Muszę się nieco cofnąć w czasie, do chwili, gdy po raz pierwszy zyskałem pewność, że dzieje się ze mną coś naprawdę złego. Zacząłem sobie wówczas przypominać, kiedy to po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się poważnie zmierzyć z problemem śmierci. Miałem wtedy 15 lat, czytałem biografię św. Tomasza Morusa napisaną przez R. W. Chambersa. Dowiedziałem się, że po osądzeniu i skazaniu Morusa na śmierć, człowiek, który go przesłuchiwał, Lord Rich, powiedział mu: „Zastanów się. Wiesz, że jeśli nie złożysz przysięgi na wierność królowi, będziesz musiał opuścić swój śliczny dom w Chelsea, swoją żonę i dzieci, a jest to wyłącznie kwestia złożenia przysięgi – inaczej umrzesz”. Morus odparł: „Zatem umrę dziś, mój panie, ty zaś umrzesz jutro”[1]. Wydało mi się to wspaniałą odpowiedzią – rozważną i spokojną.
W tym samym roku zginął obok Morusa jeszcze jeden męczennik, św. John Fisher – zawsze będzie miał u mnie fory, bo pochodził z Yorkshire.O poranku w dniu egzekucji, ubierając się, poprosił Lorda Namiestnika, by potrzymał mu futrzany kołnierz peleryny, zaś strażnik, darzący Fishera wyraźnym afektem, odparł: „Mój Panie, już niedługo będzie ci potrzebny”. Fisher rzekł do niego: „Tak długo, jak Bóg obdarza mnie zdrowiem, zamierzam o nie dbać”. Znów tak zdroworozsądkowa, a zarazem godna świętego odpowiedź.
W ostatnich dniach często przypominają mi się słowa Mahometa: „Musicie umrzeć zanim umrzecie”, mając na myśli to, że przynajmniej w pewnym stopniu jeszcze za życia musimy przejść przez proces umierania, jeśli chcemy przeżyć życie właściwie, to znaczy ze świadomością jego skończoności.
Kolejny etap mojego doświadczenia w kwestii stosunku do własnego życia, to czas powojenny, kiedy pojechałem do Niemiec. Najmocniej zaskoczyła mnie wówczas liczba członków niemieckiego ruchu oporu, którzy wobec hitlerowskich plutonów egzekucyjnych zachowali niezwykły spokój. Von Moltke, Alfred Delp SJ, Bonhoeffer – wszyscy ci wspaniali ludzie. Dysponujemy tomem Dying we Live (Harvill Press, 1956), w którym zebrano wiele ich listów stanowiących świadectwo tryumfu ducha.
Świadomość ducha tryumfującego w obliczu śmierci uwydatniła mi się podczas tłumaczenia biografii Edith Stein, żydowskiej filozofki, która została karmelitanką i zmarła w Auschwitz. Książka opowiada o tym, jak dodawała otuchy ludziom w pociągu wiozącym ich do Auschwitz i zawiera jej piękną fotografię. Ze zdjęcia spogląda na nas jej twarz i te piękne, przepiękne oczy, które jakby spoglądały dalej niż jakakolwiek ludzka istota zdolna jest patrzyć. To właśnie oczy są zwykle tak ważne, spojrzenie. To dlatego otoczyłem się teraz fotografiami świętych ludzi, którzy towarzyszyli mi w mojej podróży przez życie – na przykład zdjęciem mędrca hinduskiego, Ramana Mahariszi, o najpiękniejszym wyrazie twarzy.
Kiedy zastanawiam się nad relacją duszy i ciała, dochodzę do przekonania, że materia jest wtórna w stosunku do ducha – by tak rzec, to duch najpierw stwarza materię, materia nie jest samotwórcza. Przypomina mi się spostrzeżenie Indian, którym podzielili się kiedyś z przybyszami z Zachodu: „Oczywiście, że przyroda jest wynalazkiem ludzi Zachodu; tam, gdzie wy dostrzegacie przyrodę, my widzimy pracę ducha”. I jeśli spojrzeć na dzieje Stworzenia, jak o tym pisałem w artykule The Ascent of Love[2], widać, że stworzony wszechświat, wszechświat materialny, to ryzyko podjęte przez Ducha, Ducha Bożego, stwarzającego ten świat, o którym J.B.S. Haldane, biolog, powiedział: „Wszechświat jest nie tylko bardziej tajemniczy, niż sobie to wyobrażamy, ale jest bardziej tajemniczy niż kiedykolwiek potrafilibyśmy sobie wyobrazić”. W każdym akcie stwarzania istnieje ryzyko, że coś się popsuje, i – rzecz jasna – wiele rzeczy rzeczywiście się nie udało w różnych wymiarach wszechświata.
Tak jak to widzę, jedyny sposobem by zrównoważyć obecność owego elementu ryzyka w Stworzeniu jest inicjatywa ze strony Stwórcy pierwszego ducha, o której mówi nasza tradycyjna religia – że w ten czy inny sposób, ten, kto ryzyko owo podjął, musi teraz spłacić dług i stąd Duch Święty tchnie ducha w nasze, ludzkie ciała. Oczywiście jednak dla zwierząt takich jak my, nawet jeśli zostaliśmy – by tak rzec – uduchowieni, jest czymś nadzwyczaj zobowiązującym, by żyć na poziomie duchowym. Bardzo niewielu istotom ludzkim jak dotąd udało się sprostać temu zobowiązaniu – nazywamy ich świadkami. Greckie słowo martos, męczennik, oznacza świadka ducha.
Zasadniczą trudność tutaj wskazała Simon Weil, mówiąc, iż „uwaga jest istotą modlitwy”. Musimy żyć w bardzo wielkim skupieniu, jeśli nasze życie ma wspiąć się na poziom ducha. Mówiła dalej: „Rozproszenie jest źródłem grzechu”. Brzmi to dość surowo, jak sądzę, ale wiem, co miała na myśli: że świat, w którym dziś żyjemy, jest światem wystawionym na rozproszenie, ponieważ ludzie nie chcą sprostać wymogom życia na poziomie ducha. Wielu ludzi podejmuje takie próby, wielu pomaga innym, którzy mają z tym kłopot. Niedawno wpadła mi w ręce modlitwa człowieka wypełnionego duchem. To Martin Israel, Żyd południowoafrykański, który został chrześcijaninem. A oto modlitwa, która wydaje mi się bardzo pomocna w tych dniach:
Niech uzdrawiająca łaska twojej miłości, o Panie, przemieni mnie, bym mógł pełnić moją rolę w przekształceniu świata z miejsca cierpienia, śmierci i zepsucia, w królestwo nieskończonej światłości, radości i miłości. Uczyń mnie tak posłusznym Twemu Duchowi, by moje życie mogło stać się żywą modlitwą i świadectwem Twojej niezawodnej obecności.
Słowo „obecność” użyte tu przez Martina Israela przywołuje mi na myśl refleksję zajmująca mnie przez ostatnie dni. Dotyczy ona myślenia. Jakieś pięćdziesiąt lat temu podsłuchałem jungowskiego psychologa nieświadomego mojej obecności, który mówił: „Współczuję temu młodemu, wysokiemu mężczyźnie – on zbyt dużo myśli”. Wytrąciło mnie to nieco z równowagi – pomyślałem sobie: nie da się myśleć zbyt dużo. Teraz jednak dochodzę do przekonania, że da się, że myślenie jest oznaką niedoskonałości. Nie chcę przez to powiedzieć, że należy przestać myśleć, ale że jest to jakiś znak słabości. Kiedy wiesz, nie musisz już myśleć.
Podobnie w obecności ukochanej osoby, w obecności piękna, nie musisz tworzyć myśli o pięknie lub ukochanym człowieku: musisz po prostu patrzeć. Tak jak podczas słuchania muzyki: przestajesz myśleć, zatracasz się w niej. Czy nie byłoby absurdalne, gdyby spotkawszy się z ukochaną, za która tęskniło się latami, recytować jej gotowe myśli na jej temat?
Widać tu całą absurdalność przekonania, że myśl jest punktem docelowym. Obecność, całkowita obecność osoby wobec osoby jest tym, co ostateczne, przychodzi zatem taki czas, kiedy wkraczając w obecność, trzeba przestać myśleć, inaczej traci się świadomość innego. Czy nie bywa i tak czasami, że ktoś ogarnięty własnymi myślami nie zauważa obecności drugiego człowieka?
Zdaje mi się, że powodem moich powyższych przemyśleń jest właśnie fakt, że w mojej obecnej sytuacji myślenie niewiele pomaga. Pomaga natomiast obecność innych, przede wszystkim ukochanych, pomagają także wizerunki ojca Anthony’ego Rossa, św. Serafina, Edith Stein, Ramana Mahariszi. To właśnie ikony, obrazy, stają się najbardziej pomocne w swojej bezpośredniej obecności. Nie musisz szperać wokoło myślami w poszukiwaniu pocieszenia, pomocy, wsparcia. Jak cudowny ojciec Jenko, ze swoją niezwykłą postawą w czasie, kiedy był zakładnikiem w Bejrucie, który później, ostatniej zimy, dostał raka i – co można wyczytać w jego klepsydrze – wskazywał każdemu, bez takiej intencji, ale jakby przez swoją drugą naturę, jak umierać w spokoju i z godnością.
Chciałbym przywołać coś z mojego rodzinnego West Riding. Można tam usłyszeć jak przechodnie witają się słowami: „Hast ya baan?”, co oczywiście oznacza tyle, co „Comment allez-vous?”[3]. Czasem w odpowiedzi słyszą: „I’m nobbut just keeping band in’t nick”[4]. Sformułowanie pochodzi z języka tkaczy – chodzi o pilnowanie, by nić oplatająca wał osnowy nie wyskoczyła z rowka, bo wówczas całe krosno zatrzyma się i popsuje.
Tak widzę moją obecną sytuację: teraz najważniejsze jest dla mnie utrzymać nić w rowku. To znaczy, muszę być w każdym momencie skoncentrowany, przyjmując postawę, którą w Nowym Testamencie nazywa się stanem niekończącej się modlitwy. Nie pozwolić, by emocje wytrąciły mnie z równowagi, bo wówczas skończę jak jedna z tych maszyn tkackich, w której nić wymknęła się z rowka.
Chciałbym przywołać jeszcze jeden obraz: kiedy lekarz poinformował mnie w poniedziałek, że nie widzi już potrzeby, by mnie doglądać, że mogę już po prostu wrócić do domu, i tak dalej, przyszło mi na myśl, że oto ustawiam moje żagle na kurs powrotny. I przypomniałem sobie pożegnalne słowa Jezusa, które skierował do uczniów: „Idę przygotować miejsce dla was”.
Oto co znaczy wracać do domu: idziesz do miejsca, które jest dla ciebie przygotowane. Wierzę, że przynajmniej w pewnej mierze, jeśli jesteś naśladowcą Jezusa, ty także możesz zrobić to, co on, to znaczy przygotować miejsce dla twoich ukochanych, którzy przyjdą po tobie. Wracać do domu, to także przygotowywać miejsce dla tych, którzy nadejdą, kiedy przyjdzie ich czas.
Trudno jednak odnaleźć swój domu, gubimy we wszechświecie, o ile nie mamy wiary, że ten wszechświat nie jest dla nas – koniec końców – miejscem wrogim. Przeciwnie, centrum wszechświata jest kochające serce, my zaś jesteśmy odpowiedziami na to stwórcze, kochające serce. Co oznacza, że ostatnie słowo nie należy do śmierci, zepsucia i nicości, ale do miłości, tak jak należało do niej słowo pierwsze. Jeśli mamy tę wiarę, możemy powierzyć nasze ciała i duchy wszechświatowi, centrum wszechświata, sercu wszechświata.
Nie przeczę, oczywiście, że w tym wszechświecie zdarzają się rzeczy okrutne. Nie da się uniknąć elementu ryzyka w żadnym stwórczym akcie, szczególnie w akcie stwarzania życia. Życie oznacza bezbronność wobec ran i śmierci, cierpienia i tragedii. Pamiętam, wiele lat temu – dwadzieścia lat temu, o ile się nie mylę – kiedy badano mnie, by wykluczyć nowotwór, byłem świadkiem dyskusji na temat tego, czy miałby on być złośliwy czy łagodny. Pamiętam, powiedziałem wówczas, że nie uznam żadnego rozwijającego się we mnie nowotworu za złośliwy, bo to sprawiałoby wrażenie, jakoby we wszechświecie istniała złośliwa siła nastająca na moje życie.
Z drugiej strony, jeśli cokolwiek idzie nie tak, jest to znak, że coś bardzo niedobrego dzieje się z naszym życiem na ziemi, całym życiem na ziemi, i rodziną ludzką. Myślę więc o nowotworze, który jest teraz we mnie, jako części owego ryzyka, którego nie sposób oddzielić od życia. Myślę, że częścią mojej pracy jest teraz zaakceptować wszystkie tego konsekwencje, i że w pewien sposób jest to część procesu łączenia mojego cierpienia z cierpieniami ludzi na całym świecie. Jeśli to przyjmiemy, w miejscu złośliwości odkryjemy pierwiastek odkupienia.
Paul Claudel napisał kiedyś pięknie, że Jezus nie przyszedł po to, by wytłumaczyć cierpienie, ale by wypełnić je swoją obecnością. Lata temu, pamiętam, szczególnie kiedy byłem w depresji, czułem że mógłbym tak czy inaczej włączyć się w wielkie zadanie odkupienia zła w świecie, przyjmując każde cierpienie, które mnie dotknie, jako przyczynek do planu zbawczego.
I dziś dopiero w pełni uświadamiam sobie, że odkąd udało mi się wyjść z depresji, zacząłem robić coś, co – jak sądzę – pomogło mi, i co, opowiedziane innym, może także im pomóc. Zacząłem przygotowywać się do napisania książki dziękczynnej wobec tych wszystkich wspólnot, które wychowywały mnie przez całe życie: począwszy od naszej niewielkiej rodziny, wioski, szkoły i Kościoła, uczelni i armii itd. Nagrałem na kasety jakieś szesnaście godzin – niestety nie jestem w stanie tego nagrania ukończyć. Nie doszedłem w nim do momentu, w którym mógłbym powiedzieć o wdzięczności dla Dorothy i naszych ukochanych dzieci, od których tak wiele się nauczyłem, i które są bezwzględnie najwspanialszymi dziećmi na świecie.
Jedną z interesujących konsekwencji takiego nagrania, takiego nieprzerwanego opowiadania o swojej wdzięczności względem tych różnych wspólnot i ludzi, które mnie przygotowywały do życia, jest to, że czuję taką wdzięczność za całość mojego życia; i choć potrafię sobie przypomnieć, jeśli się bardzo postaram, złe rzeczy, które mi uczyniono i niesprawiedliwe słowa, które o mnie wypowiedziano, nie mam ich w żywej pamięci – i nawet wówczas, kiedy do niech sięgnę, nie czuję goryczy.
To trochę tak jak wypatrywanie kształtów na starych, poszarzałych fotografiach. Jestem tak wypełniony wdzięcznością, że nie ma już we mnie miejsca na gorycz, szukanie winy, czy coś w tym rodzaju. Przypomina mi się natomiast uwaga Tiutczewa, jednego z dwóch lub trzech najwybitniejszych rosyjskich poetów, że wdzięczność jest najczystszą formą miłości. Może nie najwyższą, ale najczystszą. Dlaczego? Bo gdy jestem wypełniony wdzięcznością, nie ma we mnie miejsca na nic więcej: nie ma miejsca na obwinianie, pragnienie zemsty i temu podobne uczucia.
W pewnym sensie zatem moja depresja trwająca jakieś cztery czy pięć miesięcy, której nikomu bym nie życzył, w istocie – jak sądzę – stała się jednym z impulsów do nagrania moich słów wdzięczności i w pewnym sensie przemieniła moje życie, przemieniwszy moją jego ocenę. Wypełnia mnie wdzięczność.
Październik
Myśli pogodnego człowieka same są modlitwą.
„Jezus” jest słowem… słowem przez które… przez kogo…. jesteśmy wzywani, by wkroczyć do życia Boga.
Skazany jestem na doświadczenie izolacji, dla każdego bowiem, kogo spotykam i z kim rozmawiam, moja śmierć przedstawia jedno z wielu wydarzeń – obok jutrzejszego spotkania, wyjazdu zaplanowanego na Boże Narodzenie itd. – podczas gdy dla mnie moja śmierć jest Wydarzeniem. Oczywiście bardziej niż ktokolwiek inny bliskość tego Wydarzenia doświadcza Dorothy. Wydarzenie polega na oddzieleniu się ciała od Ducha. Nikt z żyjących nie może nauczyć mnie śmierci – nikt z żyjących jej nie doświadczył. Niektórzy są w lepszej pozycji, by wydawać sądy o tym doświadczeniu – to ci, którym dane było oglądać śmierć innych poprzez współczujące spojrzenie – siostry od Matki Teresy, niektórzy pracownicy szpitali itd. Ale i oni nie znają tego doświadczenia.
Tylko ci, którzy umarli, mogą nauczyć mnie śmierci, ci, którzy w pewien sposób byli jej świadkami. To męczennicy (świadkowie), którzy pokazują nam jak umierać. Wzywamy ich, wzywamy naszych przodków, by przyjęli nas do swojego towarzystwa. Uczą nas przede wszystkim, by wejść w śmierć całym sobą, objąć to doświadczenie całym sercem i z całą radością. W swoim ostatnim liście do żony i dzieci, datowanym na 13 lipca 1943 roku, dzień egzekucji, Kurt Hubner pisał: Panie, mój Panie, jestem gotów. Trzymając Cię za rękę radośnie Wkraczam w wieczność. Ostatnie zaś z zachowanych słów Dietricha Bonhoeffera brzmiały: „Oto koniec – dla mnie początek życia”. Hinduskie pisma mówią o „Drugim Brzegu”. Jeden z moich dwóch „wielkich snów”, jak nazywają je rabini, dotyczył drugiego brzegu. Podczas pieszej wędrówki dotarłem na brzeg rzeki, groźnej i rwącej. Po prawej stronie ujrzałem potężny stalowy most, podtrzymywany przez napięte liny i masywne sworznie. Droga wiodąca przez most była szeroka i równa. Naraz, ku mojemu zdumieniu, zrzuciłem z siebie ubranie i skoczyłem w rwący nurt rzeki. W mgnieniu oka zostałem przezeń porwany, wywrócony, pozbawiony tchu. Nie panowałem na tym, co się działo z moim ciałem. Nurt rzeki wstrząsał mną jeszcze przez chwilę, by nagle wyrzucić mnie na drugi brzeg, gdzie upadłem na plecy i leżałem spokojnie ze stopami zwróconymi w stronę wody. Spojrzawszy w lewo przekonałem się, że most zawalił się całkowicie, pozostawiając potężną dziurę w drodze łączącej dwa brzegi. Hinduska mądrość powiada: Ktokolwiek przylgnie do niewiedzy, jest stracony A ktokolwiek przylgnie do wiedzy, jest stracony jeszcze bardziej. Wydaje się także oczywistym, że na drugi brzeg nic ze sobą zabrać nie sposób, z wyjątkiem tego, co kryje się w czystym sercu, to znaczy czystej…