Naiwny ten, kto myślał, że polskie problemy załatwi polityka i to bez udziału inteligentów. Naiwny, bo właśnie wokół inteligencji od lat toczy się w Polsce prawdziwa polityczna rozgrywka. W końcu to inteligenci – jak mówi Dariusz Gawin – robią w Polsce politykę, rozmowa o nich jest de facto rozmową o polskiej polityce. Z tą ostatnią nie jest dobrze, o czym wiemy, pytanie zatem, czy nie jest też dobrze z polską inteligencją? Jako grupa inteligencja zdaje się nieuchronnie roztapiać w znacznie pojemniejszej klasie średniej, jako idea zawzięcie walczy o życie.
Inteligent w Polsce ciągle nie chce stać się po prostu człowiekiem wykształconym, za wszelką cenę dąży bowiem do realizacji inteligenckiego powołania. Kłopot w tym, że we współczesnych demokracjach etos inteligenckiego zaangażowania staje się ideą co najmniej problematyczną. Ani stojące przed nami wyzwania, takie jak kryzys zaufania, wzrost indywidualizmu, brak społecznej solidarności i szereg innych, ani rosnący pluralizm grup i stylów życia raczej nie sprzyjają odrodzeniu postaw właściwych etosowej inteligencji. Skąd zatem kolejne dyskusje o prawdziwych inteligentach? Trochę pewnie z sentymentalizmu, a trochę – o czym mówi w publikowanych obok wywiadzie Marcin Król – z braku pomysłu na inny opis zadań warstw wykształconych. Ale jest jeszcze jedna przyczyna, leżąca głębiej i stale dostarczająca paliwa dla tej sztucznie już podtrzymywanej dyskusji. Kluczem do jej zrozumienia jest zaś wyrażona wcześniej teza o polityce, którą robią w Polsce inteligenci, mało tego, o Polsce, którą – od Piłsudskiego i Dmowskiego aż do dziś – robi zaangażowana, etosowa inteligencja.
Zaryzykuję twierdzenie, że dobrym wskaźnikiem jakości demokracji w naszym kraju może być właśnie liczba dyskusji o inteligencji. Im będzie ich mniej, tym z demokracją będzie lepiej, im więcej – tym gorzej. Bo jeśli uważnie przyjrzeć się debacie publicznej w Polsce w ostatnim dwudziestoleciu, okaże się, że jedna z najważniejszych osi politycznego konfliktu obraca się właśnie wokół kwestii zaangażowanej inteligencji. Ten spór nie był dotąd zbyt często artykułowany, ponieważ by go w ogóle dostrzec, trzeba zrezygnować z przywiązania do inteligenckiego etosu, bez żalu i z zyskiem dla demokracji.
Oczywiście, brzmi to nad wyraz ponętnie, gorzej kiedy ten postulat zderzymy z rzeczywistością. Wykształcenie często idzie przecież w parze ze zmianą dotychczasowego stylu życia, znajomych i przyjaciół, nieraz wiąże się z rodzinnym i biograficznym kryzysem, co notabenedoskonale wpisuje się w tradycję polskiej inteligencji przełomu wieków. Wielu współczesnych inteligentów, zwłaszcza tych świeżego chowu, a takich z każdym rokiem mamy coraz więcej, staje przeto przed koniecznością nowego opisania własnej pozycji. A jeśli już poczuje potrzebę zadania pytania o własną społeczną tożsamość, to nieuchronnie natrafi na inteligencki dyskurs zaangażowania. Do dziś nie dopracowaliśmy się innego. Kłopot w tym, że sam ten dyskurs ma coraz mniej wspólnego z rzeczywistością. Organizuje go jedno podstawowe przeciwstawienie, które już na poziomie zewnętrznej analizy, zaskakuje swoją prostotą, wręcz banałem. Bo czy można sobie wyobrazić, że jeśli przestaniemy przeciwstawiać sobie inteligenckie elity i antyinteligencki naród, to wiele naszych kłopotów odejdzie do lamusa? Kluczem do odpowiedzi na to pytanie jest właśnie próba wyobrażenia sobie innego modelu funkcjonowania inteligencji w Polsce lub przynajmniej zrelatywizowanie powielanego od lat wzoru. Powiedzenie sobie i innym – król jest nagi. Podział, który można wyprowadzić z przedstawionego wyżej pierwotnego przeciwstawienia elit i narodu lub społeczeństwa, jest nad wyraz klarowny i niestety do dziś, a może zwłaszcza dziś, obecny w mediach i parlamencie. Jego wypowiedzenie natychmiast obnaża jego rozliczne słabości, ale te napędzają przecież – w mowie i używanych obrazach – współczesną politykę. Oczywiście, ta opozycja nie wyczerpuje problemu. Niemiej trudno nie zauważyć, że od wielu lat, jeśli nie dekad, polska polityka trwa w tym samym, wiecznym kole repetycji. Co więcej – nic nie wskazuje na to, by cokolwiek miało się w tej sprawie zmienić. W końcu dla prawicy elity to nikt inny jak oderwani od życia lewicowi inteligenci lub intelektualiści, opętani rewolucją, niedbający o zwykłego człowieka, aroganci w najlepszym razie nierozumiejący własnego narodu, w wersji skrajnej – wynarodowieni, zruszczeni lub zamerykanizowani kosmopolici. W oczach lewicy złe elity to usypiający społeczeństwo biskupi, konserwatywna klasa średnia, obrońcy prawa naturalnego i tzw. praw większości. Mimo różnic podstawa sporu pozostaje tu jednak ta sama, bo i prawica, i lewica w Polsce to ciągle dwie strony tego samego inteligenckiego medalu. W tak przedstawionym modelu polityczny antagonizm to stale ten sam konflikt – gorącej inteligenckiej głowy i biernego społeczeństwa. Spór toczy się jedynie o formułę uznania, współrzędne tego sporu – z pokolenia na pokolenie trwają niezmienione. Jeden z najpoważniejszych problemów z tym związanych, czyli kwestia paternalizmu bynajmniej nie spędza inteligentom snu z powiek – obie strony uznają go albo za coś nieszkodliwego, albo po prostu za cechę kondycji zaangażowanego inteligenta, coś, z czym trzeba żyć, na dobre i na złe. W takim układzie prawica „chroni” tkankę narodu, a lewica „opiekuje” się wykluczonymi, obie strony myślą jednak w kategoriach misji, której sam naród ani nie musi rozumieć, ani tym bardziej akceptować. Oczywiście nawet przez chwilę nie mówimy tu o czymś, co można by w jakikolwiek sposób uznać za realny naród lub społeczeństwo. Nie jest tak nie tylko dlatego, że trudno w ogóle sensownie mówić o problemach współczesnych społeczeństwa używając tak szerokich pojęć, ale też z tego powodu, że dyskurs, którym się posługujemy, wcale nie rości sobie praw do opisywania realnych podmiotów. Chodzi w nim raczej o przywołanie określonego zestawu obrazów, wokół których można budować konkretne polityczne postulaty. Polityka siłą rzeczy upraszcza społeczną rzeczywistość, odwołuje się – i to nie tylko podczas kampanii wyborczej – do ludzkiej wyobraźni, korzysta przy tym z najprostszych, zrozumiałych dla większości, myślowych schematów. Zatem skoro mowa o inteligencji zasadnym jest zadać pytanie, czy obecny w dzisiejszej polskiej polityce obraz zaangażowanego inteligenta, figury kluczowej dla naszej demokracji, rzeczywiście odpowiada potrzebom współczesnego społeczeństwa. Wrócę do paru historycznych rozróżnień. Inteligenta…