Mija sześćdziesiąt lat, w czasie których do Afryki napłynęła pomoc o łącznej wartości około biliona dolarów – jest więc rzeczą niepokojąca, że wciąż źle się dzieje pod tym względem[1]. Z 60 procentami ludności w wieku poniżej 24 lat (w wielu krajach kontynentu ponad połowa populacji nie ma ukończonych 50 lat) Afryka sprawia wrażenie tykającej bomby zegarowej.
Jeżeli byliście w którejś z afrykańskich metropolii, nie mogli umknąć waszej uwadze młodzi ludzie, którzy nie mają innego wyjścia, jak tylko sprzedawać na ulicy wszystko: od podkoszulków i DVD po lustra, a nawet gęsi. Jako Zambijkę boli mnie, że sama martwię się tym wszystkim, podczas gdy afrykańscy przywódcy nie są zaniepokojeni takim stanem rzeczy.
Te zjawiska uświadamiają mi, że najwyższy już czas zrezygnować z modelu pomocy, który tak długo funkcjonuje w Afryce i który na co dzień wyraża się coraz głośniejszymi apelami o pomoc dla tego kontynentu.
Bono i Afryka
Moje wystąpienie nie dotyczy pomocy humanitarnej, pomocy ofiarom klęsk żywiołowych, takich jak huragan Karina czy tsunami. Moralną powinnością człowieka jest nieść pomoc zawsze, gdy gdzieś na świecie zatrzęsie się ziemia. Nie mam również na myśli działalności charytatywnej. Oba te rodzaje pomocy, jeśli chodzi o wartość, to zresztą nic w porównaniu z miliardowej wartości pakietami pomocowymi, które każdego roku wędrują do Afryki.
Sama zasiadam w radach organizacji charytatywnych, jestem więc życzliwie nastawiona do myśli, że możemy doraźne pomóc, na przykład przyznając stypendium jakiejś dziewczynce, żeby mogła pójść do szkoły. Jednak ten rodzaj pomocy nigdy nie sprawi, że poszczególne kraje Afryki i kontynent jako całość osiągną wskaźnik wzrostu gospodarczego w wysokości koniecznej, by wyeliminować problem ubóstwa.
Swoją ostatnią książkę, Dead Aid, dedykowałam Peterowi Bauerowi, ekonomiście węgierskiego pochodzenia, który w latach 50. i 60. sporo pisał o problemie związanym z polityką pomocy. Były to czasy po II wojnie światowej, po planie Marshalla, kiedy wszystkim udzielała się euforia związana ze skutecznością pomocy.
Gdyby zresztą spojrzeć na to wstecz, okazałoby się, że takie postępowanie miało wtedy sens. Kraje Afryki wychodziły z okresu kolonialnego i nie zdążyły jeszcze uruchomić swojego potencjału. Mówiono, że do inwestycji koniecznych do osiągnięcia wzrostu gospodarczego najkrótsza droga wiedzie przez oszczędności. Co jednak zrobić, jeśli kraj nie ma żadnych oszczędności? Przyznać pomoc – to zadziała. Brzmiało to więc logicznie. Peter Bauer mówił wtedy jednak, że taka polityka może doprowadzić do zgubnych skutków. Nie mylił się.
Wypowiadający się często w sprawie Afryki celebryci służą głównie do zwrócenia uwagi na problem. Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie, co mają do powiedzenia. O wiele bardziej ważne jest dla mnie zapewnienie tego, aby kontynent afrykański stał się na globalnej scenie równym partnerem dla innych kontynentów. Wchodzenie w dyskusję z Bono czy Bobem Geldofem tylko zaciemnia podstawowy problem. Po pierwsze, oni kompletnie się mylą, chcąc przeznaczyć więcej pomocy dla Afryki. Myślę, że jest to złe podejście.
W związku z tym, że rządy afrykańskie dość luźno traktują swoje obowiązki wobec własnych społeczeństw, dla znanych osobistości wydaje się zupełnie naturalne, że stają się pierwszą twarzą Afryki. Mimo to nie są przecież przedstawicielami wybranymi podczas głosowania. Tacy – wybrani w wyborach przedstawiciele Afryki – nie wywiązują się z tego obowiązku właściwie. Punkt widzenia reprezentowany przez celebrytów wskazuje na to, że oni po prostu zobaczyli próżnię, w której znaleźli dla siebie miejsce. Uznali, że nie ma na tym obszarze żadnego przywództwa i wnieśli do dyskusji swoje własne poglądy na temat tego, co jest potrzebne dla Afryki.
To nie ja powinnam być w tym miejscu. Powinni tu stać politycy z Afryki, to oni powinni tłumaczyć się ze swoich planów na przyszłość. Nie ma ich – to niepokojące. Tymczasem wolimy, aby to Bono lub Bob Geldof rozmawiali z nami o Afryce. To zupełny absurd.
Amerykanie byliby przecież oburzeni, gdyby w kwestii wychodzenia z kryzysu finansowego doradzała im międzynarodowa gwiazda pop. Ale kiedy gwiazdy wypowiadają się na temat Afryki, wszystko jest w porządku.
Być może najgorszą rzeczą w odniesieniu do problemu udziału w tej dyskusji znanych osobistości jest to, że ich przesłanie ma charakter negatywny. Gdyby mówili o tym, że widzą na tym kontynencie możliwości dla inwestorów, zachęcali do spojrzenia na tę rzeczywistość w inny sposób, nie byłabym do nich tak krytycznie nastawiona. Oni jednak – tak napisałam w książce – wcielili się w rolę „czwartego jeźdźca Apokalipsy”: mówią o wojnach, chorobach, ubóstwie i korupcji, nie zaś o czymś pozytywnym. Świat oczekuje od Afryki, aby przygotowała swoją młodzież (przypomnę, że ponad 62 procent ludności Afryki ma poniżej 24 lat) do udziału w światowym życiu gospodarczym, równocześnie siejąc w niej przekonanie, że pewnych rzeczy i tak nie będą w stanie osiągnąć.
Najważniejszy zarzut: nieskuteczność
Rozpocznijmy od podstawowego problemu, jakim jest korupcja. Już od dziesięcioleci powtarzamy, że wysokie sumy pieniędzy przeznaczanych na pomoc dla Afryki są w najlepszym wypadku wykorzystywane w sposób zupełnie bezproduktywny.
Mamy więc do czynienia z wieloma chybionymi inwestycjami. Jest na przykład znana fotografia prezydenta Bokassy z Republiki Środkowoafrykańskiej – który sam siebie nazywa, zdaje się, cesarzem – na złotym tronie w kształcie wielkiego ptaka. Tronie zrobionym ze złota, powtarzam, a nie pozłacanym. Nazwiska despotów i skorumpowanych przywódców z Afryki można wymieniać bez końca: Mobutu Sese Seko z Demokratycznej Republiki Konga, Idi Amin z Ugandy, wspomniany już Bokassa…
Gdyby chodziło wyłącznie o wspomnienie z przeszłości, nie mówiłabym o tym. Ale ledwie na początku tego roku były prezydent Malawi został postawiony w stan oskarżenia za kradzież pieniędzy przeznaczonych na pomoc dla kraju. Były prezydent mojego kraju Frederick Chiluba, swego czasu ulubieniec wielu osób zaangażowanych w politykę rozwojową, również został aresztowany i w tej chwili jest sądzony za defraudację setek milionów dolarów. Ukradł je szkolnictwu i służbie zdrowia, zostawiając Zambię z długami, które również ja muszę spłacać.
Niestety, system udzielania pomocy Afryce jest tak skonstruowany, że pożyczkodawcy, ofiarodawcy oraz instytucje międzynarodowe nie mają żadnej motywacji, by pieniędzy nie pożyczać. Samo istnienie takich instytucji jak Bank Światowy całkowicie opiera się na pożyczaniu pieniędzy tym krajom. Ich groźby i kary są nieefektywne, często również po prostu odstępuje się od nich, co skutkuje tym, że mamy teraz do czynienia z kontynentem pełnym despotów.
W Zimbabwe Robert Mugabe, pomimo skierowanej przeciw niemu krytyki, pozostaje u władzy od 1980 roku. Jest tam przecież ambasador amerykański, jest brytyjski Wysoki Komisarz. Jaki sens ma w ogóle narzekanie na Mugabe, skoro ten kilka miesięcy temu uczestniczył w Nowym Jorku w spotkaniu ONZ? Same tylko dane oficjalne podają, że w 2006 roku Mugabe otrzymał 300 milionów dolarów ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Ktoś mi ostatnio powiedział, że sam fakt, iż jest on w stanie bezkarnie polecieć do Rzymu, nie martwiąc się przy tym, że w tym czasie zostanie w kraju odsunięty od władzy, pokazuje, jak bardzo jest pewny siebie.
Kolejny powód klęski dotychczasowej polityki stanowi biurokracja. Mój kolega z Anglii zażartował kiedyś, że biurokrację ma również u siebie. Odpowiedziałam mu, że owszem, ale w Afryce trzeba czekać całe dwa lata, zanim otrzyma się pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej. Powiedzmy to wyraźnie: afrykańskich rządów nie obchodzi, czy prywatny sektor w ogóle tam istnieje. Jeśli go nie ma, w żaden sposób nie wpływa to na zasobność państwowego skarbca. Bez prywatnych pieniędzy rząd i tak przetrwa.
Otrzymanie pozwolenia na prowadzenie działalności gospodarczej zabiera nadmiernie dużo czasu, ale również zniechęca potencjalnych inwestorów – zagranicznych, a także krajowych. Nikt nie chce zawracać sobie głowy robieniem tam interesów.
Niedawno pojechałam do Ruandy, Kenii i Tanzanii – krajów, które ze sobą graniczą. Potrzebowałam trzech wiz, również walutę musiałam zmieniać trzykrotnie, co jest już zupełnym absurdem. Wiele pozostało więc do zrobienia również w dziedzinie integracji regionalnej.
Przez większość czasu w latach 80. i 90. państwa afrykańskie miały trzycyfrową inflację. Ona już się zmniejszyła. Ale generalnie my, Afrykanie, żyjemy w gospodarkach niemal uzależnionych od inflacji. Ma to bardzo wyraźny związek z pompowaniem z zewnątrz miliardów dolarów do naszego kontynentu.
Największy problem związany z tak wysoką inflacją wiąże się z tym, że niektóre rządy starają się ją zwalczyć przez emisję obligacji. A to kosztuje. W Dead Aid piszę o Ugandzie, w której walka z inflacją skończyła się wydawaniem dodatkowych 110 milionów dolarów rocznie, czego przyczyną była finansowa pomoc z zewnątrz. Kolejną bolączką Afryki jest ciężar zadłużenia. Zgadzam się z postulatem, że powinna się rozpocząć dyskusja na temat umorzenia długów. W okresie, kiedy formowała się koalicja Jubilee 2000, nie nawoływałam do tego aktywnie, ale miałam możliwość przyjrzenia się problemowi z obu stron. Myślę, że polega on również na tym, iż umorzenie samo w sobie może mieć sens, ale o wiele ważniejsze jest pytanie: po co umarzać długi, jeżeli wkrótce później krajom tym zostaną przyznane nowe pożyczki? To tylko utrwala to błędne koło. Najprościej mówiąc, wszystko to prowadzi do sytuacji, w której rządy państw afrykańskich, wydają na konto obsługi zadłużenia około 20 miliardów dolarów rocznie. Te pieniądze są przeznaczone wyłącznie na utrzymanie systemu. Tak więc płaci się trochę Bankowi Światowemu, który później na powrót pożycza pieniądze – bądź też płaci się trochę norweskim, brytyjskim albo amerykańskim organizacjom humanitarnym i potem dostaje się te pieniądze z powrotem. Żadne jednak środki nie idą na szkolnictwo, opiekę zdrowotną albo, na przykład, na rozwój infrastruktury. W wielu krajach nakłady łożone na szkolnictwo lub ochronę zdrowia nie przekraczają dwóch procent wszystkich wydatków, podczas gdy nakłady na obronność przekraczają 40 procent – a większa część z pozostałej kwoty idzie na spłatę zadłużenia. W obiegu funkcjonuje również pojęcie „choroby holenderskiej” – nazwa wzięła się stąd, że zjawisko to zaobserwowano po raz pierwszy, kiedy Holendrzy odkryli złoża ropy naftowej. Pomyślcie o dolarach, które idą, powiedzmy, do Kenii. Wysyłacie im miliardy dolarów. To oznacza, że kenijski szyling staje się coraz mniej osiągalny, a więc zaczyna go brakować – w konsekwencji zyskuje na wartości. To z kolei szkodzi eksportowi, ponieważ nikt nie chce kupować towarów z Kenii, jeśli miejscowa waluta jest tak droga. Zjawisko to jest szeroko opisywane w literaturze ekonomicznej oraz książkach dotyczących rozwoju jako „efekt uboczny” funkcjonującego dziś modelu pomocy dla Afryki. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego, nie zwracając uwagi na to, że uśmierca ono eksport. I bynajmniej nie jest to wyłącznie kwestia eksportu. W ubogich krajach eksporterzy, czy szerzej: przedsiębiorcy, są grupą społeczną, która w podstawowy sposób wspiera całą krajową ekonomię. To są właśnie ludzie, którzy wydają pieniądze na fryzjera czy ubrania, którzy chodzą do restauracji. Jeśli więc nie mogą tego robić, bo zmusza się ich do zamknięcia swoich interesów, wtedy cała gospodarka zaczyna się cofać, co znów mogliśmy obserwować w Afryce. Mówiłam już dużo o napływie znacznych sum pieniędzy do danego kraju, które w zasadzie nie wiążą się z żadnymi dodatkowymi obciążeniami, ponieważ rządy afrykańskie nie muszą nic robić. Nie muszą zaspokajać potrzeb swoich obywateli, swój czas spędzają głównie na kokietowaniu kolejnych ofiarodawców po to, aby dostać od nich jeszcze więcej pieniędzy. Oznacza to, że porzuciły swoje podstawowe obowiązki. Mówiłam też o tym, że tak naprawdę to rządy z Afryki powinny przede wszystkim brać udział w debacie na ten temat, przedstawiać, w jaki sposób mają zamiar zwiększyć liczbę miejsc pracy. Tych głosów jednak w ogóle nie słychać. Gdybym przeprowadziła małe badanie i poprosiła was o wymienienie nazwisk trzech afrykańskich prezydentów, jestem pewna, że mielibyście z tym kłopot. A gdybym dodatkowo poprosiła o scharakteryzowanie programu ekonomicznego przynajmniej jednego z nich, wszyscy bylibyśmy w kropce. A więc ponawiam pytanie:…