Subskrybuj

„Słowiański papież”: stosunek romantyków do Kościoła

„Prawdziwym papieżem”, „królem-duchem” rozwoju duchowego ludzkości nie jest już jednostka instytucjonalnie wybrana czy nawet obdarzona charyzmatem, a zbiorowość, naród – „wszyscy ludzie dobrej woli”.

Temat nie jest całkiem nowy, choć często bywa traktowany w sposób albo konfidencjalny, albo wręcz przeciwnie, panegiryczny – jak po wyborze Karola Wojtyły na stolicę papieską, lub wreszcie niemal paszkwilancki. Jeśli podejmuję go tu raz jeszcze, to nie po to, by prostować fakty i kontekst, znane na ogół specjalistom, ale by podjąć ukrytą tu nową wizję religii, Kościoła, a przede wszystkim nową perspektywę eschatologiczną, łączącą indywidualny los z duchem zbiorowości.

Wiadomo, że czas po rewolucji francuskiej jest momentem, gdy na scenę historii weszły ciała zbiorowe – klasy, narody. Pierwszymi zajęła się utopijna myśl socjalistyczna, drugie stanęły w centrum refleksji Polaków, w związku, oczywiście, z rozbiorami, ale i z przemianami świadomości społecznej i religijnej. Moja teza, rozwijana gdzie indziej[1], wskazuje na powstanie w wielkich metaforach okresu po 1830 roku nowego paradygmatu tożsamości narodowej, ale i wiary, który określiłem jako „prometeizm chrześcijański”. Cechą tego paradygmatu było pojawienie się horyzontu „transcendencji poziomej”, czyli uniwersalnego konsensu dotyczącego najważniejszych rozstrzygnięć etycznych, i to również w skali zbiorowej. Norwid w Promethidionie nazwał to „opinią”[2].

W obecnym szkicu chciałbym, przy okazji motywu „słowiańskiego papieża” i stosunku romantyków do instytucji Kościoła, podjąć słabo do tej pory rozwijany temat zależności zbawienia indywidualnego od zbiorowego, jak też tego, co samo pojęcie „zbawienia” znaczy.

Przypomnę tu schematycznie etapy powstawania obrazu papieża w dziele Słowackiego, Krasińskiego i Mickiewicza, jak również w pewnej mierze Norwida, by wskazać na ich podobieństwa, różnice i zdumiewającą zbieżność w pewnym momencie myśli Słowackiego i Norwida, choć inaczej wyrażanej.

Słowacki: od skrzeku papugi do profecji

Obraz papieża w Kordianie z 1834 roku jest znany i opisany. Jest to groteskowo-patetyczna scena, w której na prośbę o błogosławieństwo dla męczenników walki za ojczyznę i za wiarę papież prezentuje zasady Realpolitik oraz światową paplaninę. Jedynie papuga – operując stereotypowymi formułkami eklezjalnymi – reaguje prawidłowo, bo mechanicznie, na prośbę bohatera, co daje oczywiście efekt groteskowy, kompromitując dodatkowo władcę duchowego wiernych: cierpiący mogą się spodziewać tylko frazesów, ale realnie – są pionkami politycznej gry. Obraz jest sugestywny i prowokuje do bardzo ostrych komentarzy[3]. Istotnie, Grzegorz XVI encyklikę Cum primum (1832) napisał pod wpływem informacji dostarczonej przez ambasadora Rosji, ale obrona zasady posłuszeństwa legalnej władzy opiera się na prawie dwutysięcznej tradycji i mało kto mógł wówczas przewidzieć, że nauka Urzędu ulegnie pod tym względem zmianie – właściwie dopiero za naszych czasów[4].

Złośliwe strofy pod adresem Grzegorza XVI powracać będą u Słowackiego w Poemacie Piasta Dantyszka herbu Leliwa o piekle (1835), a pod adresem Kościoła („To Rzym… to klątwa… to straszne przymierze / Z trupami”) w Poecie i natchnieniu z 1843 roku[5]. Niemniej w zaniechanym fragmencie tego ostatniego poematu poeta zaznaczył :

Innego trzeba w Rzymie przewodnika,

I ten już idzie… duch prawdy i wiary,

Tego weź, niech ci kościoły odmyka…[6]

Mimo antyklerykalnego początku, osobiste, często dzikie poszukiwanie religijności i kontaktu z Bogiem było wpisane w romantyczną biografię. U Słowackiego, jak wiadomo, podróż na Wschód i czuwanie przy Grobie Świętym były w istocie pielgrzymką do źródeł wiary. Antyklerykalizm nie przeszkodził mu wówczas przystąpić do spowiedzi i służyć do Mszy świętej[7]. A oczyszczenie serca znalazło wyraz poetycki :

I porzuciwszy drogę światowych omamień,

I wysłuchawszy serce, gdy rzekło: Jam czyste!

To rzuciłem się z wielką rozpaczą na kamień,

Pod którym trzy dni leżałeś, o Chryste!

Skarżyłem się grobowi, a ta skarga była

Ani przeciwko ludziom, ani przeciw Bogu…[8]

Następnym, mało znanym etapem ewolucji Słowackiego w jego stosunku do Kościoła stało się Kazanie na dzień Wniebowstąpienia Boskiego z 1845 roku. Jest tam bowiem rozróżnienie dotyczące papieży. Jedni są „z obioru i ciała” oraz z „myśli zimno szukającej”, których „widzialne następstwo” ogłasza „Zakon Rzymski”, czyli Watykan. Inni są naznaczeni sakramentalnym znakiem ognia, są to papieże rzeczywiście „z natchnienia Bożego” oraz „siły sakramentalnej”, których następstwo „jest nieprzerwane i przez wszystkie wieki aż od Chrystusa idące”. Ich to posługa „Kościół katolicki od dwóch tysięcy lat przy Chrystusie utrzymuje”. Są to kolejno „męczennicy Pańscy”, wielcy święci kolejnych wieków, a także Luter, Zwingliusz oraz Pascal, czyli szereg ludzi wybitnych niekoniecznie obdarzonych oficjalną funkcją w instytucji Kościoła. Najciekawsze jednak jest, że „w ośmnastym [wieku] oto naród cały już francuski pierwszy raz apostołem staje praw Chrystusowych i ziemia go słucha wstrząśniona”. Dalej Poeta stwierdza, iż „przyszedł wiek”, gdy „już nie człowiek jeden, ale naród cały papiestwem ducha zajmie się”. A następnie: „wierni Kościoła… już nie lud a ludy”[9]. Rymkiewicz konkluduje : „Słowacki, kiedy pisał swoje Kazanie, ogień, który ujrzał nad rue de Ponthieu w nocy z 20 na 21 kwietnia, rozumiał jak znak dany nie tylko jemu – lecz wszystkim Polakom. (…) Uznał wówczas, że Chrystus, wybierając go na prawdziwego papieża oraz apostoła, wybrał w jego osobie wszystkich  Polaków – i cały ten naród uczynił apostołem oraz ostatnim papieżem ludzkości”[10].

Przejście pomiędzy jednostkową wizją wybitnej, charyzmatycznej, heroicznej jednostki a figurą zbiorową jest w romantyzmie znane, a nawet dość rozpowszechnione, dzięki nawrotowi do logiki figuralnej[11]:

Nazywam się Milijon – bo za milijony

Kocham i cierpię katusze[12].

Romantyczny heros albo reprezentuje zbiorowość, albo wciela jej ducha. Charyzmatyczny bohater romantyczny nie działa według swojej jednostkowej wizji, ale realizuje aspiracje swego ludu. Tak było z Konradem i z Kordianem, a także z hrabią Henrykiem i Pankracym, tak też chyba było i z Mickiewiczem, i ze Słowackim w okresie, gdy poczuli się (lub chcieli być) przewodnikami duchowymi narodu. Przejście pomiędzy natchnionym wieszczem a jego ludem staje się sprawą wyobraźni figuralnej czy typologicznej: heros jest typosem swego narodu.

W pisanym bezpośrednio przed kwietniową wizją ognistą i niewiele przed Kazaniem (Kalendarz, 1172) Samuelu Zborowskim podstawowym tematem, jak wynika z naszych analiz, jest opozycja zbawienia indywidualnego i zbiorowego[13]. Lucyfer, utożsamiony z duchem buntu – alegorią dynamizmu, występuje w imię solidarności stworzenia o ewolucję duchową wszystkich aż do stanu przebóstwienia, stania się każdego „zbawicielem”, Synem Bożym – jak Chrystus. Nazwałem tę perspektywę immanentystycznym prometeizmem. Natomiast przebóstwienie Polski utożsamionej w utworze praktycznie z Matką Boską kosmiczną wydaje się ideologicznym naddatkiem – chodzi raczej o ogólne prawa rozwoju ludzkości. Zamykanie się na „polskości” może spowodować rodzaj mesjanicznej klaustrofobii, natomiast uznanie ducha Polski za figurę zbawienia zbiorowego otwiera wizję na perspektywy uniwersalne.

Ważne jest, iż „prawdziwym papieżem”, „królem-duchem” rozwoju duchowego ludzkości nie jest już jednostka instytucjonalnie wybrana czy nawet obdarzona charyzmatem, a zbiorowość, naród – „wszyscy ludzie dobrej woli”, można by zaryzykować. Wszyscy działający w duchu, nie zaleniwieni, twórczy.

Dopiero w tej perspektywie zrozumiałe stają się końcowe metafory słynnego wiersza o słowiańskim papieżu z 1848 roku[14]. Zniknął tu antyklerykalny ton z okresu Kordiana, mimo że impulsem do napisania utworu była ucieczka Piusa IX do Gaety i następnie wezwanie na pomoc przeciw Włochom wojska austriackiego, co było dla rewolucjonistów zawodem i zdradą. Słowacki nie atakuje w wierszu papieża, a tylko przeciwstawia mu inną wizję Urzędu: gotowość do męczeństwa, globową moc duchową, braterstwo ludowe natchnione Duchem Świętym („gołąb mu słowa usty wyleci”). Najważniejsze są wersety ostatnie :

Wszelką z ran świata wyrzuci zgniłość,

Robactwo, gad,

Zdrowie przyniesie, rozpali miłość

I zbawi świat;

Wnętrza kościołów on powymiata,

Oczyści sień,

Boga pokaże w twórczości świata.

Jasno jak dzień[15].

Pokazanie Boga „w twórczości świata” to zupełnie inna perspektywa religijna niż indywidualna dewocja, instytucjonalne sakramenty, stroje i rytuały. To perspektywa „globowa”, pozakonfesyjna, pozainstytucjonalna. I ponadjednostkowa, co chyba najważniejsze. Charyzmatyczne jednostki nie zanikną, narody nie stracą swoich misji czy powołań, ale to wszystko jest możliwe wyłącznie w szerszej perspektywie działania zbiorowego. Perspektywa zbawienia już nie indywidualnego, a wspólnotowego narzuca się z całą siłą. I eschatologiczna perspektywa osądu. Na marginesie Biblii Słowacki zanotował wówczas, iż Sąd Ostateczny nie nastąpi po indywidualnym życiu, ale na końcu świata[16], a więc wartość każdego czynu nie jest znana zawczasu. Osąd nie następuje według jakiegoś sformalizowanego kodeksu, ale według logiki rozwoju ludzkości. Poprzez metafory wiersza o słowiańskim papieżu prześwieca eschatologiczna perspektywa.

Dlatego wydaje się niezbędne rozszerzenie wniosków Ryszarda Przybylskiego, że Słowacki „myślał o nowym doświadczeniu religijnym, którego celem byłaby przebudowa indywidualnej jaźni (…) troszczył się raczej o poszczególne duchy (…), czekał na Głos z Transcendencji”[17]. W perspektywie tego, co zostało powiedziane, poszczególne duchy rozwijać się mogą wyłącznie w zbiorowej twórczości ducha, w oparciu o transcendencję wcieloną w wysiłki ludów i wizje królów duchów, ostatecznie – dzięki rozwojowi duchowemu ludzkości. Przybylski, zatrzymując się na indywidualnym rozwoju, a nie na zasadzie rozwoju dusz w oparciu o zbiorowego Ducha, świetnie za to uchwycił tę samą perspektywę religijną w wymiarze ewolucjonistycznym: „Wielki Łańcuch Śmierci przedstawiony został jako pochód duchów do Ducha”[18] .

Wszystko to innymi drogami i pojęciami zadziwiająco zbliża wizję Słowackiego do Norwidowskiej z Promethidiona. Nawiążę do tej analogii  na zakończenie.

Krasiński: zawalona świątynia

U Krasińskiego motyw krytyki Kościoła, czy raczej wizja jego schyłku, występuje właściwie od początku, mimo ambiwalentnych niuansów. W Nie-Boskiej komedii, napisanej w zbliżonym do Kordiana okresie, to znaczy po powstaniu listopadowym (1833; publikacja 1835), społeczna wizja sakramentów – takich jak chrzest Orcia czy ślubowanie Henryka – ma charakter groteskowy, choć moc duchowa chrztu ratuje hrabiego Henryka. Zniszczony przez rewolucję Kościół wyznawców Chrystusa hrabia idzie ratować, ale – jak wiemy – bardziej z chęci sławy i z dumy niż z przekonania o słuszności sprawy. Przekonania ludzi porównane są do spróchniałego drzewa, nawet jeśli wydało ono jeszcze kilka zielonych liści:

MĄŻ: Czy widzisz to drzewo spróchniałe? –

FILOZOF: Z młodymi listkami na dolnych gałązkach. –

MĄŻ: Dobrze. – Jak sądzisz – wiele lat jeszcze stać może? –

FILOZOF: Czy ja wiem? – Rok – dwa lata. –

MĄŻ: A jednak dzisiaj wypuściło z siebie kilka listków świeżych, choć korzenie gniją coraz bardziej. –

FILOZOF: Cóż z tego? –

MĄŻ: Nic – tylko że gruchnie i pójdzie precz na węgle i popiół, bo nawet stolarzowi nie zda się na nic. –

FILOZOF: Przecie nie o tym mowa. –

MĄŻ: Jednak to obraz twój i wszystkich twoich, i wieku twego, i teorii twojej. –
Przechodzą.

(Część II)[19]

Tak Kościół, jak i obóz arystokratów należą do skorumpowanej przeszłości i skazane są na zniknięcie, choć końcowa wizja Chrystusa zapowiada ostateczne zwycięstwo chrześcijańskiej perspektywy eschatologicznej.

Potrzeba odrodzenia wiary będzie prześladowała Krasińskiego tak jak innych romantyków. Najważniejszym utworem na ten temat, choć i najbardziej pesymistycznym, jest Legenda, którą następnie będzie omawiał i krytykował Mickiewicz w Collège de France – o czym w następnym rozdziale.

W Legendzie, napisanej w 1840 roku i wydanej anonimowo w zbiorku Trzy myśli pozostałe po śp. Henryku Ligenzie zmarłym w Morreale 12 kwietnia 1840 roku[20], pojawia się apokaliptyczna wizja zawalenia się kopuły Bazyliki Świętego  Piotra. Ten mało znany utwór został stosunkowo niedawno przypomniany przez Ryszarda Przybylskiego[21], niemniej warto i tutaj przywołać jego treść. Skorzystam przy tej okazji także ze streszczenia samego Mickiewicza.

Otóż w Legendzie poeta napotyka statek pielgrzymów polskich udających się do Rzymu. Ów żałobny hufiec, podpierając się szablami, ze sztandarem Chrystusowym, zmierza do Bazyliki Świętego Piotra :

Wchodzą do kościoła (…). Będzie to ostatnie święto Bożego Narodzenia, głos bowiem anioła niewidzialnego, którego nikt prócz zastępu nie słyszy, zwiastuje, że tej nocy Chrystus narodzi się i już umierać nie będzie, zamieszka na zawsze między ludźmi.

(…) Kiedy papież przy dźwięku dzwonów Kapitolu kończy mszę północną, wśród kardynałów zjawia się postać nieznana, nazwana przez poetę kardynałem, człowiek w purpurze, różniący się jednak postawą, zachowaniem i głosem od książąt Kościoła, którzy – jak mówi poeta – mają włosy osiwiałe od bezczynności.

Młodzieniec odziany w purpurę, jest pełen dostojności i siły; wyobraża on Kościół przyszłości[22].

Następnie ów kardynał przyzywa pierwszego apostoła, który unosi się z grobu z okrzykiem „Biada!”. „A za tym krzykiem – pisze Krasiński – zdało się nam wszystkim, że sklepienia kopuły pierwszy raz się porysowały” (Legenda).

Święty Piotr rozpoznaje w młodym kardynale świętego Jana, o którym mówiono, iż nie umrze aż do przyjścia Chrystusa. Jego zadaniem jest, jak mówi: „bym wśród ludzi zamieszkał i ogarnął świat, i przytulił go do piersi, jako Pan głowę moją ostatniego wieczora ” (Legenda).

Następuje obraz powolnego rozpadania się kopuły bazyliki, podczas gdy wszyscy zgromadzeni uciekają… z wyjątkiem pielgrzymów polskich, którzy podnieśli szable w górę, jakby chcieli wstrzymać spadające mury, ogłaszając, iż nie opuszczą papieża starca, bo „samemu gorzko jest umierać”. Giną pod walącymi się murami.

Obrazy te – konkluduje Mickiewicz – zwiastują Kościół przyszłości[23].

Podobnie interpretuje ten obraz wybitny współczesny teolog Henri de Lubac, wpisując wizję w nurt joachimizmu, czyli odrzuconej przez Kościół nauki Joachima de Fiore, który dzielił historię świętą na epokę Ojca – starotestamentową, następnie Syna – epokę panowania Kościoła, oraz trzecią, epokę Ducha, kiedy to Kościół nie będzie już potrzebny, bo stanie się powszechny.

W interpretacji wizji Krasińskiego de Lubac stwierdza :

Piotr umarł na wieczność. Kościół rzymski jest skończony, ostatni wierni zginęli. Zerwanie dokonało się. Wzmocniony zgodą Piotra, Jan nieskazitelnie młody otwiera nową epokę, o której nic nie jest powiedziane. Podobnie w wizji księdza de Fiore gasł król Dawid, wycieńczony wiekiem, symbol Kościoła Chrystusowego, po którym Kościół Ducha, legalny spadkobierca, przejmie misję odnowienia ziemi[24].

Dla Krasińskiego wizja ta istotnie oznacza załamanie się pozytywnego obrazu urzędu panującego. A jak przypomina Ryszard Przybylski, obraz pękniętej kopuły jako znak upadku Kościoła będzie stale powracał w myślach i listach poety. Będzie tak też w 1845 roku, w czasie wizyty w Rzymie cara Mikołaja I, przyjętego ze wszystkimi honorami przez sędziwego już Grzegorza XVI. Krasiński zapowiada wówczas w liście do Małachowskiego:

Oto będzie zbliżenie tych obu [cara i papieża], i Piotr pochyli się jeszcze w mniemaniu ludzkim przez ten związek i u nas, gdy przyjdzie napomnienie od Stolicy Apostolskiej, by szanować władzę, odpadnie ostatecznie serce od kopuły pękniętej[25].

Nie wiadomo, jak rozumiał Krasiński Kościół Janowy – miłości i działania w świecie. Z pewnością wiązał go z panowaniem zasady wolności, jak u Joachima de Fiore: tertius in libertate. I zapewne z powszechnym kapłaństwem, jak u jego przyjaciela Cieszkowskiego.

Nie poszedł on w swej wizji tak daleko jak Słowacki, u którego można analitycznie wyodrębnić przeciwstawienie dusz indywidualnych i Ducha – narodowego, chrześcijańskiego, globowego, od którego dopiero zależy zbawienie. Niemniej nie osoby indywidualne w Legendzie występują, a ludy: rzymski, polski… Obecność i ucieczka tłumów z walącej się bazyliki symbolizuje zbiorowość, ucieczkę narodów. A jednocześnie pada z ust przemienionego Jana zapowiedź wiecznej obecności na ziemi Chrystusa i zmartwychwstanie przyszłe polskich heroicznych pielgrzymów.

Czy można ekstrapolować z tych przesłanek, że Chrystus będzie odtąd obecny w sercach wiernych, jak uczyni to potem Norwid, i „w twórczości świata”, jak napisał Słowacki? U Krasińskiego nie jest to pewne, choć semantyka symboli jest u poetów zbliżona. Wrócę do tej sprawy.

Wizja Krasińskiego umożliwi natomiast rozwinięcie tej myśli Mickiewiczowi.

Mickiewicz: Kościół narodów i ducha

Mickiewicza ewolucja stosunku do Kościoła i do papiestwa będzie najbardziej kompleksowa, najpełniej też wyrazi oczekiwania epoki. Przypomnę skrótowo jej etapy.

W części IV Dziadów ksiądz, zapewne unicki, reprezentuje rodzaj oportunizmu wiary nieszukającej przekroczenia własnych ograniczeń. Sympatyczny, ograniczony, absolutnie nie jest w stanie zrozumieć wzlotów swego dawnego ucznia Gustawa[26].

W części III jedną z naczelnych postaci jest ksiądz Piotr; reprezentuje on Kościół odnowiony przez ducha profetyzmu i solidarność z cierpiącym narodem. On też będzie miał wizję nowej epoki Ducha, symbolizowaną przez mesjaniczną postać czterdzieści-i-cztery – boskiego „namiestnika wolności”. Jest to niezgodne z ówczesną nauką Kościoła rzymskiego głoszącego posłuszeństwo jako najważniejszą cnotę, a walkę o wolność jako grzech, ale głęboko współbrzmiące z liberalnymi prądami katolicyzmu, zwłaszcza z „L’Avenir” Lamennais i Lacordaire’a, zakazanego w końcu przez Grzegorza XVI.

Do najsilniejszej krytyki Kościoła dojdzie z wykładach w Collège de France, ale też Mickiewicz nigdy Kościoła jak Lamennais nie opuści, mimo iż dwie z jego ksiąg znajdą się na indeksie[27]. Strategiczny moment jego wizji koniecznej odnowy katolicyzmu znajdzie swój wyraz w wykładach z 1844 roku, właśnie przy okazji omawiania Legendy Krasińskiego. Podkreśli to w swym studium o polskim poecie Henri de Lubac.

Ale najpierw przypomnijmy reakcję krytyczną Mickiewicza na Legendę. Otóż utwór go zachwycił, ale ideowo uznał go za niewystarczający. Przypomniawszy wizję kończącą się zawaleniem Bazyliki Świętego Piotra na głowy polskich pielgrzymów, stwierdza: Ów hufiec pielgrzymi wyobraża nie tylko legiony polskie, jakkolwiek zawiera w sobie tradycję duchową ich tajemniczych wędrówek; wyobraża on razem ten nieprzeliczony zastęp ludzi szukających Kościoła przyszłości. Wszyscy oni dążą do Rzymu, wszyscy muszą przejść przez Rzym, wszyscy muszą wstąpić do tej bazyliki; ale nie zginą w jej zwaliskach, podtrzymując kopułę szablami. Nie oręż ziemski ani oręż jednostek zdoła ją ocalić, ale duchy narodów. Duchy narodów podtrzymają tę kopułę, zagrożoną runięciem. Przebiją w niej otwór dla światła niebieskiego, aby była podobna do owego panteonu, którego jest odtworzeniem, aby znowu stała się bazyliką całego świata, panteonem, pankosmosem, pandemonium, świątynią wszystkich duchów, aby dała nam klucz do wszystkich tradycji i wszystkich filozofii. Właśnie księża, urzędnicy Kościoła, powinni byli nas do niej zaprowadzić. Po mękach boleści proroczej odczuliby oni na widok ziemi obiecanej rozkosze, których ani mi nie jest dane, ani nie wolno opisywać. Wtedy ich duch, wnikając sam w siebie, znalazłby ową „ciasną bramę” Ewangelii wiodącą do nieba,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mistyka nadwiślańska