Subskrybuj
Filozof, prof. w Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk w Warszawie oraz na Wydziale Artes Liberales UW. Ostatnio opublikował: Glamour of Cooperation. Lectures on the Philosophy of Mind, Language and Action (2014), Polska pozycja...

Kto się boi liberalnej religii obywatelskiej?

Czy w świecie współczesnym istnieje możliwość powrotu do religii obywatelskiej, służącej państwu, a nie będącej z nim w konflikcie? Od tak rozumianej religii liberałowie mogliby się czegoś nauczyć, na przykład współistnienia celów liberalnych z celami religijnymi.

Żyjemy dziś w epoce lęków – lęku przed liberalizmem, przed aktywnym społeczeństwem, wreszcie – lęku przed obywatelską formułą polskości. Boimy się liberalnej ideologii przerastającej wyobraźnię pojedynczego człowieka i skojarzonej z najbardziej znienawidzonymi reformami. Nasz strach jest lękiem przed liberalnym światem wolnego przepływu kapitału, nierównością ekonomiczną i reformami uchwalanymi w imię honorowania celów ekonomicznych, a nie walki o społeczną sprawiedliwość. Ten lęk prowadzi w końcu do populizmu, który sięga do innych niż liberalna tradycji.

Jesteśmy dziś też świadkami kryzysu liberalizmu, zwłaszcza tego dominującego w Polsce w okresie ustrojowej transformacji. Jego charakterystyczną cechą była bezwzględna dominacja liberalnych elit, uzupełnionych częścią dawnej komunistycznej nomenklatury. Elity te wprowadziły demokratyczne reformy i zbudowały wolnorynkowy ład. Przy okazji zaś lansowały bezalternatywną wizję przyszłości, która gwarantowała im hegemonię. Przeciw temu brakowi alternatywy zbuntowali się populiści[1], a ich bunt na zawsze zmienił charakter liberalnej demokracji w tej części świata. Problem polega bowiem na tym, że przedstawiając swój program nie tylko jako „dobry”, ale także „konieczny”, liberalne elity nie pokazały społeczeństwom akceptowalnych sposobów wyrażania niezadowolenia. Nie pozostawiły im żadnego wyboru. Okres transformacji cechowała nadmierna kontrola elit nad procesem politycznym i strach przed umasowieniem polityki. Ten strach dziś przybrał namacalne oblicze i to on doprowadził do ustanowienia w naszym kraju tylko i zaledwie liberalizmu strachu, uniemożliwił zaś ustanowienie liberalizmu odwagi.

Przypomnijmy, liberalizm strachu ma przede wszystkich charakter defensywny i zmierza do odpolitycznienia świata obywatelskiego, a nawet w jakimś sensie bierze się z lęku przed polityką w ogóle. Polityka to sprawne administrowanie sprawami publicznymi, a zatem rządy ekspertów, nieistotne dla człowieka szukającego spełnienia w przestrzeni prywatnej. Między obywatelem a rządem ustanawiany jest milczący pakt, w ramach którego rząd będzie dbał o bezpieczeństwo, warunki dobrobytu i wolność od polityki, a obywatel nie będzie zgłaszał roszczeń do polityki i swą pasywną postawą zapewni logiczny bieg spraw publicznych, to jest racjonalne rządzenie rzeczpospolitą. Jak długo ten pakt jest respektowany przez obie strony, tak długo obywatel ma święty spokój, a rząd może suwerennie administrować. Aktywność obywatelska jest tu w zasadzie widziana jako przeszkoda, a nie pomoc w dobrym rządzeniu.

Liberalizm odwagi natomiast jest wyrazem aktywnego obywatelstwa i walki o wpływ na losy wspólnoty, do której się przynależy. W tym też sensie liberalizm odwagi jest wyrazem upolitycznienia życia obywatelskiego. Obywatel to ktoś, kto ma wpływ na realne decyzje rządzących lub na osobowy skład podejmujących te decyzje. Jego wolność nie realizuje się w domu za sprawą kultywowania osobistych zainteresowań, ale bierze się z aktywnego uczestniczenia w praktyce rządzenia poprzez działanie i mówienie w przestrzeni publicznej do innych obywateli. W wersji skrajnej w tym wariancie nie ma szczęśliwego życia poza życiem dla polityki i w polityce, czyli kierowania wspólnotą i decydowania o kierunku jej dalszego rozwoju. Człowiek poza polityką jest człowiekiem nieszczęśliwym i ubezwłasnowolnionym.

Obywatelski charakter liberalizmu bierze się z bardzo prostego rozpoznania. Nie wynika z przekonania, że dobro wspólne jest ważniejsze niż każde dobro indywidualne, nie wynika ono także z antropologicznego przeświadczenia, że człowiek spełnia się całkowicie tylko poprzez politykę. Ta liberalna obywatelska motywacja bierze się z czysto pragmatycznej kalkulacji: jeśli ludzie nie staną się obywatelami i nie zainteresują się polityką, jeśli polityką nie będą zainteresowani najlepsi, to znajdzie się ona w rękach najgorszych, czyli najbardziej spragnionych władzy. Albo ludzie pokochają politykę i sami będą sobą rządzić i kierować losem wspólnoty, albo też polityka, lub raczej to, co po niej pozostanie po wycofaniu się z niej ludzi szlachetnych, polityka w swej najbardziej czarnej postaci, zainteresuje się nimi i zdemoluje w krótkim czasie ich prywatne światy. Człowiek liberalny wkracza zatem do polityki z pobudek egoistycznych i pozapolitycznych, to jest po to, aby zabezpieczyć to, co dla niego najcenniejsze: samorealizację dokonującą się poza polityką.

Lęk a modernizacja Polski

Zgodnie z modelem politycznej poprawności lansowanym przez zwolenników liberalizmu strachu powiadano nam, że nie ma modernizacji bez sekularyzacji. Teza głosząca, że nieuniknioną ceną modernizacji kraju jest pomniejszenie znaczenia religii, nie sprawdziła się i polskie społeczeństwo jest tego najlepszym przykładem. Polacy z pewnością się modernizowali, ale czy w takim samym tempie następowała ich sekularyzacja? Wątpię. Nasz modernizm jest tak samo naskórkowy, jak nasze przekonania religijne. Ci, którzy pozują na modernistów, są nie mniej skuteczni od tych, którzy pozują na radykalnych konserwatystów. Ta sytuacja doprowadziła do tego, że grupy społeczne zsekularyzowane „na niby” i zmodernizowane „na niby” stały się szczególnie podatne na powrót populizmu. Zmodernizowani „na niby” chętnie przyjęli dyskurs antyklerykalny (Ruch Poparcia Janusza Palikota), a zsekularyzowani „na niby” czekają na powrót mściciela – swoiście pojętego mesjasza (radykalne skrzydło PIS Jarosława Kaczyńskiego). Deklarujący swój liberalizm rządzący (rządy osobiste Donalda Tuska i PO) nie robią nic poza eskalowaniem strachu przed ekstremizmem i dalszym kultywowaniem w sobie liberalizmu strachu. Tragedia smoleńska jedynie ujawniła i zintensyfikowała ten podział.

Polski populizm ma swoje cechy charakterystyczne, głównie narodowo-romantyczne, a nawet mesjanistyczne. Z pewnością tragedia smoleńska jest zarówno reanimacją tego mitu, jak i jego spotęgowaniem. Polska ponownie stała się Chrystusem narodów i ponownie jej cierpienie i krew Polaków stały się niezbędne do tego, by zintegrować naród w traumie, a liberalny świat zmusić do uczestniczenia w spektaklu narodowej tragedii. Jedynie niesprzyjające okoliczności (nad)naturalne (wybuch wulkanu) mogły przeszkodzić w przybyciu reprezentantów narodów świata, którzy pragnęli pokłonić się tragicznie zmarłemu prezydentowi Polski.

Sądzę, że istnieją mocne powody, by mówić o powrocie właśnie takiego populizmu, ale również tępego, wrogiego religii pseudoliberalnego oświecenia. W swym liberalnym usposobieniu zapominamy czasem, że nauka także może stać się rodzajem religii (ateizmu), tak jak religia może stać się strażnikiem czystości objawienia. Dlatego trzeba pytać inaczej: czy w świecie współczesnym byłaby możliwość powrotu do religii obywatelskiej, czyli takiej, która nie byłaby w konflikcie z państwem, ale zwyczajnie by mu służyła?

Od tak rozumianej religii liberałowie mogliby się czegoś nauczyć, na przykład współistnienia celów liberalnych z celami religijnymi. Dobrym przykładem są tu ruchy abolicyjne w Stanach Zjednoczonych, mające charakter postępowy i emancypacyjny, do których należały Kościoły amerykańskie. Jest to także znakomity przykład na to, że w dyskursie publicznym używanie nieliberalnej argumentacji, w tym przypadku religijnej, dla celów liberalnych okazuje się bardzo skuteczne. Thomas Hobbes był prawdopodobnie pierwszym filozofem, który explicite powiedział, że religia powinna być podporządkowana państwu w celu realizacji projektów politycznych[2]. Polityka zaczyna się od polityki wyznaniowej, a z chwilą, gdy wolność sumienia stała się nową liberalną świętością, sama polityka przeistoczyła się w religię, tyle że nie objawioną i pozbawioną aury świętości. Być może z tego właśnie powodu konflikt pomiędzy światem liberalnym i religijnym jest dziś tak silnie przeżywany.

Liberalizm przez ostatnie lata w Polsce przemawiał głosem ekonomii. Głosem intelektualistów, którzy sprawiali wrażenie erudycyjnych wizjonerów czy też ludzi, którzyrdobrze się czują na uniwersytetach i w bibliotekach, ale nie znających brutalnej rzeczywistości. To dlatego Polskę dziś przeraża wizja człowieka wolnego – liberała –  który nie jest kontrolowany przez żadne zewnętrzne siły. Z tego punktu widzenia człowiek wolny  to człowiek niemoralny. Twierdzę, że w rezultacie zagnieżdżenia się w naszym kraju liberalizmu strachu i strachu przed liberalizmem już sama idea wolności nas przeraża, gdyż wolność jawi nam się jako rozpasana i niczym nieskrępowana samowola. Ten lęk ma swoje źródło także i w tym, że nie potrafimy praktykować i kultywować tradycji liberalnej jako tradycji „oddolnego ruchu”. Liberalizm, który byłby rozmiłowaniem się w pewnych wartościach czy cnotach doświadczanych przez nas w codziennym życiu, ciągle jest przez nas rozpoznawany bardziej jako zagrożenie niż jako szansa. Liberalizm, który byłby rodzajem radości czerpanej ze swobodnych kontaktów z sobą i innymi, jest nam obcy.

Cnoty liberalne

Jakie wartości rozpoznaję zatem jako liberalne i jakie miałbym ochotę zarekomendować, szczególnie tutaj, w Polsce? No cóż, mam na myśli głównie ironię i autosceptycyzm. Tylko postawa liberalna namawia do stałego rewidowania swych przekonań i nie pozwala nam traktować zbioru naszych poglądów jako zbioru raz na zawsze zamkniętego. Każdy inny światopogląd namawia do identyfikacji z jakimś ostatecznym zbiorem prawd, natomiast liberalizm w zamierzeniu wyzwala w nas jedynie odwagę i gotowość do czynienia użytku ze swego rozumu, co nie oznacza niczego innego jak tylko gotowość do stałej rewizji swych pozycji intelektualnych i politycznych. Ludzie przywiązują się do swoich poglądów i tego, co wymyślili. Być może rację ma Michael Oakeshott, sugerując, że ludzie z natury są konserwatywni i zmierzają głównie do tego, aby kultywować zastane porządki istnienia[3]; wbrew temu rozpoznaniu liberalizm odmawia nam w pewnym sensie prawa do stagnacji i stabilizacji. Liberalizm, mówiąc wprost, skłania nas do rezygnacji z naturalnych skłonności konserwatywnych i w tym sensie jest to stanowisko nienaturalne, to jest wymagające wysiłku.

W stylu bycia liberała jest coś, co przeszkadza mu w ostatecznym przejęciu się własnymi poglądami, gdyż zawsze odnosi się z dużą nieufnością do zamknięcia się w skończonej liczbie twierdzeń. Wyraźnie jest to widoczne w myśli Richarda Rorty’ego, który nieustannie zapraszał do ironii, do podważania własnego punktu widzenia, czyli demaskowania samego siebie i posługiwania się ironią również w stosunku do wspólnoty, która nas otacza i w której żyjemy[4]. To niewątpliwie słabość, gdyż ta ironia przeszkadza – trzeba to otwarcie powiedzieć – w mocnym zaangażowaniu politycznym. Ona jest przyczyną niejednoznaczności pozycji liberała, to znaczy tego, że uprawia on coś w rodzaju polityki sceptycyzmu.Z arazem jednak jest w tym siła. Dzięki temu, że liberał ma obowiązek moralny stałego kwestionowania siebie, to jest kwestionowania wszystkich owoców myślowych, które do tej pory wypracował, i krytykowania wszystkich rytuałów społecznych, które wokół niego zostały wytworzone, dzięki tej mocy dystansowania się wobec siebie, liberał uzyskuje potencjał polityczny. Sceptycyzm i autoironiczność są zatem równocześnie przyczynami jego umiarkowania i nieumiarkowania. Jak może być…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zmierzch religii smoleńskiej?