Aby zobaczyć, jak wygląda, wystarczy spojrzeć na zdjęcie historycznego centrum Lhasy, bo przecież niepodległy Bhutan to cząstka dawnego Wielkiego Tybetu, która – obok innego skrawka, który przypadł Indiom – uniknęła chińskiej okupacji. W nieszczęsnej stolicy potężnego niegdyś państwa widzimy takie same wyniosłe i lekko pochylone mury białej cytadeli, takie same okna z okiennicami, ale bez szyb, tę samą pradawną architekturę zaradnych, twardych i wojowniczych górali. Bhutańskie dzongi – jako prowincjonalne – są mniejsze i uboższe, ale w odróżnieniu od tybetańskich swoją funkcję pełnią do dziś i nic nie wskazuje na to, by miały zostać zdegradowane jedynie do roli szacownych zabytków, chociaż w górskim królestwie dozwolone są już od wielu lat samochody, a jeszcze do tego telewizja, zaś w stolicy Thimpu funkcjonuje jedno skrzyżowanie ze światłami, a państwowy bank honoruje nawet karty kredytowe. Dzong jest sercem każdego powiatu, rezydują tam zarówno buddyjscy mnisi – mający także swą ostoję w licznych tutaj klasztorach – jak świecka władza lokalna. Udając się do powiatowego namiestnika, trzeba naprzód sforsować mnisi wianuszek, który obsiadł drzwi gabinetu, niby pogrążony w medytacji, ale wystarczająco czujny, by szczegółowo odpytać każdego interesanta.
Po Bhutanie cudzoziemiec nie może podróżować bez opieki, a na przejazd z powiatu do powiatu trzeba wcześniej uzyskać zezwolenie. Tak też zwiedzałem ten kraj pod opieką młodego aplikanta z tamtejszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Sympatyczny chłopak płynnie mówiący po angielsku przebywając z cudzoziemcami, demonstrował swe obycie w świecie i delikatne lekceważenie miejscowego zacofania. Nic to nowego pod jakimkolwiek słońcem, także polskim. W himalajskim królestwie jednakże presja tradycji usankcjonowana jest prawem, a każdy Bhutańczyk, gdy znajduje się w miejscu publicznym, musi przywdziać swoje gho, czyli strój narodowy, który z daleka przypomina kraciastą spódnicę i podkolanówki Szkota, ale w istocie jest znacznie bardziej skomplikowany w zakładaniu i noszeniu. Nasz opiekun musiał używać gho, ale zwykle nieskromnie je rozchełstywał, a na głowę zakładał amerykańską bejsbolówkę. Tak rozgadani i zauroczeni cudownym krajobrazem wkroczyliśmy do dzongu w widłach rzek biegnących przez dolinę Punakha, nad którą górują ośnieżone siedmiotysięczniki. Tymczasem nagle młody Bhutańczyk zbladł, zrzucił swoją czapeczkę, rozpaczliwie zaczął obciągać gho, ale nie zdążył owinąć się przynależnym doń szalem. W tym właśnie momencie minął nas orszak miejscowego starosty, który z dezaprobatą popatrzał na zdeprawowanego młokosa, po buddyjsku zachował milczenie, ale na pewno napisze raport do stolicy, który niemile zaważy na przyszłej karierze.
KAŻDY RAJ MA WŁASNEGO WĘŻADawno, dawno temu trafiłem w Australii do hippisowskiej komuny. Nie goniłem specjalnie za tą orientacją, ale były to jeszcze czasy głęboko komunistyczne, jedna z pierwszych moich podróży do dalekich krajów, urok nowości kusił nieodparcie. Tym bardziej, że znalazłem się w pięknym zakątku północnego Queenslandu. Podzwrotnikowa, pełna zieleni dolina wciśnięta między skały niedaleko morskiego wybrzeża, gdzie kusi słynna Wielka Rafa z najpiękniejszymi podwodnymi krajobrazami świata. Pomyśleć, że tuż za spiętrzonym urwiskiem zaczyna się pustynia, bezmiar czerwonej, wyschniętej skały i bezlitosnej spiekoty. Zajęte czy może raczej zawłaszczone przez hippisów miejsce na pewno było rajem; nie tylko ze względu na urodę i przyjemny klimat, ale także pełną wolność i brak ograniczeń. Chcesz żyć samotnie jak pustelnik, proszę bardzo. Sprowadziłeś tu harem złożony z osób płci przeciwnej, też dobrze, bylebyś innym nie przeszkadzał. Chcesz chodzić nago – w porządku, w majtkach albo nawet galabiji – też jesteś OK. Ziół do palenia pod dostatkiem, niedrogie piwo Miller i mocniejsze napoje do kupienia w niedalekim sklepiku, słowem: jak u Pana Boga za piecem, albo bardziej współcześnie mówiąc: w ogródku. Tym bardziej, że liberalne ustawodawstwo australijskie pozwala obywatelowi, który ma do tego choć trochę smykałki, spędzić życie na korzystaniu z hojnego zasiłku dla bezrobotnych. Trzeba tylko zarejestrować się w jakimś istniejącym, ale zupełnie niepotrzebnym w tych stronach zawodzie i raz na trzy miesiące spotkać ze stosownym urzędnikiem, który proponuje przeniesienie w inne strony kontynentu, co należy uprzejmie odrzucać, bo nikt nie może zmusić do przenosin wolnego człowieka, który upodobał sobie akurat północny Queensland. Jedno tylko było tam ograniczenie, ale chyba miłe hippisowskiemu sercu, bo w tym raju podzwrotnikowej przyrody, liberalnego prawa i pełnej wolności należało żyć ekologicznie. A więc samochody pozostawały na parkingu przed progiem doliny, zaś w samej komunie nie było elektryczności. W związku z tym nie było też telewizji, a o komputerach nikt jeszcze nie słyszał. Radia na baterie były dopuszczalne, ale źle widziane, bo na cóż prawdziwemu hippisowi wieści z mieszczańskiego świata? Tak przeżyłem tam kilka upojnych dni, kąpiąc się w sadzawce pod wodospadem wraz z gronem nagich pań o kształtach zróżnicowanych, ale zawsze było na czym głodne oko zawiesić. Albo też wyprawiając się z wiecznymi bezrobotnymi na rafę koralową, a o zmroku bezskutecznie ucząc się rozkoszy mającej jakoby płynąć ze smrodu tlącej się marihuany. Nadszedł w końcu dzień wyruszenia w dalszy ciąg australijskiej podróży wraz z moim od dawna już nieżyjącym przyjacielem, z którym dzieliłem także pobyt w tym raju. Wieczorem w przeddzień pożegnania przypomniało nam się, że coś jeszcze trzeba uzgodnić z szefem komuny, którą to funkcję (oczywiście z wyboru) pełnił australijski prawnik, przedkładający rajskie bytowanie nad przysłowiowy wyścig szczurów w Brisbane czy Sydney i sądową rolę najmimordy. Jako młodszy podreptałem w ciemności w górę zbocza, na którym rozłożone były namioty i domki, pilnie uważając, by nie nadepnąć na jadowitego węża, bo gady rozpoczynały aktywne życie akurat wtedy, gdy kończyli je udający się na spoczynek ludzie. Jakoś szczęśliwie dobrnąłem do okazalszych chat zajmowanych przez hippisowską starszyznę znajdujących się oczywiście w miejscu najwyższym i z najlepszym widokiem. Dochodzę tam i oczom nie wierzę: z rezydencji szefa sączy się niedozwolone tutaj elektryczne światełko i słychać charakterystyczny dźwięk telewizora. Z determinacją zapukałem i to był mój największy grzech popełniony w raju: nie dość, że zamiast załatwienia czegokolwiek zostałem obrugany, to jeszcze rano musieliśmy wyjechać bez pożegnania. „Każdy raj ma swojego węża” – jak powiada amerykańskie przysłowie. Nie chodzi tu oczywiście o jadowite gady czy pająki, których akurat w Australii jest obfitość. Co innego skażone jest niedającą się uzgodnić sprzecznością: jeśli osobnicze „ja” to tylko ja i nic więcej, wtedy wolność jednostki nie powinna mieć granic. Dopóki innym nie szkodzi, nie należy jej niczego narzucać ani zakazywać: ani zasad, ani zwyczajów, ani ubioru, ani czegokolwiek, patriotyzmu nawet. Prawa tylko takie, które zakazują szkodzenia innym, bo jeśli chcesz sobie zrobić krzywdę – twoja sprawa. Taki ma być zasięg najbardziej liberalnej i najbardziej indywidualistycznej wolności: „granicą jej jest odległość dzieląca twoją pięść od nosa bliźniego” – jak miał powiedzieć oskarżonemu pewien często cytowany amerykański sędzia pokoju. Albo, jak chciał jeden z klasyków liberalizmu, lord John Acton, „wolność jest prawem do czynienia tego, co czynić należy”. Przecież to samo ujął inaczej Karol Marks, pisząc, że „wolność to uświadomiona konieczność”. Ale tu już granice są przez kogoś innego i kiedy indziej ustalone. Co jest słuszne albo konieczne? I komu o tym wolno za nas decydować? Bo jeśli to osobnicze „ja” jest także choć trochę „my”, to zbiorowość staje się dysponentem istotnej cząstki wolności jednostek. Czasem ta zbiorowość ma zakorzenienie nadprzyrodzone, ale niekoniecznie. My chrześcijanie. My buddyści. My Polacy. My Żydzi. My komuniści. My zwolennicy pewnej partii. My wegetarianie. I tak dalej, i tak dalej… Ale jak bardzo „my” i jak dalece można rezygnować z „ja”? Czasem tak dalece, że budzimy się jako członkowie sekty lub poddani samozwańczego watażki. Czyżby ta sprzeczność była nie do pogodzenia, a napięcie nieusuwalne? Zawsze przecież musimy wybrać jakiś kompromis: na ile jesteśmy indywiduami dążącymi na wolnym rynku do swego własnego zysku, a na ile członkami solidarnego społeczeństwa? Na ile gonimy za mirażem doczesnego szczęścia, a na ile jesteśmy Ludem Bożym? Na ile Europejczykami, a na ile Polakami lub – powiedzmy – krakusami? Zwykło się twierdzić,…