Subskrybuj
Poeta, publicysta. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym” i „Znakiem”. Nakładem Wydawnictwa Znak właśnie ukazała się jego książka „Tischner. Biografia”, a w 2019 r. „Dziennik końca świata”. Wydał też m.in. tom miniesejów „Sto lat. Książka życzeń”...

To, na co patrzymy, to słowa

Afrykańczyk musiał zmienić swój styl życia: ponieważ biali odeszli, musiał wziąć los w swoje ręce. To jest podstawowa charakterystyka „osoby postkolonialnej”.

Jakie specyficzne, afrykańskie doświadczania, wspólne dla wszystkich mieszkańców tego kontynentu, są równocześnie całkowicie obce dla ludzi Zachodu?

 Mamy w Afryce ponad pięćdziesiąt państw – wiele z nich podlega zupełnie innym wpływom kulturowym. Między Senegalczykiem a, na przykład, mieszkańcem Konga jest ogromna różnica. Jako ten ostatni nie jestem muzułmaninem, nie potrafię też posługiwać się żadnym z języków zachodnioafrykańskich, a wiele z tradycji tamtego regionu jest mi całkowicie obcych. Z drugiej strony, bliscy są mi mieszkańcy Kamerunu, Gabonu czy Republiki Środkowoafrykańskiej – być może dlatego, że dzielę z nimi wiele rzeczy: wspólną puszczę, wierzenia, nawet nasze języki są do siebie podobne, mają strukturę podobną do wolof, jednego z języków używanych na zachodzie kontynentu.

Można powiedzieć, że geograficzne i kulturowe granice Afryki są jasno wyznaczone. Cheikh Anta Diop, jeden z najważniejszych historyków Afryki, próbował jednak ukazać kulturową jedność Afryki, twierdząc między innymi, że „ojczyzną” dla większości Afrykańczyków jest Egipt – to stamtąd, jego zdaniem, rozpoczęli oni wędrówkę w górę Nilu, osiągając w końcu region subsaharyjski. Wielu z nich to członkowie plemion ludów bantu, choć sam nie lubię tego określenia, gdyż kojarzy mi się z europejskimi ideologiami, według których Afrykanie są dzicy, ograniczeni umysłowo itd. 

Czy masz czasem taki problem, że aby porozumieć się z ludźmi innej kultury i przekazać im coś ze swojego doświadczenia, trzeba pójść na pewne kompromisy?

Samo życie w Afryce oznacza już zgodę na znaczne kompromisy.

Mam tu na myśli na przykład to, że przez większość czasu musisz zmagać się z czymś w rodzaju presji albo oczekiwania wywieranego przez rodzinę – a jak wiemy, pojęcie „rodziny” jest w Afryce bardzo szerokie… Jeśli chcesz być członkiem afrykańskiej rodziny, powinieneś przywyknąć do tego, że w każdej chwili musisz być dla niej dostępny, musisz być gotowy pomóc w czymś innym jej członkom – nawet gdyby wiązało się to na przykład z koniecznością powrotu ze Stanów Zjednoczonych lub Europy. Takie poczucie jest permanentną częścią całego naszego życia.

Bycie pisarzem w Afryce – to perspektywa jeszcze większych kompromisów. W moim kraju pisanie jest rzeczą bardzo niebezpieczną. Kiedy zaczynasz to robić, twój rząd od razu zastanawia się dlaczego – czy nie jesteś czasem jakimś buntownikiem.

Co trzeba zrobić, aby napisać dobrą powieść?

Aby napisać dobrą powieść, trzeba mieć trochę niepoukładane w głowie. I wiedzieć, jak sobie z tym niepoukładaniem poradzić. Piszę po trosze dlatego, że w życiu często byłem sam. Nie umiałem też robić niczego innego.

Jeśli piszę, to również dlatego, że jestem daleko od mojego kraju, Konga, i staram się odnaleźć swój czas utracony. Po to, aby tworzyć, musimy odczuwać ból. Trzeba też pisać przeciw czemuś – przeciw systemowi, stylowi życia – oraz o tym, co odczuwamy w naszym wnętrzu. Stąd też pisanie to ryzykowanie. Ja tak bardzo nie lubię kompromisów, że zdecydowałem się tworzyć poza granicami swojego kraju.

Jak Twoje książki są przyjmowane we Francji, a jak w Kongu? 

W Kongu uważa się je często za próbę odrestaurowania pamięci tego kraju. Z kolei we Francji są odbierane jako rodzaj krytyki systemu społecznego. Czasami obawiam się, że zauważa się w nich głównie humor i ewentualnie pewien prześmiewczy ton i że za tymi aspektami francuscy czytelnicy nie zauważają historii o rozpaczliwej egzystencji. Dlatego zawsze jestem zachwycony, kiedy widzę, że moja książka spotyka się z dobrym przyjęciem w kraju niefrancuskojęzycznym. To dla mnie argument świadczący o uniwersalnym charakterze literatury. Sam, kiedy piszę, pragnę przede wszystkim sprawić radość innym, a dopiero w następnej kolejności sobie.

Wspominasz czasem, że we Francji zetknąłeś się ze swego rodzaju kompleksem wyższości, który dla pisarzy spoza tego kraju – a już zwłaszcza z innych kontynentów – jest często barierą nie do pokonania. Jak odpowiesz na bardzo ogólne pytanie o stosunek Francuzów do innych – do obcych i przybyszów – oraz do tego, co oni mają Francji do zaoferowania? Ciekawi mnie to również dlatego, że w Polsce jesteśmy dopiero na progu tych problemów, które Francja już musi rozwiązywać. Być może rozwiązuje je źle…

Rzeczywiście, literatura francuska zdecydowanie dominuje tam nad dziełami  autorów z innych krajów. Można powiedzieć, że jest to rodzaj kompleksu wyższości literatury francuskiej. Widzimy jednak również, że „obcy” autorzy w pewien sposób bronią literatury francuskiej, na przykład popularyzując język – sam przecież przyjechałem do Polski z książką przetłumaczoną na polski z francuskiego. Ale dotychczasowa mentalność zaczyna się stopniowo zmieniać. Ostatnio trzy najważniejsze nagrody literackie we Francji zostały przyznane pisarzom luźno związanym z Francją – coś takiego nie wydarzyło się wcześniej w całej historii literatury francuskiej! Myślę, że Francuzi przestają się obawiać tego, co jest pisane poza ich krajem, i coraz częściej uznają, że „obcy” Francję wzbogacają, a ci, którzy ich się boją, są, powiedzmy, ubożsi duchem.

Ta zmiana dotyczy nieuchronnie elit społecznych, które zawsze starają się wcześniej ustalić swój stosunek do nowych zjawisk. A mnie interesuje, czy ich zdanie ma wpływ na społeczeństwo. 

Tak, pisarza afrykańskiego już nie postrzega się jako kogoś obcego. Kiedyś pojechałem podpisywać swoje książki do jakiejś małej wioski we Francji. Podszedł do mnie pewien starszy pan, który znał pewnie Afrykę jeszcze z czasów kolonialnych. „To dobrze napisane, ale kto panu tę książkę przetłumaczył?”, spytał.  Nie chciałem komplikować sprawy, więc powiedziałem po prostu, że… ktoś ją przetłumaczył. Zapytał z kolei, dlaczego nie wydrukowałem na okładce nazwiska tłumacza. Odpowiedziałem: tłumacz wolał pozostać anonimowy. A on na to, że kupi tę książkę tylko wówczas, gdy będzie na niej nazwisko tłumacza… Tego typu historie rzeczywiście były kiedyś dość częste. Teraz literatura afrykańska istnieje już dla Francuzów w całej swojej różnorodności artystycznej. Afryka nie jest już dla nich snem, odległym marzeniem.

To, że w społeczeństwie francuskim jest coraz mniej obaw i lęków w stosunku do obcych, jest również wynikiem oddziaływania literatury i, szerzej, sztuki. Nie zapominajmy też, że jeszcze trzydzieści lat temu mówiono, iż Czarni nie mają cywilizacji, o literaturze nie wspominając. Wtedy świat tłumaczono poprzez rasę. Dziś próbujemy tłumaczyć świat poprzez konkretne zachowania. Różnica nie polega już przecież na tym, że ma się inny kolor skóry, ale raczej na tym, że jest się źle wykształconym, wychowanym, i tak dalej.

To, o czym mówisz, wiąże się z czymś, co określamy mianem krytyki postkolonialnej, rodzajem postkolonialnego interpretowania literatury. Co dla Ciebie oznacza być człowiekiem postkolonialnym? Jakie ważne elementy owo postkolonialne doświadczenie wnosi do naszej wspólnej wiedzy o człowieku – jeśli taka wiedza w ogóle istnieje?

Określenie „postkolonialny” odnosi do czasu po kolonizacji. Afryka była uprzednio skolonizowana, potem zdobyła niezależność i Afrykańczyk musiał zmienić swój styl życia: ponieważ biali odeszli, musiał wziąć los w swoje ręce. Nie mógł powiedzieć: nie jestem w stanie iść naprzód, dlatego że nie ma białych. To jest podstawowa charakterystyka „osoby postkolonialnej”: jej los jest w jej własnych rękach.

W świecie anglosaskim funkcjonują tak zwane studia postkolonialne, w ramach których poddaje się analizie rozmaite przemiany, które nastąpiły, między innymi w Afryce, w wyniku kolonizacji. Studenci zajmują się również problemami, z którymi spotykają się mieszkańcy kontynentu: alienacją, łączeniem rdzennej kultury afrykańskiej z nowoczesnością… W tym, bardzo szerokim, rozumieniu tego słowa wszyscy jesteśmy włączeni w okres postkolonialny.

W swojej twórczości staram się uwypuklić wszystko, co stanowi o moim doświadczeniu. Urodziłem się w Afryce. Wzrastałem we Francji. Pracuję w Stanach Zjednoczonych. Jest to doświadczenie trzech kontynentów! Myślę, że  doświadczenie to można odnaleźć w moich książkach, w wyborze tematów, sposobie postrzegania świata, a również w sposobie reagowania na rzeczywistość. Jeśli piszę, to być może również dlatego, że straciłem część własnej kultury. Tę właśnie kulturę można odnaleźć w moich książkach. Również dawne kraje kolonialne mogą się tam odnaleźć – bo ten, kto pisze, jest tym, kogo dobrze znają…

Czy pisząc o Kongu,  podejmowałeś w jakimś sensie dialog z Jądrem ciemności Josepha Conrada? Jak postrzegasz to dzieło: czy widzisz w nim przede wszystkim kolonialne stereotypy (jak chcą niektórzy rzecznicy colonial studies) czy prawdy uniwersalne – ważne dla Białego i Czarnego?

W Kielonku cytuję Jądro ciemności. Myślę, że musimy podchodzić do Conrada z pewnym dystansem. Kiedy pisał swą nowelę, pozostawał pod wpływem europejskiej ideologii mówiącej, że Afryka jest lądem straconym, ciemnym, który może być wyzwolony jedynie pod warunkiem, że zaakceptuje Światła. Była to potężna zmiana, ponieważ wcześniej Europejczycy marzyli o ziemi obiecanej, która mogła być położona w… jądrze Afryki! Niektórzy myśleli o Ruandzie, dlatego byliśmy tam świadkami „walki” między Niemcami, Belgami i Francuzami. Ostatecznie ciemność nadeszła wraz…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ja, Afryka