Stało się bowiem, że włoski superbramkarz Dino Zoff przyjechał na mistrzostwa w aureoli niepokonanego: od dwóch lat, czyli kilkunastu już meczów w drużynie narodowej, nie przepuścił gola i rekord ten ciągle poprawiał a śrubował, dziennikarze zaś oddawali się językowemu racjonalizatorstwu, ściągając kolejne uzdy metaforyce, w której wyczyn Zoffa opiewali, liczyli mu minuty wspaniałej passy, których było już ponad tysiąc i typowali, kto też pierwszy podczas tych finałów może dać mu radę. I nikt chyba nie stawiał, iż będzie to Emmanuel Sanon obdarzany przez Haitańczyków przydomkiem „Ti Manno”. Jak to ładnie napisano na stronie rediscoverhaiti.com: „Ti Manno of Haiti was the first soccer player to penetrate the virgin nets of Dino Zoff”. Ja bym napisał, że Ti Manno strącił Zoffowi aureolę. To było od razu na początku drugiej części meczu. Pierwsza, jak łatwo się domyślić, była haitańskim Wembley z bramkarzem Francillonem w głównej roli. Ale w czterdziestej siódmej minucie Sanon dostał od Philippe’a Vorbe’a długie podanie na dobieg i w stylu Laty popędził naprzód, wyprzedził obrońcę Spinosiego, który w stylu McFarlanda szarpał go z tyłu za wierzchnią odzież, jednym zwodem położył Zoffa spać i posłał piłkę do pustej bramki, wskutek czego haitański komentator telewizyjny przez minutę nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku poza powtarzalnym rykiem „Vive l’Haiti!”. I tak oto rekord Zoffa, do dziś, zdaje się, niepobity, ustalony został na poziomie tysiąca stu czterdziestu dwóch minut. Zanim Polacy stanęli na murawie Stadionu Olimpijskiego w Monachium naprzeciw Haitańczyków, którzy takiego stracha napędzili Włochom, doszło w naszym obozie, a konkretnie w organizmie Antoniego Szymanowskiego, do afery dopingowej. Było to godne Radia Erewań zagadnienie kryminalne, którego wszystkie wątki i niuanse do dziś pozostają niejasne poza tym jednym, że nikt tam żadnego dopingu nie brał. Z komiksu Rosińskiego wynika, że przed meczem z Haiti szef sztabu medycznego polskiej ekipy, słynny doktor Garlicki, odezwał się w szatni znad gazety: „Przypisali nam branie środków dopingowych”, na co trener Górski odparł z prostotą: „Jeszcze jedna prowokacja springerowskiej prasy”. Z zeznań Szymanowskiego złożonych współcześnie przed Markiem Wawrzynowskim na łamach springerowskiego „Przeglądu Sportowego”, wyłania się obraz następujący: „Szymanowski po meczu z Argentyną został wzięty na badania antydopingowe. A po następnym meczu z Haiti niemiecki »Bild« napisał, że »wpadł« jeden z Polaków. Podejrzenie padło na Szymanowskiego. – Wszyscy zaczęli wypytywać. Jak człowiek jest podejrzewany, to sobie mózg pierze: »A może było tak, że coś mi dosypali? A może jednak coś było w pierogach?«. Wszystko się w głowie pomieszało. Dobrze, że zdrowy chłop był ze mnie i nie brałem żadnych prochów, bo wtedy to by dopiero było… (…) Okazało się, że faktycznie doping wykryto, ale u piłkarza Haiti”. Tomaszewski, odsłaniając Kulisy reprezentacyjnej piłki, inne wskazywał przyczyny afery. Jego zdaniem, kiedy z laboratorium nadeszła informacja o negatywnym wyniku badania Szymanowskiego, wszyscy, łącznie ze słynnym doktorem Garlickim, uznali, że oznacza to wynik negatywny w potocznym znaczeniu, po prostu „zły” wynik. Wynikałoby z tego, że źródło afery biło w samym łonie naszej drużyny narodowej. Prawda leży zapewne prawie pośrodku, tylko tak bardziej z boku. Jeden z Haitańczyków rzeczywiście zjadł pieróg zakazany, więc dziennikarze mogli mieć przecieki, że coś u kogoś w pomeczowych sikach znaleziono (nawiasem mówiąc, był to pierwszy w historii piłkarz wykluczony z finałowych rozgrywek za doping). I kiedy springerowski szpicel podejrzał Szymanowskiego rozdłubującego sznycel pod lupą albo nosy innych Polaków zwieszone na kwintę, wysnuł wnioski tyleż oczywiste, co błędne, i z typowo niemiecką butą natychmiast je opublikował. 19 czerwca ze swej szatni wypadła na naszych haitańska horda. Dzicz ledwie co oderwana od stęp i dzid. Byli owi Haitanie skoczliwi jako małpy i jako małpy podobni do siebie. Zabawny epizodzik z tym związany miał miejsce, kiedy Sanon groźnie nas zaatakował, a od razu po tej akcji Musiał zaszedł go od tyłu, żeby sprawdzić po numerze, co to za jeden i czy nie on, Musiał, miał go kryć. Jedyny biały zawodnik w haitańskiej drużynie nazywał się Vorbe. Polacy zagrali tak ofensywnie, Szymanowski tak wyrywał do przodu, że jego obraz nakładał się chyba Ciszewskiemu na Kasperczaka, bo kilka razy mowa jest o „Henryku Szymanowskim”. Przez kwadrans przeciwnicy trzymali się dzielnie, ale w siedemnastej minucie ten, co zastąpił dopingowca, niejaki Andre, tuż przed swoją bramką dostał nogopląsu, skiksował i zostawił piłkę Lacie, a Lato to Lato, więc już po chwili, jak to biblijną frazą podsumował Ciszewski, zapanowała „radość wśród kibiców Juventuru i Sport Touristu”. Na ciemnym tle egzotycznego rywala wszystkie jasne punkty polskiej drużyny były znakomicie widoczne. Gadocha trzy razy w tym meczu wykonywał rzuty rożne i po każdym z nich padała bramka. Rozluźnieni napastnicy dali nawet Gorgoniowi strzelić sobie po rzucie wolnym gola z trzydziestu metrów. Żeby nie przedłużać: skończyło się wynikiem 7:0. Manno Sanon strzelił jeszcze gola Argentynie i choć jego drużyna poniosła wyłącznie sromotne porażki, stał się na rodzinnej wyspie bohaterem narodowym: śpiewano o nim piosenki, a w 2000 roku nadano mu oficjalny tytuł Haitańskiego Sportowca Stulecia. Nawiasem mówiąc, fakt, iż tytuł ten przyznano zawodnikowi drużyny, która z mistrzostw świata wróciła bez punktu i z bagażem czternastu bramek przy zdobytych zaledwie dwu, wiele mówi o haitańskim sporcie w ubiegłym stuleciu, ale przecież nie będziemy sobie żartować z jednego z najbiedniejszych krajów świata. Po latach Deyna miał jeszcze grać z Sanonem w jednym klubie, w San Diego Sockers. Dziś obaj już nie żyją. Deyna, wiadomo: zginął w San Diego w wypadku samochodowym w 1989 roku. Sanon zmarł na raka w 2008 roku w Orlando na Florydzie. Na pogrzebie Deyny było około stu osób, w tym nikogo, kto by przyjechał z Polski. Sanona żegnało ponad dwadzieścia tysięcy ludzi. Począwszy od meczu z Włochami, 23 czerwca w Stuttgarcie, niemiecki mundial wszedł w nową, jeszcze wspanialszą fazę. Zaczęły się wakacje i wywieziony zostałem do Mielca do ciotki, która owszem, miała imię i nazwisko, ale w mojej rodzinie funkcjonowała jako Ciotka z Mielca. Chyba bez żalu pożegnałem Toscę Lux Adamczyków i udałem się na to słoneczne, czerwcowe wygnanie. Bywałem w Mielcu na wakacjach kilkukrotnie, żyło się tu po miejsku i nowocześnie, z ciotecznymi siostrami poznawałem uroki lodów w kawiarni, tu zaliczyłem kino i pierwszy w życiu spektakl w teatrze, widziałem też stadion Stali, za to na oczy nie widziałem mieleckiego kościoła. Siostry, dorosła Halina i prawie dorosła Danka, kibicowały brylującym w piłkarskiej kadrze chłopakom z Mielca: Kasperczakowi, Lacie i Domarskiemu. Od kilku lat miasto żyło niespodziewanymi sukcesami piłkarskimi tutejszej drużyny, w którą fabryka samolocików włożyła spore pieniądze, toteż nikt się tu nie dziwił, że piłka nożna zaczarowała i mnie. Tymczasem tabela wyglądała tak, że, biorąc za pewnik zwycięstwo Argentyny nad Haiti, Włosi potrzebowali przynajmniej remisu z nami, aby przejść do kolejnej tury. My zaś takiego awansu byliśmy już pewni, mogliśmy nawet przegrać sobie z Włochami 0:10, gdyby nas naszła taka fantazja. Ale polska fantazja, w odróżnieniu od haitańskiej, ciągnie nas przecież nie ku porażkom, lecz ku zwycięstwom. W meczu tym stawką był jedynie honor, ale honor właśnie jest tym, czego Polak ma najwięcej, a im więcej go ma, tym bardziej jeszcze go pożąda. I nasi walczyli o ten honor jak o życie. Sytuację mieli utrudnioną, gdyż trzy czwarte półmiska Neckarstadionu przywaliło niczym trzydzieści tysięcy makaroników trzydzieści tysięcy Włochów, i ułatwioną, gdyż w zespole włoskim wystąpiły jakieś niestyki i trener Valcareggi nie wystawił przeciw nam dwóch wielkich gwiazd, Gianniego Rivery i Luigiego Rivy. Po pierwszej akcji meczu wydawało się, że Polacy rzeczywiście mają zamiar przegrać dziesięć do jaja, bo w efekcie parady Tomaszewskiego, podczas której jego ręce okazały się o dwa metry za krótkie, i niedoróbki Szymanowskiego, który mentalnie chyba przebywał jeszcze w szatni, Anastasi znalazł się cztery metry przed naszą pustą bramką z piłką u nogi. Z wrażenia nie trafił jednak nie tylko do bramki, ale nawet w piłkę. Potem gra się wyrównała, ale my dopiero po dwudziestu minutach napędziliśmy stracha Włochom, kiedy „milimetry dzieliły nas od pierwszej bramki” po strzale Maszczyka z drugiej linii. Był to piękny, niezapomniany mecz. W obu drużynach cudów dokonywali piłkarze drugiego planu, na co dzień mało widoczne mięso armatnie futbolowych strategii. U Włochów szalał przede wszystkim Anastasi, u nas mecz życia zagrali tego właśnie dnia Kasperczak, Maszczyk, Szymanowski i Musiał. Długimi okresami nasi stosowali niemrawy z pozoru „atak pozycyjny”, jak to określał Ciszewski: „szanowali piłkę”. Czyli nie spieszyli się z kolejnym kopnięciem, nie szarżowali, panowali nad sytuacją, podczas gdy Włosi z jęzorami na brodach przeciwnie, wszystko starali się zrobić na wczoraj, zwłaszcza kiedy już stracili dwa gole jeden po drugim. Jakże przyjemnie będzie to opisać! Najpierw w trzydziestej dziewiątej minucie Kasperczak z precyzją odrzutowego samolotu rolniczego produkowanego w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego w Mielcu zacentrował w pole karne. Szarmach, zobaczywszy przed własnym dziobem piłkę lecącą dokładnie na jego kursie, wspaniałym półszczupakiem wyprzedził obrońcę i szlachetnie sklepionym czołem palnął piłkę, która poszybowała w okienko bramki Zoffa. Daremnie wielki Dino wił się w powietrzu jak ryba wyrzucona na piasek, mimo efektownej parady nie miał szans nawet dotknąć wpadającej do bramki piłki. Określenie „strzał nie do obrony” jest trochę w piłkarstwie nadużywane, ale to był właśnie ten przypadek. Potem nastąpiła krótka wymiana ciosów, miedzy innymi Tomaszewski obronił strzał Causia w pojedynku jeden na jednego, a w czterdziestej czwartej minucie Kasperczak znów znalazł się z piłką w tym miejscu, z którego podawał Szarmachowi. Ciszewski miał nosa, bo zapytał w tej właśnie chwili: „Czyżby powtórzył tę samą historię?” Ale Kasperczak tym razem podał po ziemi na mniejszą odległość, do nadbiegającego Deyny. Idealnie trafił w rytm jego biegu, „w tempo”, jak to się mówi. Deyna uderzył ze wszystkich sił, nadając piłce niebywałą rotację. Pękł mu przy tym but, taką moc miało to kopnięcie i takie stare były te buty – Deyna zwykł grać w swojej „szczęśliwej” parze adidasów. Piłka, która początkowo szybowała gdzieś w stronę niewidocznej wstęgi Neckaru, aby wylądować w krzakach, szybko zmieniła kurs i, zacieśniając łuk, zaczęła zbliżać się do bramki Zoffa. W połowie jej lotu zdawało się, że strzał będzie chybiony ledwie o dwa, trzy metry. Ale ona wciąż i wciąż ostrzej brała swój powietrzny zakręt. Daremnie wielki Dino, frunąc ku niej, wił się w powietrzu jak piskorz, któremu przypiekają pięty. To nawet nie był strzał niemożliwy do obrony. To był strzał niemożliwy do oddania. Piłka otarła się jednocześnie o pazury Zoffa i słupek, po czym zatańczyła w siatce radosnego, z polskiej ziemi pochodzącego oberka. W drugiej połowie Włosi oczywiście próbowali nas od początku przycisnąć, ale szło im to niesporo. Tomaszewski bronił strzały Anastasiego i Mazzoli („To nie są strzały, nie martwcie się o mnie!” – woła w komiksie do kolegów), a nasi napastnicy też pod włoską bramką nie spali. Choć na przykład Lato w tym akurat meczu zdziałał wyjątkowo mało jak na niego. Za to w siedemdziesiątej minucie po kornerze Maszczyka główkował Deyna i tym razem piłka obeszła słupek chyba naprawdę w odległości kilku milimetrów. Parę minut później ten sam Deyna, mając podaną z autu piłkę, dokonał wielkiej sztuki: bez dotykania piłki, samym balansem ciała zrobił zwód, który obalił na ziemię włoskiego obrońcę i pozwolił polskiemu kapitanowi wyjść na czystą pozycję, gdzie powstrzymał go dopiero Zoff. No i wróćmy teraz dla spotęgowania emocji, proszę państwa, do czasu teraźniejszego: do końca meczu pozostaje już tylko dziesięć minut, Włosi biją pięć rzutów rożnych jeden po drugim, Tomaszewski uwija się jak ruski przy pierogach, broni główkę Facchettiego z trzech metrów, niedługo potem tak dziwnie, jakby miał plecy z przodu, odbija piłkę, chociaż nie wie, gdzie ona jest, prawą nogą i lewą ręką jednocześnie, po czym już i piłka jest tak ogłupiała, że turla się na kolejny rzut rożny. Normalnie drugie Wembley się robi. Na cztery minuty przed końcem meczu piłkę wciska wreszcie do polskiej bramki Fabio Capello, ale jest to już łabędzie belcanto, wkrótce Wilson z rozpaczy ścina z nóg Maszczyka, który przekazał już piłkę partnerowi, ale nawet nikt nie ma o to do Wilsona pretensji, nasi podnoszą ręce do góry w geście triumfu, na trybunach radośnie powiewają dwie biało-czerwone flagi, gdzieś w okolicy Argentyńczycy mają już przygotowaną dla nas walizeczkę wypchaną honorem po brzegi. We wspomnieniach opublikowanych w 1991 roku Tomaszewski o tym nie wspomina. Ale akurat w kontekście meczu z Włochami zabiera głos na temat finansowej strony mistrzostw: „Zanim doszło do naszej potyczki z włoską drużyną, miało miejsce dowcipne zdarzenie związane z premiami za to spotkanie. (…) Nasi wspaniali działacze ustalili, że nie będą nam płacili za każdy mecz z osobna, tylko globalnie za wyjście z grupy. Było to 500 dolarów amerykańskich i 50.000 złotych. Ponieważ awans mieliśmy już w kieszeni, więc mecz z Włochami gralibyśmy za darmo. Paradoks ten zlikwidował wreszcie wspaniałomyślny gest prezesa Polskiego Związku Piłki Nożnej – Jana Maja. Zaoferował on nam, ponoć ze swojej kieszeni, po sto zachodnioniemieckich marek za zwycięstwo. Byliśmy zaskoczeni, bo wokół naszej ekipy zaczęły krążyć różne plotki o wypchanych szeleszczącymi banknotami to włoskich, to argentyńskich teczkach. Do ekipy sportowej składającej się z dwudziestu dwóch zawodników i trzech trenerów informacje te jakoś nie docierały”. Gdyby prezes PZPN wypłacił piłkarzom po sto marek z własnej kieszeni, to dopiero byłby paradoks! Paradoks Maja! W tym jednak przypadku mieliśmy do czynienia raczej z Paradoksem Gadochy. W połowie lat 90. Grzegorz Lato mówił w wywiadzie Wojciechowi Malickiemu, że Włosi bezskutecznie próbowali kupić od nas remis w przerwie meczu w szatni, zaś w 2004 roku ogłosił, że jeden z jego kolegów wziął od Argentyńczyków pieniądze za ogranie Włochów i nie podzielił się nimi z resztą drużyny. Na pytanie, dlaczego dopiero teraz o tym mówi, Lato odparł, że to z okazji trzydziestolecia polskiego sukcesu w RFN-ie. Który to był kolega, Lato nie powiedział – należy domniemywać, że dlatego, iż trzydziesta rocznica nie jest jednak tak okrągła jak pięćdziesiąta czy setna. Ale zgłosiła się za to była żona Gadochy. Nie wiem, czy akurat wypadły im perłowe gody, czy dziesiętnica rozwodu, w każdym razie pani Gadochowa potwierdziła, że łapówkę przejął jej mąż, a ona sama osobiście wpłacała w Niemczech argentyńskie srebrniki na ich konto. Od tego czasu honor polski liczony jest, choć po cichu, w gadochach. Nie bardzo chce mi się wierzyć, że pozostali piłkarze absolutnie o niczym nie wiedzieli. Prędzej uwierzę, że Gadocha wstawił im kit, że na przykład emisariusz Argentyny nie stawił się z kasą w umówionym miejscu albo coś podobnego. Gdybym był Grzegorzem Rosińskim i umiał rysować, rozrysowałbym ten akt dramatu następująco. Idzie Robert Gadocha niemiecką ulicą po meczu z Haiti. Kiedy zatrzymuje się przed wystawą sklepu z sukienkami i sentymentalnie marzy o sprawieniu prezentu żonie, podczołguje się do niego długowłose monstrum z teczką. Jest to prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Jan Maj, aktualnie przebrany za argentyńskiego napastnika Rubena Ayalę. – Wygrajcie z Włochami. Oto pieniądze – mówi prezes Maj. Celowo mówi tak zwięźle, żeby wszystko się w dymku zmieściło. Ale, żeby lepiej udawać Ayalę, mówi też po hiszpańsku. Dlatego Gadocha nie rozumie, co do niego mówią. Widzi jednak dwadzieścia cztery tysiące dolców w teczce, toteż przyjmuje ów dar. Po południu prezes Maj już bez charakteryzacji, w obecności wszystkich piłkarzy jak gdyby nigdy nic pyta Gadochę: – No i jak tam, Robert, było na spacerze? – Na spacerze jak na spacerze – odpowiada Gadocha, rumieniąc się biało-czerwono. – O mało nie kupiłem Irce sukienki, ale jakiś Cygan zwędził mi portfel z kasą. Taki kudłaty, podobny do tego z Argentyny, co grał z dwójką. Istnieje jeszcze jedna wielka narracja dotycząca tych mistrzostw, semiepos zatytułowany Cześć drużynie narodowej. Jest to summa całkowicie przemilczana przez nastawioną na ersatz, zapatrzoną w swój kosmopolityczny pępek polską krytykę literatury narodowej. Zaledwie jej fragmenty przedstawił Janusz Kidawa w filmie Polska gola z 1975 roku, po czym zapadło głuche i znamienne milczenie na temat tego dzieła, w całości dostępnego jedynie na prywaciarskich pocztówkach dźwiękowych z tamtej epoki. Stworzyła je Krakowska Szmelcpaka: „Cześć drużynie narodowej, hip hip hip hip hip hurra, to jest głos Polski sportowej, hip hip hip hip hip hurra! Dla trenerów…