Myśl o „mistyce nadwiślańskiej” przyszła mi do głowy lata temu, gdy żył jeszcze ksiądz Józef Tischner. Zwierzyłem mu ją, będąc w Łopusznej – tuż przed ukazaniem się Dróg i bezdroży miłosierdzia. Żachnął się, gdy uznałem go za mistyka, jednak istnienie nadwiślańskiej mistyki przyjął. Mówiłem o niej na spotkaniu redakcji „Dekady Literackiej”[1], ale raczej nie wzbudziła entuzjazmu; potem Łukasz Tischner – po dłuższej rozmowie – zamówił tekst o „mistyce nadwiślańskiej”, cytując stryka: „Jakby tego, co Jasiek pomyśloł, nie było, toby było cuć, ze tego brakuje”[2]. Myśl pomyślałem dawno, ale to, co ona myśli, jest nierozpoznane – i „cuć, ze [jej] brakuje”.
Choć problem mnie przerasta, wiem, że muszę go poruszyć i że go upraszczam – muszę poruszyć nie po to, by epatować pomysłami, do których „nie mam prawa”, lecz po to, aby sprowokować ludzi kompetentnych, by wszczęli gruntowne badania, do których wzywa także Józef Tischner, pisząc wprost o potrzebie „naukowej refleksji nad mistyką”[3] Faustyny Kowalskiej. Myślę, że nie tylko jej.
Istnieje mistyka wieku XIV: romańska, czytelna w pismach Jana Gersona, profesora Uniwersytetu Paryskiego; angielska zawarta w Obłoku niewiedzy i pismach Julianny z Norwich. Jest też „mistyka flamandzka” Jana Ruysbroeka, Tomasza z Kempis i Dionizego Kartuza. Wreszcie dominikańska „niemiecka mistyka spekulatywna” (zwana nadreńską): Teodoryka z Freibergu, Jana Eckharta, Henryka Suzo i Jana Taulera. Centralną postacią mistyki niemieckiej i nadreńskiej był Jan Eckhart zwany Mistrzem; dla moich celów wystarczy przyjrzeć się jego myśli, dotykając najpierw myśli Teodoryka z Freibergu. Myśl Teodoryka i Eckharta także zwana jest mistyką spekulatywną, dodam: filozoficzną. Nie bez podstaw Władysław Tatarkiewicz omawia ją w swojej Historii filozofii, a Stefan Swieżawski w Dziejach europejskiej filozofii klasycznej. Ważna jest dla mnie nazwa: „mistyka nadreńska” – i to, że była ona spekulatywna.
Myślę, że na przełomie wieków XIX i XX, a głównie w wieku XX powstała w Polsce „mistyka nadwiślańska”. Podsuwając tę nazwę, wyobraźnia odsłoniła przede mną niektóre pokrewieństwa myśli i postaw jej kluczowych postaci: Adama Chmielowskiego, Faustyny Kowalskiej, Karola Wojtyły/Jana Pawła II, Jana Pietraszki i Józefa Tischnera. Mistyka nadwiślańska nie jest spekulatywna, choć nie stroni od filozofii, a zwłaszcza od mądrości… – uznając doniosłość i teorii, i praktyki, kładzie jednak nacisk na praxis. Charakterystyczna jest dla niej nie tyle spekulacja, ile eksplikacja, tłumaczenie pewnych religijnych faktów. Przede wszystkim jednak jest mistyką, w której centrum stoi więź dialogu serca Boga z sercem człowieka. Dialog z serca do serca.
W stronę Renu
Mistykę nadwiślańską łatwiej pojąć, zestawiając ją z mistyką nadreńską, która karmiła się metafizyką neoplatońską i stworzyła swoistą teorię człowieka oraz „budowy” duszy ludzkiej. Stefan Swieżawski, na którego wykładach całkowicie tu polegam, pisze o Teodoryku:
Emanatyzm Teodoryka można określić jako intelektualny. Bóg działa jak intelekt wyższy. Wprawdzie byty pośredniczą w stwarzaniu, ale wszystkie one są tworami Bożymi, i to substancjalnie różnymi od Boga. Teodoryk wprowadza pluralistyczną poprawkę do Proklosa: „Jak wszystko intelektualnie pochodzi od Boga, tak wszystko się do Niego zwraca”[4].
Mistrz Eckhart również wyznaje mistykę spekulatywną, choć nie chciałbym zawężać jego myśli.
Najważniejsze sfery refleksji Eckharta to Bóg i człowiek. Podkreślając Bożą transcendencję, powiada, że dwa pojęcia – poznanie i istnienie – pozwalają nam jakoś zbliżyć się do zrozumienia Boga. Poznanie Boże jest podstawą dla istnienia Boga, to znaczy, że istnienie w Bogu jest czymś wtórnym. (…) „Zatem wydaje mi się, że Bóg nie dlatego poznaje, że jest, ale jest, ponieważ poznaje, toteż Bóg jest intelektem i poznaniem, a owo poznawanie jest podstawą Jego istnienia”. (…) „Samo poznanie zajmuje pierwsze miejsce pośród doskonałości, a po nim są byt lub istnienie”[5].
Bóg jest więc intelektem, istnienie zaś jest dopiero stworzeniem. Nie ma na razie mowy o miłości i miłosierdziu, a unio mystica osiągalna jest dla człowieka dzięki intelektowi! Pisze Swieżawski: „Istoty rzeczy przed ich stworzeniem tkwią w Bogu jako idee. Wypowiadając w Słowie siebie, wypowiada Bóg również wszystkie rzeczy”[6]. Także człowieka, a jak stwierdza Swieżawski:
Pośród władz duszy najwyższą jest rozum (ratio). Za Augustynem wyróżnia Eckhart dwojaki rozum, wyższy i niższy (superior i inferior). (…) Szczytem owej ratio superior jest zjednoczenie rozumu, woli i pamięci oraz kontakt z Bóstwem. Szczyt ten nazywa Eckhart Seelenfünklein. Tak określa Eckhart owo abditum animae. Ów płomyczek duszy to pewna siła, dzięki której dusza otwiera się na prawdę Bożą, na Bożą dobroć, i dzięki której dusza jest naprawdę wolna. Jest to najgłębsze dno i otchłań duszy, poprzez którą nawiązujemy kontakt z istotą Bożą. Dzięki owemu płomyczkowi jest w nas obraz i podobieństwo Boga, obraz Trójcy polegający na zjednoczeniu rozumu, woli i pamięci[7].
Najważniejsze jest dla mnie przekonanie Eckharta, że droga do Boga prowadzi poprzez pracę nad świadomością – i szczególne rozłożenie akcentów! Ważna jest dusza, siedziba świadomości.
W naszej drodze do Boga wychodzimy od niższego rozumu, aby przejść do ratio superior i wreszcie do płomyczka duszy, do owego niestworzonego światła Bożego. Dążąc do niestworzonego, musi dusza porzucić wszystko, co stworzone. Wyjątkiem jest tylko nasza dusza, ja, które wiedzie nas do Boga. Najważniejsze w tej drodze jest uświadomienie sobie, że rzeczy same w sobie są niczym. Będąc z siebie nulleitas, całe swe istnienie mają byty od Boga. (…) Trzeba się dopiero całkowicie wyzwolić ze wszelkiego balastu rzeczy, stać się ubogim i tak wkroczyć w mistyczną ciemność niewiedzy[8].
Istotny jest nacisk na poznanie i swoistą bezcielesność, nieobecność ciała na drodze ku Bogu.
Mistyka serca
Mistyka nadwiślańska prawdę o człowieku ujawnia na innej drodze, nie poprzez odsłonięcie statycznej struktury ludzkiego bytu i „ulokowanie” w niej związku z Bogiem, wskazanie „Bożego mieszkania” w duszy, lecz poprzez ujawnienie dramatu wcielenia i odkupienia, w którym człowiek uczestniczy. Dramat nie jest pojęciem ogólnym, pod które się podpada, człowiek uczestniczy w nim w pełni swej egzystencji. Rozgrywa się on na scenie świata, ale nie o scenę tu chodzi, ale o uczestników: Boga i człowieka oraz przeciwnika Boga i przeciwnika człowieka. Mistykę nadwiślańską – przynajmniej częściowo – stworzyli artyści: Adam Chmielowski i Karol Wojtyła, oraz filozof dramatu o duszy pisarza-poety: Józef Tischner. Mistyczne są niektóre pejzaże Chmielowskiego, w tym Zawale, bardziej jednak obraz Ecce Homo, ponieważ między fałdami „szkarłatnego płaszcza” kryje w sobie wizerunek Serca Jezusowego. Karol Wojtyła był poetą i aktorem. Osoba i czyn Adama Chmielowskiego odcisnęły na nim swe piętno, o czym świadczą teksty Wojtyły i jego późniejsze czyny – aż po kanonizację Brata Alberta. Piętno, znamię odcisnęła na Karolu Wojtyle także osoba i wizja Faustyny Kowalskiej, którą wolno postawić obok Adama Chmielowskiego, bo wnikała w to, co on czynił: w Miłosierdzie Boga, i stworzyła nabożeństwo, które nadaje sens takiemu działaniu. Adam Chmielowski owego nabożeństwa nie znał, ale zrealizował zawarte w nim domaganie się czynu. Jan Paweł II kanonizował i Adama Chmielowskiego, i Faustynę Kowalską. U Adama Chmielowskiego i u Faustyny Miłosierdzie wiąże się z malarstwem, z obrazem. Chmielowski Ecce Homo namalował sam, Faustyna wykonanie wizerunku Miłosierdzia Bożego zleciła Eugeniuszowi Kazimirowskiemu. Jan Paweł II – przekonany przez Faustynę Kowalską – powierzył w Łagiewnikach świat Bożemu Miłosierdziu. Najpierw jednak – inspirowany Dzienniczkiem – napisał encyklikę Dives in misericordia. Na stronie tytułowej każdego egzemplarza tego dokumentu powinien znajdować się obraz Rembrandta Powrót syna marnotrawnego; z nieznanych mi powodów nie sięgnięto jednak po to arcydzieło.
Z osobą Faustyny Kowalskiej nierozerwalnie wiąże się ikona Chrystusa zmartwychwstałego, czyli obraz Bożego Miłosierdzia. Tę namalował właśnie Eugeniusz Kazimirowski. Obraz jest artystycznie słaby, ale czuć w nim prawdę Najświętszego Oblicza, której brak w obrazie Hyły.
Obydwa obrazy: Ecce Homo i Jezu, ufam Tobie, łączy Serce – u Chmielowskiego czytelne wewnątrz kompozycji płótna (jaśniejsza, centralna partia sukni Jezusa „obrysowana” płaszczem), w obrazie Bożego Miłosierdzia ukryte jako niewidzialne źródło widzialnego światła. Mistyka nadwiślańska nie jest spekulatywna, choć nie jest bezrozumna. Jest mistyką ulokowaną w sercu jako centrum emocji – emocji rozumnych.
W przypadku Faustyny Kowalskiej doświadczenie miłosierdzia przybrało postać wizji, ona widziała Chrystusa. Nie ratio superior, ale serce w człowieku porozumiewa się z sercem Boga. Rozumienie z serca do serca. „Jezu, serce Twoje jest od dziś moją własnością, a moje serce jest Twoją wyłączną własnością”[9]. „Miłosierdzie Twoje sprawia, że znika między nami przepaść, która dzieli Stwórcę od stworzenia” – nie ratio superior, nie spekulacja, nie rozum teoretyczny. Jednak Faustyna nie wyrzeka się mądrości, choć jest to mądrość nie tyle spekulatywna, ile „serdeczna”. Pisze:
Jezu, daj mi rozum, wielki rozum (oświecony wiarą), jedynie po to, abym Cię lepiej poznała, bo im lepiej Cię poznam, tym goręcej Cię ukocham. Jezu, proszę Cię o potężny rozum w rozumieniu rzeczy Bożych i wyższych. Jezu, daj mi rozum wielki, którym poznawać będę Twą Boską Istotę i Twoje życie wewnętrzne, Troiste[10].
Faustyna, nie wiedząc o jej istnieniu, głosi zasadę fides quaerens intellectum! Prosta zakonnica z Łagiewnik odsłania tę prawdę: istotą Boga jest Miłość udzielająca się jako Miłosierdzie. Jest to swoiste odejście od teorii ku praxis: obraz ma „przypominać żądania mojego miłosierdzia, bo nawet wiara najsilniejsza nic nie pomoże bez uczynków”[11].
Siostra Faustyna była na sztukę chyba obojętna, jednak Chrystus kazał jej namalować obraz, ikonę przedstawiającą Jego samego – zmartwychwstałego. Obraz ten przedstawia frontalnie postać mężczyzny z brodą i wąsami, o długich włosach i pociągłej twarzy, ubranego w białą szatę, stojącego na mrocznym tle. Kazimirowski potraktował tę postać realistycznie; podobno pozował mu ksiądz Sopoćko w albie. Nierealne są tylko promienie światła wydobywające się spod sukni mężczyzny. Dzienniczek Faustyny Kowalskiej pozwala zinterpretować ową postać jako Jezusa Chrystusa zmartwychwstałego, zaś miejsce, z którego wydobywają się promienie, określić jako ranę w boku, zadaną Ukrzyżowanemu włócznią. Barwy, którymi namalowano postać Jezusa, interpretujemy jako barwy przedmiotów przedstawionych w obrazie – ciała, sukni, tła… Barwy promieni nie są cechami przedmiotów, promienie te są białe i czerwone. Wiemy, co oznaczają: biały – wodę, która usprawiedliwia dusze, czerwony – krew, która jest życiem dusz. Promienie rozchodzą się z jednego miejsca, wytryskują z Serca Jezusa i rozchodzą się secundum modum emanationis – z góry na dół, tak namalowane zostały w obrazie, choć Faustyna pisze, że rozchodziły się raczej od centrum ku peryferiom. Obraz Bożego Miłosierdzia przywołuje neoplatońską metafizykę światła, głównie tę Dionizego Pseudo-Areopagity. Miłosierdzie wytryskuje z jednego serca, jednego centrum – i rozchodzi się na wielość bytów, ogarniając wszechświat. Na obrazie barwy rozchodzą się od centrum na zewnątrz. Tworzą kontinuum czerwieni oraz bieli blednących i słabnących, które tracą nasycenie na peryferiach. Nie można wyznaczyć granicy, na której się kończą.
Dlaczego Miłosierdzie przyjmuje postać światła, a nie jakiegoś wołania? Im bardziej o tym myślę, tym bardziej mnie to zdumiewa. Krew i woda z przebitego boku Jezusa zmieniają się w światła o dwóch barwach, bijące blaskiem z postaci (Gestalt!) Zmartwychwstałego. Co takiego tkwi w symbolu światła, że „użył” go sam Chrystus zmartwychwstały?[12] Oczywiście, Miłosierdzie udziela się, est diffusivum sui, i najłatwiej to pokazać, sięgając po metaforę światła – metafora wody bijącej ze źródła, używana do opisu łaski, gorzej się do tego nadaje. Myślę jednak, że kluczowe jest tu piękno Miłosierdzia, o którym się raczej nie wspomina, a do istoty którego należy blask, claritas. Blask piękna symbolizuje światło, nie głos, nie wypływ wody ze źródła. Ono udziela się ze swej istoty, niejako z konieczności, choć wpisane jest w nie oczekiwanie, że jednak ktoś obdarzony miłosierdziem nie odrzuci go, że odpowie… Tischner pokaże, że ono udziela się nie dlatego, iż musi, ale dlatego, że chce. Oczywiście, możliwe jest zamknięcie oczu na światło i wybór ciemności, jednak światło i tak świeci dalej i czeka… Owszem, Miłosierdzie jest odciśnięte w piśmie, w Dzienniczku, ale nie może się obyć bez malarstwa, bez obrazu światła, które są nierozerwalnie wpisane w kult Miłosierdzia.
Promienie, ogarniając wszechświat, przenikają go i wolno powiedzieć, że obraz pokazuje poznawanie wszystkiego (ludzi i nie-ludzi) sercem, swoiste rozumienie sercem. Sercem rozumnym, widzącym – widzeniem serdecznym.
Światłu Miłosierdzia padającemu z Serca Jezusa i rozumieniu sercem przeciwstawić trzeba światło, o którym mówi gnoza i które najlepiej ilustrują prace Williama Blake’a (zob. ilustracja na str.…). Jest to światło wiedzy, która – wedle gnozy – zbawia, która jednak może także dać władzę, co widać w symbolu zapalonej pochodni. To również światło, o którym mówi tzw. gnoza lucyferyczna.
Nie miejsce tu rozważać te sprawy. Interesujące jest tylko, że tak Miłosierdzie, jak i gnoza sięgają do symbolu światła. Z tą różnicą, że światło gnozy nie zakłada uprzedniej ofiary krzyżowej, zaś światło Miłosierdzia mogło wytrysnąć dopiero wtedy, gdy otwarto bok Chrystusa na krzyżu; blask Miłosierdzia oświeca wszystkich, jest diffusivum sui, oświeca dlatego, że chce, zaś światło gnozy świeci tylko wtajemniczonym i niekoniecznie łączy się z dobrem.
Trzeba jeszcze dodać, że obraz Bożego Miłosierdzia wprowadza neoplatonizm do wnętrza mistyki nadwiślańskiej, ale akcentuje nie udzielanie się rozumu czy bytu, tylko dobra, miłości, która przyjmuje postać miłosierdzia. Jest to udzielanie się wolne, nie z konieczności. Praxis miłości – oczywiście, nie bezrozumnej!
Inność Karola Wojtyły
Osoba, czyny i myśl Karola Wojtyły/Jana Pawła II była i jest przedmiotem wnikliwych badań wielu autorów na całym świecie. Nie będę z nimi konkurował, ograniczę się do myśli moich, co nie znaczy oryginalnych. „Widać” było jego zjednoczenie z Bogiem na modlitwie, Bóg jakby przez niego przezierał… Nie ma wątpliwości co do tego, że Jan Paweł II był mistykiem. Dlaczego jednak nadwiślańskim? Przecież należy on do całego świata. Myślę, że na analogicznej zasadzie jak Jezus – który należąc także do całego świata, był mistykiem żydowskim, który partycypuje w modlitwie Proroków i Psalmów, odchodząc „na górę, by się modlić”, idzie niejako na Synaj, żeby rozmawiać z Ojcem. Wstępuje na górę Tabor, odsłaniając swą postać[13]. A słowo na Synaju ciągle brzmi, Tabor trwa.
Było z Karolem Wojtyłą i papieżem Janem Pawłem II chyba tak, jakby widząc Jezusa na co dzień, widział jednocześnie Jego chwałę na Taborze i słyszał, co mówią do Niego Mojżesz i Eliasz. Był bowiem prorokiem, czyli widzącym sens, którego nie widzą inni. Jeszcze inaczej: po Komunii świętej żyje w nas Chrystus. Większość z nas nie widzi Go. Papież, widząc człowieka, widział zarazem żyjącego w nim Chrystusa. Dane mu były obie strony rzeczywistości niejako równocześnie.
Był inny. Jako wikary od św. Floriana spowiadał moją śmiertelnie chorą matkę. Gdy wyszedł, widziałem jej głębokie poruszenie: „Ten ksiądz jest inny”, szepnęła. Miała na myśli inność w stosunku do znanych jej księży, ale chyba i tę, której doświadczałem nawet z dala. Doświadczał jej także Józef Tischner, który powiedział kiedyś mniej więcej te słowa: „Jak jesteś daleko od Kardynała, to jego osoba cię przyciąga, jesteś mu bliski; w miarę jednak, jak się do niego zbliżasz, tężeje niewidzialna ściana, która staje się nieprzebyta, gdy zbliżysz się doń za bardzo”. Wojtyła mieszkał w twierdzy otoczonej zewsząd niewidzialnym murem. Jego inność polegała na tajemniczej relacji łączącej go z Bogiem. Bóg – na oczach świata – zawarł z nim mistyczne małżeństwo. Jak chcą ukochani przez Papieża mistycy Karmelu, polega ono na tym, że Bóg zespala się z duszą tak ściśle jak dwa zmieszane ze sobą światła.
Pamiętam też inny stosunek Karola Wojtyły do człowieka. Pamiętam spotkanie z nim w Zakopanem. Była zima, a Jacek Woźniakowski, dowiedziawszy się, że Kardynał jest u sióstr urszulanek w Borach, zaprosił go na Koziniec. Pojechaliśmy do klasztorku, Kardynał wzbraniał się, ale w końcu zaproszenie przyjął. Na Kozińcu siadł w kącie na wpół otulony płaszczem i prawie się nie odzywał – zagadywany przez Jacka Woźniakowskiego o sprawy Kościoła odpowiadał: „Dajcie mi spokój”. Karol Tarnowski mówił coś o teologii i filozofii, Kardynał rzucił chyba te słowa: „Dziś teologia nie ma narzędzia metafizyki”. Poza tym wtrącał urywane słowa i krótkie zdania, więcej jednak milczał. Doświadczałem obecności kogoś absolutnie autentycznego, bez maski. Wiedziałem, że on nic ze mną nie chce „zrobić”, nigdzie zapędzić, do niczego nakłonić, a tym bardziej zmusić. W niczym mi nie zagraża, niczego mi nie chce „wcisnąć”, nie było w nim cienia czegokolwiek, co mogłoby wzbudzić moją nieufność, podejrzenie, że on „teraz daje, ale potem zażąda”. Ukazało mi się „nagie” człowieczeństwo, bez „gęby”, nagie nagością nieosiągalną dla innych, człowieczeństwo to było jednym z sercem, które – jak się potem okazało – ukochało „do końca”. Jan Paweł II chętnie i z naciskiem powtarzał te słowa świętego Jana (por. J 13, 1), mając na myśli miłość Chrystusa. Jednak widzę także jego – Jana Pawła II – miłość „do końca”, czyli „bez reszty”, bez wyznaczonej miary: miłość Boga i każdego człowieka.
Locus naturalis miłości jest serce i Papież je otwierał, co przed nim w Kościele wcale nie było częste. Serce i emocje należało ukrywać, ich odsłanianie – właśnie odsłanianie – potępiano. Dobrze pamiętam sztywnych, opancerzonych księży, naganę udzielaną przez nich moim emocjom, ściśnięte wewnętrznym gorsetem, zesznurowane zakonnice… Nie pozwalano sobie na odruchy serca, bo serce zwodzi na manowce, wszystkim miał rządzić intelekt czynny, emocje, a więc ich źródło – serce, a także wola miały mu być poddane. Wszystkich – z niewielkimi wyjątkami – trzymał w karbach Arystoteles ze Stagiry razem ze świętym Tomaszem z Akwinu i w pewnej mierze Immanuelem Kantem z Królewca. Naturalnie otwarte serce Jana Pawła II to nie było „serce na dłoni”, to było serce zamieszkałe w wewnętrznej twierdzy – i dlatego właśnie otwarte dla wszystkich.
Wiadomo, że Karol Wojtyła chciał wstąpić do Zakonu Braci Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel, że przyjął szkaplerz, że dysertację doktorską poświęcił świętemu Janowi od Krzyża. Wiadomo, że bliska mu była siostra Teresa Benedykta od Krzyża – Edith Stein, której osoba i ofiara przyciągały jego uwagę już wtedy, gdy zainteresowanie nią nie wychodziło poza wąskie kręgi. Zaprosił Romana Ingardena do siebie na Franciszkańską, prosząc go o wspomnienie o niej. Przypominam, że głównym dziełem siostry Teresy Benedykty jest Wiedza Krzyża. Piszę o tym, bo Jan od Krzyża – a szerzej: Karmel – wiąże Karola Wojtyłę z Adamem Chmielowskim i wskazuje na oś jego duchowego życia.
Jednak w Polsce z Karmelem związało się wielu, wielu studiowało pisma Jana od Krzyża, wielu nosiło szkaplerz… Inność Karola Wojtyły wynikała z działającej w nim łaski, charyzmatu – wszak łaska to po grecku charis. Inność związku Karola Wojtyły z Krzyżem, z ofiarą Chrystusa polegała na tym, że uczynił on z Krzyża i ofiary ethosoporu przeciwko totalitarnemu zniewoleniu. Ofiarował siebie przeciw przemocy. Więcej: przeciw złu osobowemu, szatanowi, który tkwił i w faszyzmie – o czym wspominali ludzie z otoczenia Hitlera; i w komunizmie – o czym ponoć mówił kardynał Wyszyński i pisał Aleksander Wat. Zresztą i bez tych świadectw szatański korzeń drzewa faszyzmu i drzewa komunizmu poznać można po przerażających owocach. Krzyż i ofiara w tajemniczy sposób wiążą Karola Wojtyłę z Faustyną Kowalską. On od początku ufał Faustynie i – wierząc jej wizjom – poświęcił świat Miłosierdziu Bożemu. Poświęcił w Krakowie – w Łagiewnikach! Dlaczego…