Subskrybuj

Między panem, wojtem a plebanem. Spór o odzyskiwanie majątków

Problem odzyskiwania dóbr odebranych przez rządy komunistyczne prawowitym właścicielom wciąż nie został w Polsce rozwiązany - i to zarówno na poziomie zasad, jak i praktyki sądowej. Stan ten sprzyja niejasnościom, a nawet wynaturzeniom.

W ostatnich latach pod adresem rządowo-kościelnej Komisji Majątkowej zajmującej się odzyskiwaniem utraconych dóbr Kościoła  padały zarzuty (najwięcej kontrowersji budzą poszczególne przypadki rekompensat), które nadszarpnęły i nadszarpują jego autorytet. W poczuciu odpowiedzialności za Polskę i Kościół, które w tym samym stopniu borykają się z fatalną  schedą lat komunistycznego bezprawia, uznaliśmy, że ta sprawa powinna trafić na łamy „Znaku”. Zwróciliśmy się do kilku Autorów, reprezentujących różne środowiska i strony sporu, aby przedstawili własny punktu widzenia. Prosiliśmy o komentarz rzecznika Konferencji Episkopatu Polski ks. Józefa Klocha, ale wyjaśnił, że przestał zabierać głos na ten temat. Publikowane poniżej teksty pokazują wagę problemu i konieczność uczciwej debaty na ten trudny temat. Tylko ona może usunąć „kamień potknięcia”.

 

PRAWO I WYDZIEDZICZENIE

Zbigniew Baran

tyle dźwigamy naszych ojczyzn

na jednym grzbiecie jednej ziemi

lecz ta jedna jedyna której strzeże

liczba najbardziej pojedyncza

jest tutaj gdzie cię wdepczą w grunt

lub szpadlem który twardo dzwoni

tęsknocie zrobią spory dół

Zbigniew Herbert, Odpowiedź

W ostatnich latach doszło do wielu wydarzeń, które pokazują w dwuznacznym świetle działania rządowo-kościelnej Komisji Majątkowej. Na marginesie bulwersującej decyzji Komisji, na mocy której Stowarzyszenie Pomocy dla Bezdomnych im. św. Brata Alberta (działające przy zgromadzeniu sióstr albertynek) otrzymało  ziemię w Łopusznej, należącą przed 1945 rokiem do rodziny Lgockich/Kietlińskich, pisał Marian Tischner:

Dziwi fakt powołania do życia rządowo-kościelnej Komisji Majątkowej zajmującej się przede wszystkim regulowaniem majątków i finansów odebranych Kościołowi. Dlaczego nikt nie przejmuje się regulowaniem bezprawnie zagarniętego majątku prawowitym dziedzicom? Dlaczego dokonuje się rekompensaty Kościołowi za mienie zagrabione przez komunistów kosztem zlikwidowanych majątków osób prywatnych? Jestem przekonany, że zakony, które otrzymują rekompensatę w postaci ziemi, czują, że coś jest nie „w porządku”, bo szybko i bez rozgłosu ziemię tę sprzedają, w myśl powiedzenia „lepszy wróbel w garści niż kanarek na dachu”. Jakim prawem przedsiębiorca kupujący w ten sposób ziemię od instytucji kościelnej staje się legalnym właścicielem podlegającym wpisowi do ksiąg wieczystych, skoro prawowici spadkobiercy żyją?[1]

List ten  poprzez nadany przez redakcję tytuł Przez złe przepisy niszczeje dwór nie do końca oddaje – według mnie – właściwą intencję adresata. W przypadku dworu w Łopusznej nie można bowiem stwierdzić, że podlega on dewastacji, gdyż dzięki znajdującemu się w nim oddziałowi Muzeum Tatrzańskiego zachowany jest w nie najgorszym stanie.

Większość dworów w Polsce zniszczono w czasie panowania prawa (w rzeczywistości bezprawia) PRL-u, ale też ogromna ich liczba została zrujnowana w okresie tzw. transformacji, kiedy państwo ze wszystkimi jego władzami: ustawodawczą, administracyjną i sądowniczą, nie zdołało się faktycznie zmierzyć z ciążącym na RP problemem zwrotu własności rodowej – ziemskiej – właścicielom i rozwiązać go. Dwór określają nie tylko mury lub modrzewiowe bele w otoczeniu parkowym, ale nade wszystko prawowita rodzina wraz z jej duchową i materialną kulturą. W jakże serdecznie spisanych Wspomnieniach szczęściarza  Jacek Woźniakowski  dzieli się z czytelnikami szczęściem i powojennymi trudnymi zmaganiami swojej rodziny, której promieniowanie na naszą kulturę (tak jak i innych patriotycznych rodów polskich) było i jest zauważalne. Nie da się żywych ludzi zastąpić muzeum. Profesor Woźniakowski stawia ludzi i spotkania z nimi wyżej niż bezcenne archiwum i zbiory rodu Pawlikowskich, którymi szczyci się w rodzinnej willi „Pod Jedlami” na zakopiańskim Kozińcu. Czy jesteśmy w stanie przywrócić przerwaną ciągłość? Czy dwór polski to już tylko skansen lub intratna potencjalnie nieruchomość dla nowobogackich? W przeszłości rodzimy dwór spełniał publicznie różne role, i te szlachetne, i te mniej szlachetne, ale bez niego nie wykształciłaby się lokalna społeczność; był – przypomnijmy – niejednokrotnie kuźnią talentów i inwencji w dziedzinie ekonomii i kultury, dawał wreszcie przykład dobrze pojętego „solidaryzmu społecznego”. Do tych idei w sposób nowoczesny odwoływali się zarówno ks. Józef Tischner, jak i Mirosław Dzielski, których  domy w Łopusznej nie tylko służyły intelektualnemu skupieniu, lecz były również miejscem otwartych spotkań, określanych pięknie „gorczańską przestrzenią dialogu”.

Dlaczego prawowici właściciele ziemscy są nadal dyskryminowani? Dlaczego nie otrzymali takich samych praw do ziemi i utraconego majątku, jakie przyznano wspaniałomyślnie Kościołowi katolickiemu? Komunistyczne władze doskonale zrozumiały, że bez stabilizacji prawnej Kościoła katolickiego i przywrócenia mu bezprawnie zagarniętego majątku nie ma szans na bezkrwawe zmiany w kraju. Dlatego też w burzliwym roku 1989, 17 maja, uchwaliły zasadniczą ustawę o stosunku państwa, wtedy „ludowego”, do Kościoła katolickiego. Należy bezsprzecznie przyznać, że obowiązująca do dzisiaj ustawa na zasadzie wyjątkowej reguluje relacje państwa i Kościoła, łamiąc tym samym fundamentalną zasadę równości zapisaną w konstytucji. Postulowana w ustawie  idea „ładu społecznego” uległa paradoksalnie petryfikacji, gdyż nie została sprawiedliwie rozciągnięta  z właściwą konsekwencją – już w naszej Rzeczypospolitej Polskiej – na wszystkich obywateli. Stąd jak memento brzmią postawione w otwartym liście pytania prof. Mariana Tischnera.

Czy nie powinien na nie odpowiedzieć w sumieniu każdy katolik, jako członek chrześcijańskiej wspólnoty? Czy praktyki tego rodzaju zgodne są z Dekalogiem, z zasadami społecznej sprawiedliwości,  regułami cywilizowanego prawa? Ktoś powie: jest przecież rządowy projekt o rekompensatach. Radzę się z nim zapoznać i poddać go rzeczywistej, publicznej dyskusji. W obecnej wersji nic nie wnosi, nie ma w nim należytej precyzji, gubi się w sprzecznościach i pustych słowach.

Najwyższa pora, by – bez gniewu i uprzedzenia, ale z poczuciem najwyższej odpowiedzialności – podjąć te trudne kwestie. Po pierwsze, zastanowić się, jak zadośćuczynić bezprawnie wydziedziczonym przez komunistyczny system właścicielom. Po drugie,  jak naprawić zło wyrządzone przez rządowo-kościelną Komisję Majątkową, które dokonuje się w wolnej Polsce i rzuca cień na Kościół – instytucję równie dotkliwie pokrzywdzoną przez komunistyczny system jak byli właściciele ziemscy.

 


[1] „Gazeta Krakowska”,  25 X 2008.

MAGDALENA CZERWOSZ

Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie.

(Ewangelia św. Mateusza 6, 24)

W artykule Zbigniewa Barana oraz w cytowanym przez autora fragmencie listu Mariana Tischnera wybijają siędwie kwestie: zwrócenie majątku wszystkim, którym państwo bezprawnie go zagarnęło (bez dzielenia pokrzywdzonych na mniej i bardziej ważnych), oraz ocena trybu i efektów pracy Komisji Majątkowej dokonującej zwrotu nieruchomości zamiennych Kościołowi katolickiemu.

Pierwsza kwestia rodzi pytanie: czy tylko Kościoły lub związki wyznaniowe zasługują na sprawiedliwość i zadośćuczynienie? To początek problemów, również w kategoriach praktycznych – bo skąd brać nieruchomości, skoro prawie nie ma już wolnych działek, które można by oddać wprost i od razu? Odebranym kiedyś majątkiem zawsze ktoś gospodaruje, bądź jako właściciel, bądź jako dzierżawca.

Na ocenę prac Komisji Majątkowej mają wpływ głównie bulwersujące opinię publiczną zwroty nieruchomości opisywane przez prasę. Działająca od dziewiętnastu lat Komisja uregulowała już rzetelnie ogromną liczbę spraw, ale wystąpiło też sporo przypadków pozytywnego rozpatrzenia wniosków opracowanych nieudolnie, niedbale, źle, a może nawet – nieuczciwie. Jak mogło do tego dojść?

Na początku jest „dziurawe prawo”, które zawsze prowadzi do nadużyć i afer. Ustawodawstwa dotyczącego zwrotu majątku nie dostosowano do nowej konstytucji; zupełnie nie uwzględniono na przykład powstania samorządu terytorialnego, który przejął od państwa część kompetencji. To właśnie jednostki samorządowe, odpowiadając za zdrowie, oświatę, transport, ochronę środowiska i wiele innych dziedzin, sprawują pieczę nad dużym i różnorodnym mieniem. Tymczasem samorząd, będąc rzeczywistym włodarzem mienia, nie jest reprezentowany w Komisji Majątkowej!

Dwunastoosobowa Komisja decyduje o majątku wielomilionowej wartości, a tym samym o losie nieznanych sobie ludzi i instytucji, ponad głowami zainteresowanych tym organów. Oddalona często o setki kilometrów od miejsca, którego dotyczy wniosek, podejmuje decyzje gospodarcze w tajemnicy, ignorując lokalną rzeczywistość.

W dodatku pewna grupa osób wykorzystała tryb prac Komisji Majątkowej do własnej działalności zarobkowej. Toczy się w tej sprawie śledztwo i jest prawdopodobne, że postawione zarzuty pokażą, jakiego rodzaju była to działalność. Ostatecznie, może się okazać, że wszystko było… zgodne z prawem („dziurawym” prawem – ale prawem). Nie wszystko jednak, co z nim zgodne, jest uczciwe i dobre.

Sprawa Komisji Majątkowej jest wyjątkowa, bo, po pierwsze, dotyczy naszego Kościoła, po drugie – moralnego wymiaru jej działalności. Zgorszenie jest tak duże, że wszystko jedno, czy kontrowersje dotyczą dziesięciu procent rozpatrywanych wniosków, czy też chodzi o pół procenta. Problem polega na nieustannym gorszeniu ludzi obserwujących, że nieuczciwość popłaca. To jest najgorsze zło, a jego skutków nie muszę tu chyba opisywać. Wystarczy zapytać: jak wychowywać dzieci?

Mówi się potocznie, że milczenie jest przyzwoleniem, i dlatego brak publicznej reakcji ze strony Kościoła i polityków jest sygnałem, że dalej można działać bez zmian. Jest oczywiste, że każdy człowiek grzeszy na własny rachunek, ale jeśli któryś z ważnych przedstawicieli Kościoła zawini choćby zaniedbaniem, ludzie zwykli obarczać za to winą cały Kościół. Za bogacenie się podczepionej do Komisji niewielkiej grupki osób wini się go tym bardziej.

A oto przykłady:

W Łopusznej (woj. małopolskie) Komisja Majątkowa przekazała Stowarzyszeniu Pomocy dla Bezdomnych im. św. Brata Alberta (jest to kościelne stowarzyszenie działające przy zakonie albertynek) oraz Zgromadzeniu Sióstr św. Elżbiety ziemię należącą przed 1949 rokiem do rodziny Lgockich/Kietlińskich (potomków Tetmajerów). O odzyskanie tych terenów – zrabowanych przez państwo z pogwałceniem wszelkich praw, nawet dekretu o reformie rolnej z 1944 roku – prawowici właściciele starają się od 1989 roku. W księgach hipotecznych znajdowała się stosowna informacja o toczącym się postępowaniu w sprawie zwrotu. Nie powstrzymało to jednak Komisji Majątkowej i teraz wpis do hipoteki chroni już własność nowego właściciela, który kupił ziemię od albertynek i elżbietanek. Również gmina od wielu lat czekała na uregulowanie kwestii własności. Chciała nawet odkupić od sióstr część ziemi dla bardzo potrzebnych lokalnych inwestycji. Władze gminy, natychmiast gdy tylko dowiedziały się o przekazaniu ziemi siostrom, złożyły im ofertę kupna. Wójt z goryczą mówi, że nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

Z kolei w warszawskiej dzielnicy Białołęka Komisja przekazała Zgromadzeniu Sióstr św. Elżbiety 47 hektarów ziemi w zamian za jego dobra utracone pod Poznaniem. Siostry teren sprzedały natychmiast za 30,7 miliona złotych – dokonaną przez pełnomocnika sióstr wycenę przyjęła Komisja Majątkowa, mimo że nie zgadzała się z nią Agencja Nieruchomości Rolnych, która zarządzała terenem, zaś Komisja Arbitrażowa Polskiej Federacji Stowarzyszeń Majątkowych po zbadaniu wyceny uznała ją za niezgodną z prawem. Rzeczoznawcy nie uwzględnili bowiem zapisów studium zagospodarowania przestrzennego i uznali tereny białołęckie za rolne, podczas gdy studium przewiduje na nich budownictwo mieszkaniowe. Winę rzeczoznawców Komisji Majątkowej potwierdziła komisja odpowiedzialności zawodowej przy Ministerstwie Infrastruktury i nałożyła na nich karę nagany, od której złożyli odwołanie. (Mieli szczęście, że ich odwołania nie rozpatrywała komisja o uprawnieniach Komisji Majątkowej, bo wtedy nie mogliby się nawet bronić. Od jej orzeczeń nie ma bowiem odwołania). Władze Białołęki, twierdząc, że przekazane zakonowi działki warte są około 240 milionów złotych, złożyły doniesienie do prokuratury.

I trzeci przykład: w miejscowości Wyry (woj. śląskie) spółka Bradus odkupiła od sióstr elżbietanek 3 hektary ziemi za jedyne 990 tysięcy złotych i jednocześnie stała się właścicielem znajdującej się na tam hurtowni wartej 6,5 miliona złotych. Jej właściciele przygotowywali się dopiero do zakupu działki, którą dzierżawili od wielu lat. Decyzją Komisji Majątkowej zostali po prostu zrujnowani, gdyż właścicielem ich hurtowni stała się nieoczekiwanie inna spółka (informację tę podaję za „Magazynem Ekspresu Reporterów” TVP z 14 kwietnia 2009 roku). Wybierając teren w Wyrach, Komisja Majątkowa nie interesowała się, co się na nim znajduje. To znamienne, że Komisja nie sprawdza, jakie są wcześniejsze i późniejsze losy majątku, który wybiera z ewidencji gruntów Skarbu Państwa. Co dziwniejsze, Kościół w takich przypadkach również się tym nie interesuje. Dotychczasowi właściciele hurtowni, którzy prawdopodobnie wygrają sprawę dopiero w sądzie, nie mogą wyjść ze zdumienia, że coś takiego w ogóle jest możliwe. Kto im zwróci stracone zdrowie, siły i wiarę w uczciwość?

 

Chwały nie przysparzają też Kościołowi spekulacje na temat powiązań towarzysko-rodzinnych osób z kręgów biznesu, Komisji i samego Kościoła. Doniesienia prasowe o kolejnych zwrotach zaczynają nużyć jednorodnością. Powtarzają się nazwy zakonów i nazwiska kupujących, a pełnomocnikiem jest zawsze ta sama osoba…

Wracają pytania:

Po co przydzielać nieruchomość zamienną, której Kościół nie potrzebuje i którą chce sprzedać? Może lepiej byłoby przydzielać ją tylko dla potrzeb kultu religijnego lub na działalność charytatywną, a w pozostałych wypadkach wypłacać odszkodowanie? Paradoksalnie, takie rozwiązanie mogłoby okazać się również tańsze.

Jak to jest, że różni „biznesmeni” samodzielnie wyszukują grunt i załatwiają jego wycenę, po czym wskazują go Komisji Majątkowej, a Komisja, w praktyce, właściwie im ten grunt daje? Czy rzeczywiście nikt nie kontroluje działalności członków Komisji? Traci Skarb Państwa, zarabia wyłącznie kupujący. Kościół wprawdzie nie zarabia, ale traci dobrą opinię. Domyślam się, że odsprzedawanie bez zysku miało oddalać podejrzenia o pazerność i chciwość. Tych jednak nie udało się uniknąć.

Nie zdarzyło się jeszcze, aby wyegzekwowaną ziemię którykolwiek zakon lub parafia odsprzedały gminie w celu zaspokojenia potrzeb lokalnej społeczności. Najczęściej jest wręcz przeciwnie: plany nowych nabywców stoją w rażącej sprzeczności z interesami mieszkańców. To również jest jeden z wymiarów zła, które powstało w wyniku działania Komisji.

Obecnie najważniejsza jest odpowiedź na drugie pytanie postawione przez Zbigniewa Barana, które proponuję nieco przeformułować: w jaki sposób można zatrzymać wyrządzanie dalszego zła i naprawić zło, które wyrządziła Komisja Majątkowa?

Moim zdaniem, należy zacząć od ujawnienia pełnej prawdy o tym, co się stało. Jeśli tego się nie zrobi, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że osoby z byłej SB mają „haki” na hierarchów Kościoła i dlatego wolno im robić dowolne interesy pod jego osłoną. Trzeba ujawnić, kto, komu, w jaki sposób i dlaczego polecił jako „skutecznego” pełnomocnika człowieka, który przez znaczną część swego życia należał do formacji czynnie prześladującej Kościół. Ponieważ w oczach opinii publicznej pozostaje on nadal uosobieniem wrogów Kościoła katolickiego w Polsce, wykorzystywanie jego właśnie osoby do załatwiania interesów majątkowych Kościoła jest koronnym argumentem w twierdzeniach, że w Kościele cel uświęca środki.

Należy również ujawnić, gdzie i na jaką kwotę Komisja wyceniła nieruchomości – a także, dla porównania, jak wyceniły je gminy, a jak eksperci.

Co jednak począć ze sprawami z przeszłości „budzącymi wątpliwości”? Niedobrze by było, gdyby głos zabierał tylko prokurator. Czy można cofnąć powzięte decyzje? Czy mamy się z tym złem pogodzić?

 

Myślę, że nawet „szeregowi” bracia i siostry zakonne nie zdają sobie sprawy, w jak dużym stopniu społeczeństwo obarcza ich winą za zło związane z działalnością Komisji Majątkowej. Duchowieństwo w pewnych kwestiach sprawia wrażenie zupełnie odizolowanego od życia świeckiego. Byłoby dobrze, aby w sprawie Komisji Majątkowej nasze „dwa światy” spotkały się w przestrzeni publicznej, bo my ciągle czekamy na jakąś wypowiedź, potępiającą obecną nieuczciwość. W tym samym czasie przedstawiciele Kościoła mówią o krzywdzie sprzed lat i nowej nagonce na Kościół…

Czy na pewno wszyscy widzą, jakie błędy lub nieprawidłowości zostały popełnione przez Komisję Majątkową i jak wpływają one na życie społeczne? Pomyślmy, czy nie za łatwo usprawiedliwiamy tych, którzy „załatwiają” sobie różne dobra? Jeżeli siebie określamy mianem ludzi uczciwych, katolików czy sami skorzystalibyśmy z podobnej okazji? Czy widzimy w tym zło? A jeśli nawet tak, to czy możemy wymagać od tych, którzy „kupili”, aby anulowali te wątpliwe „transakcje”. Zbyt naiwne? Niemożliwe do przeprowadzenia?

Polska uważana jest za państwo o wysokiej korupcji, którą tłumaczy się destrukcyjnym wpływem zaborów, okupacji i komunizmu. Kiedyś wybudowanie kościoła wbrew władzom, po kryjomu, „wewnątrz stodoły” uważane było za czyn heroiczny i święty. Towarzyszyło mu (dla bezpieczeństwa) ukrywanie decyzji finansowych. Ale to już przeszłość. Mamy dziś własne państwo, które powinno być wolne od takich patologii.

Kościół jest powołany do wskazywania właściwej drogi wszędzie, również w życiu publicznym. Czy zechce z tego skorzystać, ujawniając złożony mechanizm, który doprowadził do tego, że wyniki pracy Komisji Majątkowej sieją publiczne zgorszenie?

 

Ostatecznym celem jest zlikwidowanie pierwotnej przyczyny tego, co się stało. Metodą niech będzie szeroka dyskusja o sposobie zarządzania majątkiem ziemskim Kościoła. Czemu zarząd ten pozostaje tak anachroniczny i tak biernie poddaje się różnego typu naciskom i manipulacjom?

Jak kontrolować zarząd majątku kościelnego?

Znacznie rzecz upraszczając, można powiedzieć, że ludzie boją się narazić Kościołowi, jako instytucji opiniotwórczej i takiej, która osoby wierzące może nawet ekskomunikować. Pełniący funkcje administracyjne księża często wyposażeni są w dużą władzę świecką. Gdy ksiądz źle tej władzy używa, a ludzie widzą w nim zawsze wyłącznie kapłana, nie chcąc, w swym mniemaniu, zgrzeszyć, zgadzają się z jego wszystkimi, nawet najgłupszymi, decyzjami.

Zarządzania finansami, ziemią, ludźmi, majątkiem nie da się połączyć z funkcją „zarządcy dusz”. Zamiast tego trzeba korzystać ze sprawdzonych w świecie procedur i mechanizmów kontroli: zatrudniania świeckich fachowców, wprowadzenia kadencyjności funkcji, zasady wybieralności i odpowiedzialności przed parafianami. Niezbędne jest też doprowadzenie do stanu transparentności stosunków majątkowych Kościoła.

Gdyby od decyzji Komisji Majątkowej istniał tryb odwoławczy, a jej decyzje (dziś raczej: wyroki) nie zapadałyby w tajemnicy, to w demokratycznym kraju z wolną prasą nie doszłoby może do tak skandalicznych decyzji jak wyżej opisane, Kościół zaś nie byłby podejrzewany o to, że „dwom panom służy”.

MAGDALENA CZERWOSZ, radna Miasta Stołecznego Warszawy, przewodnicząca Rady Osiedla Saska Kępa.

27 000

Ziemia obiecana

KRZYSZTOF MĄDEL SJ

Marznąc w styczniowym mrozie 1077 roku pod bramą Canossy cesarz Henryk IV miał sporo czasu, żeby przemyśleć swój stosunek do Kościoła. Cztery lata wcześniej wysłał do nowo wybranego papieża Grzegorza VII długi list, w którym prosił go o wybaczenie grzechów, w tym „uzurpowania sobie prawa do dóbr kościelnych i sprzedawania kościołów ludziom niegodnym, przesiąkniętym żółcią symonii”, później jednak wielokrotnie kwestionował papieski autorytet, otwarcie forsował własnego kandydata w czasie przeciągających się wyborów biskupa Mediolanu, a w 1076 roku zwołał synod biskupów w Worms, który miał doprowadzić do depozycji samego papieża. W odpowiedzi Grzegorz ekskomunikował Henryka, zwalniając tym samym wszystkich jego wasali z okazywania mu posłuszeństwa.  Pół roku później upokorzony Henryk boso i we włosienicy stanął przez papieżem w Canossie. Grzegorz przyjął go dopiero po trzech dniach i podczas wspólnej mszy uwolnił od nałożonych kar. Późniejsze intrygi salickiego monarchy każą jednak wątpić w szczerość jego pokuty. W kościelnych annałach panowanie Henryka IV utożsamiane jest z najgorętszym okresem sporów o inwestyturę.

Współczesne obrachunki państwa z Kościołem w krajach pokomunistycznych cechuje podobna dwuznaczność. Od z górą dwudziestu lat każda ze stron cierpliwie artykułuje swoje roszczenia, powołując się przy tym na wspólne ustalenia prawne i tę samą dziejową sprawiedliwość, a mimo to problemów czekających na rozwiązanie jakby wcale nie ubywa, tam zaś, gdzie w końcu udaje się to rozwiązanie znaleźć, media raz po raz znajdują powody, żeby je przedstawić w atmosferze skandalu. Sprawy majątkowe należą tu do najgorętszych.

Suma nieszczęść

Po drugiej wojnie światowej wszystkie Kościoły i związki wyznaniowe w krajach objętych wpływem Związku Radzieckiego doznały, prócz represji i prześladowań, poważnych strat materialnych. Na ziemiach polskich pierwszych rekwizycji kościelnych dóbr dokonał PKWN, przejmując na mocy dekretu o reformie rolnej z 6 września 1944 roku kościelne działki leśnie o powierzchni powyżej 25 hektarów wraz ze stojącymi na nich budynkami. Dekret polskiego Sejmu o ustroju rolnym i osadnictwie na ziemiach zachodnich i północnych z 6 września 1946 roku przekazał wszystkie majątki kościelne leżące na tamtym terenie Państwowemu Funduszowi Ziemi, zaś ustawa z 20 marca 1950 roku o przejęciu przez państwo dóbr martwej ręki w podobny sposób potraktowała wszystkie inne majątki kościelne, przekazując je państwowemu Funduszowi Kościelnemu, z pozostawieniem biskupom i parafiom prawa do posiadania gospodarstw rolnych do 50 hektarów (w województwach pomorskim, poznańskim i śląskim do 100 hektarów), seminariom do 20 hektarów i klasztorom do 5 hektarów[1].

Koncesja na zatrzymanie części ziemi, podobnie jak możliwość zatrzymania w rękach kościelnych części budynków stojących na skonfiskowanych ziemiach, była wynikiem ustępstwa, jakie episkopat wymógł na rządzie w trakcie długich negocjacji, zakończonych 14 kwietnia 1950 roku podpisaniem porozumienia. Jego treści w praktyce administracyjnej i sądowej nigdy do końca nie respektowano. Konfiskaty w wielu wypadkach były zupełne. Według szacunków zestawionych przez Marcina Przeciszewskiego Kościół katolicki stracił tym okresie od 90 do 155 tys. hektarów ziemi, zachowując 32,5 tys. hektarów ziemi ornej, głównie w posiadaniu parafii (30 tys.) lub zakonów[2].

Szereg dalszych aktów prawnych ograniczył bądź całkowicie uniemożliwił aktywność zakonów i stowarzyszeń kościelnych na polu społecznym. Ustawa z 28 października 1948 roku o zakładach społecznych służby zdrowia upaństwowiła kościelne szpitale, a kolejna z 8 stycznia 1951 roku umożliwiła przejęcie kościelnych aptek. Dwie inne ustawy przekazały pod państwowy zarząd placówki opiekuńcze prowadzone przez kościelną Caritas, a w końcu likwidowały także kościelne stowarzyszenia i fundacje, nacjonalizując ich majątek.

W okresie stalinowskim i później konfiskowano kolejne nieruchomości, zwłaszcza te należące do likwidowanych struktur oświatowych Kościoła. Częściowej podstawy do konfiskat na ziemiach zachodnich dostarczyło osobliwe orzeczenie Sądu Najwyższego odmawiające Kościołowi rzymskokatolickiemu publicznej podmiotowości prawnej (grudzień 1959). Status majątkowy nieruchomości kościelnych na tamtych terenach został uregulowany dopiero na fali gierkowskiej odwilży w roku 1971.

Ten przejmujący krajobraz rewolucyjnego spustoszenia warto uzupełnić wzmianką o stratach poniesionych przez polski Kościół w dobie absolutyzmu.  Kościół starał się rewindykować tamte straty w okresie dwudziestolecia międzywojennego i robił to na tyle skutecznie, że w chwili wybuchu drugiej wojny światowej był właścicielem blisko 383 tys. hektarów ziemi, co stanowiło 9,6 proc. ówczesnej powierzchni kraju, jednak jeszcze większej części swego dawnego majątku (404,5 tys. hektarów) nie odzyskał nigdy.

Po odzyskaniu suwerenności podstawę do restytucji kościelnego majątku dostarczyły: ustawa o stosunku państwa do Kościoła katolickiego przyjęta przez polski Sejm 17 maja 1989 roku i później wielokrotnie nowelizowana, zezwalająca na zwrot nieruchomości przejętych przez państwo z pogwałceniem ówczesnego prawa bądź bez jakiegokolwiek tytułu prawnego, a także rozporządzenia szefa Urzędu Rady Ministrów z 8 lutego i 21 grudnia 1990 roku regulujące tryb pracy kościelno-rządowej Komisji Majątkowej. Odrębne akty podejmowane przez  Sejm w latach 1991–1998 umożliwiły powołanie czterech Komisji Regulacyjnych rozpatrujących roszczenia restytucyjne innych Kościołów chrześcijańskich oraz gmin żydowskich.

Z odpowiedzi na interpelację poselską udzielonej 5 stycznia 2007 roku przez Jarosława Zielińskiego, sekretarza stanu w MSWiA, wynika, że Komisja Majątkowa przyjęła łącznie 3063 wnioski o wszczęcie restytucji, z czego do 1 listopada 2006 roku większość z nich rozpatrzono (274 nadal pozostawało w toku), Komisja Regulacyjna ds. roszczeń Kościoła ewangelicko-augsburskiego przyjęła podobnych wniosków 1200 (360 nadal czekało na rozpatrzenie), komisja ds. Związku Wyznaniowego Gmin Żydowskich – 5544 wnioski (rozpatrzono 1131), komisja ds. Polskiego Kościoła Autokefalicznego – 472 wnioski (263 w toku), wreszcie Międzykościelna Komisja Regulacyjna – 168 wniosków (117 nadal w toku).

Liczby te nie oddają napięć związanych z działalnością pięciu komisji, a zwłaszcza pierwszej z nich, powołanej najwcześniej i obsługującej największy z Kościołów. Zgodnie z ustawą komisja ta zakończyła przyjmowanie wniosków restytucyjnych już z końcem 1992 roku – mimo to wciąż rozpatruje 253 z nich (stan z lipca 2009). Oba te fakty budzą niezadowolenie strony kościelnej, zarówno osób prawnych, które od dwóch dekad nie mogą się doczekać rozstrzygnięcia swoich spraw, jak i tych, które w gorącym okresie przemian ustrojowych nie podołały wymogom formalnym, tracąc tym samym szanse na odzyskanie choćby drobnej części majątku. Różny czas powoływania poszczególnych komisji oraz różnice w kadencji prawa sprzyjały tym podmiotom, które mogły składać wnioski później, gdyż to pozwoliło im na lepsze ich przygotowanie. Z tych powodów Kościół katolicki może się czuć nieco pokrzywdzony przez ustawodawcę, który nie uwzględnił także innej, bardziej dotkliwej nierówności, tej mianowicie, jaka zachodzi między całkowicie bezprawnym działaniem totalitarnego państwa wobec niewielkich i często mało samodzielnych pod względem prawnym podmiotów kościelnych a nałożonym później na te podmioty obowiązkiem wystąpienia z szybką, prawidłową i dobrze uzasadnioną inicjatywą odszkodowawczą. W tym zakresie wszystkie podmioty kościelne mogą uważać się za jednakowo poszkodowane przez państwo. Z etycznego punktu widzenia państwo powinno wziąć na siebie wszystkie ciężary związane z sanowaniem swoich niegdysiejszych bezprawnych działań, łącznie z zapewnieniem pełnej obsługi prawnej i administracyjnej osób poszkodowanych, poczynając od imiennego ich powiadamiania o przysługującym uprawnieniu, przez wycenę majątku aż do skutecznej egzekucji naprawczej. W chwili obecnej sytuacja prawna osób poszkodowanych w postępowaniu przed komisjami regulacyjnymi przypomina do pewnego stopnia sytuację osoby uczestniczącej w sporze. Relacje prasowe na temat przebiegu postępowań sugerują, że inicjatywa i determinacja poszkodowanych może mieć znaczący wpływ na tempo i końcowy wynik postępowania[3].

Geniusz na wygnaniuEtyczna ocena obrachunków państwa z Kościołem obejmuje wiele problemów wykraczających daleko poza ramy określone przez prawo. Odwołując się do analogii historycznych, takich jak średniowieczne spory o inwestyturę czy oświeceniowe wojny tronu z ołtarzem, można przyjąć, że również w tym przypadku istotą problemu nie są sprawy majątkowe ani prawne, ale pewien głębszy, cywilizacyjny spór o znalezienie właściwego kształtu instytucjonalnego dla wielu, często nieprzystających do siebie wizji społecznych, które same nie do końca potrafią wyartykułować swoje racje na forum publicznym. Papież Jan Paweł II…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ja, Afryka