– Czasu nie było. Teraz jest, ale ja już stara – mówi Halinka. I pociąg rusza. Mija wioski, las i brzozy. Brzozy, las, brzozy. Wszystko miga, zlewa się w jedną bielutką ścianę bez końca. Pociąg mknie przez Syberię. Szybko jak życie Halinki.
Kilka rzeczy wie na pewno.
Miasto to Golub-Dobrzyń.
Nazwisko to Gizińscy.
Liczba to 1680.
Tysiąc sześćset osiemdziesiąt, bo tyle osób nosi w Polsce to nazwisko. Której z nich szuka? Pamięta portret dziadka (może pradziadka), który wisiał w pokoju babci. W eleganckim, galowym mundurze stał dziadek z wąsem, wstęgą przepasany. Mówili, że miał dwa metry wzrostu. Jakie to wojsko – nie pamięta. Wysłała do Petersburga pytanie: „czy dziadek mógł być w carskiej gwardii?”. „Nie mógł” – odpowiedział Petersburg. Napisała też do pewnego profesora, który nosi takie samo nazwisko. Może coś wie, zna rodzinę? Profesor zaprzeczył: nie, na pewno nie, to nie rodzina, nie zna… Halinka myśli: „Może on bojał się?” A wiadomo, kto pytał? Z Syberii… jeszcze może czego chcieli: pieniędzy, albo, nie daj Boże, sprowadzić się? Lecz ona nigdy o nic nie prosiła. I prosić nie będzie.
Żeleznogorsk
Całe życie spędziła w Żeleznogorsku, choć on nie istniał. Owszem, były domy, ulice, ludzie. Ale nikt, prawie nikt, o tym nie wiedział, a ci, którzy wiedzieli nie mówili „Żeleznogorsk” tylko „Dziewiątka”, „Krasnojarsk–26”, albo po prostu – „Atomgrad”.
W „Atomgradzie” produkowano pluton. W przemysłowym kompleksie dwadzieścia metrów pod ziemią, w tunelach maszerowali robotnicy-mrówki. Pluton produkowano fabrycznie, jak czekoladę albo konserwy. Energia wytwarzana przy jego produkcji ogrzewała całe miasto. Domy, ulice, ludzi. Ciepło było w mieście, którego nie było.
I dopiero niedawno, po rozpadzie Imperium, kiedy kupiło się nową mapę, dziwów było co niemiara. Żeleznogorsk? Obok Krasnojarska? Skąd to tutaj? Takie same, nowe punkty pojawiły się w innych miejscach na mapie Rosji. Wszystkie nazywają się „Żeleznogorsk”. Jest Żeleznogorsk obok Irkucka, w obwodzie kurskim, a nawet pod kołem podbiegunowym. Wszędzie tam, gdzie kiedyś produkowano coś ważnego jest teraz Żeleznogorsk. Ten pani Halinki wciąż nie jest otwarty dla wszystkich. „Ale przynajmniej na mapie można pokazać, list wysłać”.
A pociąg już mija rzekę, wtacza się na zakręt. Teraz popędzi po półkolu, aż człowiekowi zacznie się wydawać, że jedzie w kółko – i że nigdy nie przestanie.
– Chciałabym wiedzieć – wzdycha Halinka – kak to wsio, kak naprawdę było.
Drzewo
„I czemu ze mną jest jak z drzewem? Kiedy przesadza się młode drzewko, trzeba znaleźć wszystkie korzenie, z ziemi je wykopać. Bo inaczej drzewo nigdy się nie przyjmie. A jeśli już – to nie takie bujne, nie takie wielkie.
Dziadków zesłali w 1914 roku. Byli biednymi szlachcicami spod Gołubia. Dziadek to był wykształcony człowiek. Cała ulica przychodziła do niego pisać i czytać listy z frontu.
Kiedy byłam malutka, nie było mamy. Mama pojawiła się później. Ale babcię pamiętam, i papę. I to jak pojechaliśmy na północ. Dziadek z ojcem chcieli przygotować się do odjazdu w Polskę. Gdy tylko pojawi się możliwość. A na północy płacili im więcej pieniędzy.
To był rok 1946. Zobaczyłam wielką rzekę, łodzie, statki. Dojechaliśmy do Tury, stolicy Ewenków. Musiałam zostać w internacie z dziećmi Ewenków, bo papa, macocha i ich dziecko odjechali gdzieś zimą, gdy rzeka zamarzła. Smutno było.
Kiedyś jedna dziewczynka zaprosiła mnie do siebie w gości. W ich czumie, szałasie, było tak ciemno, że chciałam uciec. Ale dziewczynka mówi: – Nie bójże się. Zobacz, tam moja mama!
Ewenkowa mama prędko zaczęła szykować jedzenie. Mięso, ryby suszone, panty – czyli młode rożki jelenia. I główki wiewiórek, gotowane w wodzie. Oni to mieli na co dzień. Ja nie miałam nic i zawsze chodziłam głodna.
Potem zabrali ojca. Dziadek pomarł. Poszłam do domu dziecka. Moj Bog! Nie wiem, co by było, gdyby mama się nie znalazła. U mnie było wtedy 12 lat. Nigdy się z nią nie zaprzyjaźniłam. Miała już swoją rodzinę, o ojcu nie lubiła mówić. Zamieszkałam z matką i ojczymem siedem kilometrów od miasta. Ten dystans trzeba było pokonać codziennie idąc do szkoły. Gdy była zima, śnieg przylepiał się do palta, otulał ciało. Potem się rozpuszczał, moczył ubranie, a w jego miejsce przylepiał się nowy, świeży. I tak w kółko. Gdy wchodziłam do klasy, dzieci śmiały się głośno. Że cała w śniegu, zdyszana i czerwona. Kiedyś wróciłam do domu, zupełnie mokra i wyczerpana. Śnieg padał tego dnia wyjątkowo gęsty. Mróz dusił płuca, a wiatr był taki silny, że przewracał. Gdy doczłapałam się do drzwi, mama zaczęła płakać. Tylko ojczym nic nie powiedział. Wziął szklankę, odkręcił butlę z mocną wódką, nalał. Podał bez słowa. Trzęsły mi się ręce i nie mogłam dotknąć szklanką ust. Moj Bog! Wypiłam. Gorąc rozlał się na całe ciało. Zdjęłam przemoczone ubranie i spałam długo.”
Liczby Ramiona. To przed nimi padają na twarz. I klęczą, plują, odwracają głowy. Jedynym ciekną łzy, inni patrzą otępiali. Siedzą na boku, podnoszą kołnierz przed wiatrem i…