Teologowie katoliccy przynajmniej od połowy ubiegłego stulecia poszukują sposobu, by scientia fidei, przez wiele wieków zafascynowana scholastyką, częstokroć zagłębiona w oderwanych od życia spekulacjach i posługująca się mało zrozumiałym językiem, na nowo zaczęła poruszać serca i umysły wiernych, by ożywiała wiarę. W te poszukiwania włącza się ks. Grzegorz Strzelczyk, który w książce Teraz Jezuspróbuje znaleźć taką właśnie chrystologię (refleksja nad tajemnicą osoby Jezusa Chrystusa). Sposób, w jaki pisze, świadczy o tym, że dostrzega, iż dzisiaj ludzie otaczający ich świat widzą jako dzianie się i zmianę, nie zaś niezmienny byt, że bliższy jest im język mediów niż klasycznej filozofii, że nie tylko nie rozumieją pojęć zaczerpniętych z tej filozofii, ale nie chcą zadać sobie trudu, by je zrozumieć. Nic więc dziwnego, że autor posługuje się kategoriami historycznymi, że specjalistyczne pojęcia wyjaśnia tak, by zrozumiał je czytelnik niebędący teologiem, że używa wielu metafor zaczerpniętych ze świata piłki nożnej czy motoryzacji. Ktoś, kto do lektury omawianej książki przystąpi z przekonaniem, że znajdzie w niej jakąś oficjalną chrystologię katolicką, tyle że podaną współczesnym językiem, dozna zawodu. Grzegorz Strzelczyk nie tylko nie stara się jej przedstawić, ale wręcz sugeruje, że byłoby to niemożliwe. Skąd to przekonanie? Ze stwierdzenia faktu – dla wielu chrześcijan zapewne zaskakującego – że już na początku chrześcijaństwa nie było jednej refleksji nad osobą i dziełem Chrystusa, co pokazują chociażby poszczególne pisma Nowego Testamentu, które budują nieco inne obrazy Chrystusa (pełen mocy w Ewangelii św. Jana i ukrywający się za niejasnymi wypowiedziami u św. Marka). Co więcej, Kościół godził się, że pluralizm chrystologii jest czymś dobrym, bo odrzucił dzieła będące próbą zharmonizowania obrazów z poszczególnych Ewangelii. Autor uważa, że to docenienie przez Kościół wielości być może brało się z przekonania, że wiele relacji, wzajemnie się uzupełniających i korygujących, pozwala na doskonalszy, bo bardziej wielowymiarowy, przekaz niż jedna. Dzisiaj też raczej trudno oczekiwać, że będzie jedna chrystologia, bo czytelnik odczytuje tekst w świetle swojego doświadczenia i w nowych okolicznościach. Grzegorz Strzelczyk nie obawia się jednak nowych interpretacji chrystologicznych, gdyż nie ustało działanie Ducha Świętego, ale wciąż towarzyszy uroczystym rozstrzygnięciom Kościoła dotyczącym istoty wiary. Pluralizm chrystologiczny to coś, co dla polskich katolików może być sporym problemem. Nie mieli i nie mają oni bowiem wielkiej szansy na to, że usłyszą od swoich duszpasterzy coś więcej niż uproszczoną chrystologię podręcznikową. Książka Grzegorza Strzelczyka przekonuje, że warto to zmienić, bo od tego zależy, jak wiele zrozumiemy z tajemnicy Jezusa Chrystusa. Jak trafnie wskazuje autor, żeby to zrobić, wcale nie trzeba – a nawet nie wolno – zaczynać od wykładania chrystologii na przykład Karla Rahnera. Na początek wystarczy, by się zmieniło nasze, wzmacniane przez filmy i książki o Jezusie, wyobrażenie o Nowym Testamencie jako o spójnej, jednowymiarowej historii Jezusa Chrystusa. Wówczas łatwiej będzie nam bowiem przyjąć, że o Chrystusie można mówić w różny sposób. Ale żeby taka przemiana mogła się dokonać, potrzebne jest przeświadczenie, że przekazywanie wiernym odkryć teologii na temat Pisma Świętego wyjdzie im na dobre, i potrzebna jest odwaga w poszukiwaniach teologicznych, uzasadniona przekonaniem o działaniu Ducha Świętego w Kościele. A tego w polskim Kościele brakuje boleśnie… Z najwcześniejszej chrystologii Grzegorz Strzelczyk wybiera dwa wątki: obraz Chrystusa jako rozgniewanego władcy-sędziego oraz obraz Chrystusa jako Arcykapłana, zawarty w Liście do Hebrajczyków. Jeśli chodzi o ten pierwszy – jego zdaniem będący integralną częścią nowotestamentalnej chrystologii – to uważa, że w wypadku tego obrazu, panującego w świadomości chrześcijan i nauczaniu Kościoła przez wiele wieków, zaczyna działać prawo wahadła. W ostatnich latach został on bowiem niemal całkowicie usunięty nie tylko ze świadomości wiernych, ale i z systematycznej refleksji chrystologicznej. Jego miejsce zajmuje obraz Chrystusa jako głoszącego nadchodzące Boże zbawienie, uzdrawiającego i przebaczającego grzechy. Grzegorz Strzelczyk uważa, że obraz Chrystusa-Sędziego gwałtownie reagującego na zło nie powinien być przemilczany. To, że niepokoi, jest w gruncie rzeczy zaletą. Jeśli sąd dokonujący się w spotkaniu z Chrystusem ma dla nas owocować przebaczeniem, musimy go przyjmować poprzez uznanie własnej odpowiedzialności za zło i poprzez próbę przemiany życia. Jeżeli naszym powołaniem jest odtwarzanie w codzienności postawy Chrystusa, to mamy obowiązek reagować na zło, by je usunąć i ocalić grzesznika. Głoszenie przebaczenia, na które winowajca nie musi odpowiedzieć uznaniem winy i przemianą życia, jest głoszeniem iluzji, które może dać doraźną psychologiczną pociechę, ale ostatecznie nie doprowadzi do pojednania ani z Bogiem, ani z ludźmi. Grzegorz Strzelczyk słusznie zauważa, że w chrystologicznej świadomości wiernych prawie nie istnieje obraz Chrystusa jako Arcykapłana, pochodzący z zawierającego najdojrzalszą, zdaniem autora, chrystologię w całym Nowym Testamencie Listu do Hebrajczyków. W piśmie tym charakterystyczny jest sposób połączenia chrystologii i soteriologii. Podstawę modelu interpretacyjnego tworzy ogólnoreligijna idea soteriologiczna: przekonanie o przebłagalnej skuteczności kultu. Tożsamość Chrystusa przedstawiana jest wewnątrz tego modelu, a jego wyjątkowość wyrażana poprzez kontrast z poszczególnymi elementami systemu kultycznego. Osoba i dzieło Arcykapłana-Chrystusa przewyższa, a tym samym wypełnia znaczenie i funkcję każdego z tych elementów. W ten sposób Chrystus zostaje ukazany jako człowiek solidarny z nami we wszystkim i jako Syn, który jest odbiciem istoty samego Boga. Ponieważ jest On właśnie taki, może zbawić na wieki. Koncepcja teologiczna Listu do Hebrajczyków z naciskiem przedstawia Jezusa jako jedynego kapłana i jedyną ofiarę Nowego Przymierza, za jedyną zaś świątynię uznaje samo niebo. Przekonanie o rzeczywistym końcu tradycyjnego kultu i zastąpieniu go przez dzieło i osobę Chrystusa musiało być bardzo silne we wczesnym chrześcijaństwie. Obecnie powszechne rozumienie terminów związanych z kultem jest zupełnie przedchrześcijańskie. Używanie ich w duszpasterstwie może prowadzić do poważnych nieporozumień. Jeżeli zapomni się, że Chrystus dokonał raz na zawsze przebłagania za grzechy, Bóg może znowu jawić się jako gniewny, domagający się przede wszystkim kary i zadośćuczynienia ze strony winowajców. Co do obrazu Chrystusa rozgniewanego sędziego…
Dr teologii. Autor artykułów i recenzji o tematyce teologicznej oraz książkiKażdy jest teologiem. Nieakademicki wstęp do teologii. Twórca bloga teologicznego „Kleofas”.