Ekologia powoli staje się świecką religią naszych czasów. Może i dobrze, bo jakaż inna siła niż ludzka świadomość potrafi choć trochę powściągnąć rozbuchany przemysł produkujący coraz potężniejsze góry zanieczyszczeń, przekształcający coraz to nowe obszary kwitnącej dotąd przyrody w zatrutą pustynię? Jednak ona – będąc dzieckiem rozumu – nie godzi się ze swym pochodzeniem i granicami, krok za krokiem wślizgując się na grząski grunt wiary i metafizyki. Twardzi racjonaliści ufający, że – ich zdaniem – te przeżytki strachu i ignorancji będą się kurczyć i znikać w miarę postępów rozumnej wiedzy, otrzymują kolejny dowód, iż jest przeciwnie, że wiara (czasem nawet wiara w cokolwiek przynoszącego nadzieję) jest jedną z ważniejszych potrzeb ludzkiego umysłu. Trafnie, choć zapewne w sposób zupełnie niezamierzony, pokazuje to modny ostatnio film Avatar, gdzie ekologiczną utopią planety Pandora – której spokój i równowagę brutalnie, choć daremnie, usiłują zakłócić mieszkańcy zatrutej Ziemi – rządzi Eywa, ni to bezosobowe bóstwo, ni to wyższy rozum płci oczywiście żeńskiej, dbające nie tylko o człekopodobny lud Na’vi, ale także o każdą żywą istotę. Przypomina to wysuniętą w latach osiemdziesiątych paranaukową „hipotezę Gai”, wedle której biosfera ziemska (a w niej my, ludzie) nie tylko jest wewnętrznie powiązana, ale także tworzy rozumną (a przynajmniej cybernetyczną) sieć, wymienia się informacjami, dostosowuje do warunków, by zapewnić równowagę i dobrostan wszystkiego, co żyje. Nic, tylko ziemska Eywa, której jeszcze nie poznaliśmy, ale którą powinniśmy szanować, a pewnie i czcić. Nie dziw więc, że z „hipotezy Gai” – której, jak każdej wiary pozarozumowej, ani potwierdzić, ani obalić naukowo się nie da – czerpią pełnymi garściami wszelkie odłamy New Age i przeróżne sekty powstające w myśl nienowej zasady: „Kiedy człowiek przestaje wierzyć w Boga, skłonny jest uwierzyć w cokolwiek”.
Oczywiście ową Gaję (nazwaną tak od greckiej bogini Ziemi) zabić może zarówno kosmiczna katastrofa, jak i destrukcyjna działalność człowieka, ale wówczas wszelkie życie na naszej planecie też przestanie istnieć. Tak rozumiana ekologia ma swoje dramatyczne upadki (takich jak choćby niepowodzenie ostatniej konferencji klimatycznej w Kopenhadze), ma swoich proroków, ale i wiarołomnych kapłanów (jak ci, którzy naciągali dane klimatyczne pod z góry założoną tezę i pod własne programy badań), jednak – obojętnie, czy trzymająca się tylko nauki czy też podszyta wiarą – jest niezbywalną częścią nowoczesnej cywilizacji, pozwala jej zachować choć trochę równowagi między sztucznym a naturalnym. Czy jednak jest ona dziełem dopiero naszych czasów czy jest stara jak ludzkość, tylko cywilizacja europejska na dłuższy czas o niej zapomniała?
Gliniana matka
Kiedy mieszka się w Nowym Jorku, trudno nie wybrać się na karaibskie plaże meksykańskie. Urlopowy wypad do Cancun na półwyspie Jukatan jest tańszy od zwiedzania takich perełek Karaibów jak Wyspy Dziewicze czy Santa Lucia, nie wspominając już o dalekich Hawajach czy bliziutkich, lecz ekskluzywnych Bermudach. Za swoje niewielkie pieniądze spragniony relaksu Amerykanin (urlopy w Stanach Zjednoczonych są krótkie, trzeba więc je sprawnie wykorzystać) ma do dyspozycji nie lepszą ofertę. Cancun przypomina mocno stłoczoną dzielnicę Miami, choć położoną nad piękniejszym morzem z imponującą rafą koralową; wszystko ma tam być jak w Stanach Zjednoczonych, a Meksyk jest sprowadzony tylko do przeszkolonej i mówiącej po angielsku obsługi. Ci, których nudzi kursowanie między plażowym leżakiem a hotelowym barem, wybierają zwykle małą wycieczkę morzem na położoną niedaleko Wyspę Kobiet, czyli Isla Mujeres. Nie jest to zachęcające miejsce, odrzuca zwłaszcza przerośnięte i niechlujne miasteczko przy przystani. Ale gdy pojechać trochę dalej, można znaleźć zwalisty gliniany posąg rodzącej kobiety. Jest to Matka Ziemia Majów, a jednocześnie bogini płodności zwana Coatlicue. Nie jest oczywiście autentyczna – ulepiona została później – ale ludzie wierzą, że ułożenie się pomiędzy jej nogami z głową tuż obok główki rodzącego się dziecka przynosi szczęście i powodzenie: kobietom płodność, mężczyznom potencję. Przekonanie powielane na użytek turystów, bo kładą się prawie wszyscy, głównie Amerykanie, nawet dziadkowie, którym z dawnej potencji pozostały tylko mgliste wspomnienia. Obściskują słupowate nogi i gliniane piersi bogini, poklepują ją po masywnym zadzie.
To jest przecież starogrecka Gaja, a raczej Gea, najstarsza z bóstw antycznych, która zrodziła kolejno wszystkich bogów i potwory; jej synem, a potem kolejnym mężem był Uranos, którego pokonał i strącił z Olimpu przez nią również zrodzony Kronos, aż wreszcie – zawsze z jej niespożytego łona – przyszedł na świat Zeus, który pokonał wszystkich. To jest babilońska Isztar bądź Kybele z Azji Mniejszej, Artemida Wielopierśna z Efezu, indyjska Mahadewi albo Parwati, skandynawska Jörd – matka Thora. Wszędzie jest ona początkiem wszechrzeczy, rodzicielką ludzi i bogów, symbolizuje płodność zarówno ziemi, jak i każdej samicy, ale czasem nie tylko narodziny, ale również śmierć i zniszczenie; wtedy pokazuje twarz indyjskiej Kali równie namiętnej w miłości, jak w ucinaniu głów. Nic dziwnego, że misjonarze w dzisiejszym Peru, gdy napotkali kult inkaskiej Pachamamy, usiłowali ją utożsamić z Matką Bożą, by jakoś dotrzeć do świadomości krnąbrnych tubylców. Ale oblężona tutaj przez rozbawiony tłum Gaja dawno już zapomnianych Majów przypomina tylko własną niemoc i degradację: powinna ostrzegać cywilizację, która zmierza na manowce, a już tylko bawi i napędza klientów dostawcom piwa. Wokół kwitnie biznes, przeciskają się żebracy, wrzeszczą przekupnie, wiekowe babcie piszczą równie ochoczo jak młode dziewczyny, pstrykają aparaty, po bruku poniewierają się plastikowe kubki. Tak wygląda praktyczna realizacja „hipotezy Gai”. W przewodnikach piszą, że wyspa otrzymała nazwę w czasach konkwisty, gdy hiszpańscy najeźdźcy trzymali tutaj swoje nałożnice, ale może jednak wzięła się od tego oblężonego przez beztroski tłum posągu.
Jemu przecież poświęcamy Dzień Ziemi obchodzony w Stanach Zjednoczonych już od 40 lat w dniu wiosennej równonocy, a szybko, bo już od 1971 roku, zaakceptowany przez ONZ jako ogólnoświatowa impreza (od roku 1990 także w Polsce). Ma propagować ekologiczne podejście do naszej planety, co sprowadza się głównie do tego, że telewizja pokazuje w migawkach dzieci grzecznie zbierające śmieci albo sadzące drzewka. Niewiele więcej z tego wynika. W dodatku w Stanach Zjednoczonych na jego rzecznika wybrano aktora Leonarda di Caprio, który podkreśla swą męskość, poruszając się wielkim jak dom terenowcem spalającym tyle benzyny i wytwarzającym tyle smrodu co ze cztery zwyczajne samochody. W dodatku, kręcąc w Tajlandii swój film Niebiańska plaża, nieźle zapaskudził któryś z tamtejszych parków narodowych. A co więcej, w obchody włączył się przed trzema laty komunizujący prezydent Wenezueli Hugo Chavez, dolewając w majestacie ONZ miłej sobie ideologii. Dzięki tym wszystkim usiłowaniom Dzień Ziemi staje się równie skuteczny jak nieszczęsna Bogini Matka z Wyspy Kobiet.
Powrócisz do nauk Wielkiego Ducha!Dzień równonocy jest też ważny dla północnoamerykańskich Indian, oczywiście bez oglądania się na czyjekolwiek uchwały; wystarczy im przekazywana z pokolenia na pokolenie pamięć. Nawet teraz, kiedy od reszty Amerykanów nie odróżnia ich ani strój, ani język. Nie prosi się wtedy Wielkiego Ducha o nic, ani o dobre zbiory, ani o pomyślność w polowaniu czy – co dziś najpotrzebniejsze – w biznesie nie zawsze legalnie prowadzonym w rezerwatach. Nie wznosi się nawet modłów dziękczynnych, jak czynić to powinni wyznawcy innych bogów i jak oni sami to czynią w swoich – zwykle protestanckich – kościołach. Kiedy przychodzi czas, że mogą poczuć się Indianami, pragną tylko – jak ich ojcowie – włączyć się w rytm świata. Tylko tyle albo aż tak wiele. Przecież właśnie człowiek ma dbać o harmonię istnienia, taka jest jego misja wskazana przez Wielkiego Ducha. Od ceremonii i rytuałów, w których powtarza gesty wykonywane od początku świata przez bogów i herosów, zależy wszak dalsza pomyślność i trwanie natury. Świat – pozornie martwy – jest organizmem żywym i nie wolno zostawić go bez opieki. Przyroda jest pełna niewidzialnych istot, które należy albo zjednywać, albo kontrolować za pomocą magii. Kosmos dzieli się na trzy części: ziemię ludzi czczoną jako Wielka Matka, niebiański świat Wielkiego Ducha i podziemny świat demonów. Pomiędzy światami odbywa się reinkarnacja i wędrówka dusz, dlatego nieraz nadaje się dzieciom imiona pochodzące jakoby z ich poprzedniego życia. Tak pracowicie powinniśmy wspierać naturę w jej trwaniu i cyklicznych przemianach. To już mniej więcej wiedziałem z lektur lub z rozmów z ludźmi o indiańskich…