy tutejszych, zielonogórskich Polaków z Bukowiny. Dzisiaj Bukowina rozdzielona jest pomiędzy Rumunię i Ukrainę. Stolicą ukraińskiej Bukowiny są Czerniowce, rumuńskiej – Suczawa. Bezpośrednio…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Azja. Nowa ziemia obiecana