Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Lewicowe przymioty dobrego katolika

Pierwsze lata demokracji w Polsce były czasem toczenia intelektualnych debat nad wizjami państwa wyznaniowego i świeckiego. Z czasem racjonalny dialog zamienił się w wojnę na brutalne argumenty. Tymczasem intelektualne pogłębianie wiary to najlepsze narzędzie chroniące przed ideologizacją i upolitycznieniem religii.

Ostatnia dekada XX w. była dla Kościoła dobrym czasem. W pierwszych latach demokracji był on nadal niekwestionowanym autorytetem społecznym i moralnym, a także – co według mnie równie istotne – intelektualnym. Jan Paweł II publikował kolejne encykliki, które nawet jeśli – jak Veritatis Splendor czy Evangelium Vitae – wywoływały spory, to zawsze skłaniały do podjęcia intelektualnego wysiłku i dyskusji. Drukiem ukazywały się nowe książki Józefa Tischnera, który dla wielu Polaków był nie tylko legendarnym kapelanem Solidarności, znakomitym filozofem, lecz także – mówiąc współczesnym językiem – medialną gwiazdą, która potrafiła przełożyć na góralską gwarę najtrudniejsze nawet kwestie teologiczne i filozoficzne. Sekretarzem Episkopatu Polski był wówczas bp Tadeusz Pieronek, zastępując zresztą w pełnieniu tej funkcji abpa Bronisława Dąbrowskiego, który był jednym z akuszerów Okrągłego Stołu. Na łamach dzienników i magazynów – chociażby „Gazety Wyborczej” czy właśnie „Znaku” – toczyły się intelektualne spory na temat kształtu polskiej demokracji, liberalizmu, wolności, miejsca religii w życiu publicznym, roli Kościoła, w które angażowali się zarówno intelektualiści niekatoliccy, jak i katoliccy. Nawet jeżeli osoby takie jak Czesław Miłosz, Leszek Kołakowski czy Barbara Skarga stawiały niepokojące pytania, to wciąż powszechne było poczucie, że istnieje jakaś przestrzeń dialogu pomiędzy wizją państwa całkowicie świeckiego a wyznaniowego, między upolitycznionym Kościołem a Kościołem, który zupełnie odcina się od polityki.

Z początku zaangażowanie Kościoła w budowanie nowego ładu nie było traktowane jako ingerencja w politykę, lecz raczej jako kontynuacja działań z czasów opozycji na rzecz podstawowych praw człowieka, wolności i demokracji. Po raz pierwszy pytania o jego miejsce w demokratycznym państwie padły w roku 1990 w trakcie „wojny na górze”. Spór dotyczył nie tylko nauczania religii w szkołach, wprowadzonego 30 sierpnia 1990 r., a więc tuż przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, na mocy instrukcji MEN, lecz także udziału księży w uroczystościach państwowych, zaangażowania politycznego wyrażającego się poprzez poparcie dla konkretnych partii, a także rodzącego się wówczas projektu ustawy antyaborcyjnej. Jednym z przykładów prób wywierania bezpośredniego wpływu na politykę było powołanie Wyborczej Akcji Katolickiej – komitetu startującego w wyborach październikowych 1991 r., które słowo „katolicki” miało w nazwie! W jej kampanię zaangażowało się wówczas wielu duchownych, m.in. abp Józef Michalik. Wtedy też z ust Czesława Miłosza w maju 1991 r. padło pytanie: „czy Kościół powinien dążyć do użycia państwa jako swego narzędzia tam, gdzie w grę wchodzą najwyższe wartości etyczne. Zdawałoby się, że skoro człowiek jest istotą słabą i ułomną, odwoływanie się do jego sumienia da zawsze gorsze wyniki niż prawem obwarowane zakazy, które przynajmniej zmuszą go do unikania zła. Czy skoro jest pewien, że jego nauka o tym, jak człowiek ma żyć, jest prawdziwa, Kościół nie ma obowiązku narzucić jej ludziom i starać się tak zorganizować społeczeństwo, żeby jak najmniej oddalało się od religijnych przykazań? Z pozoru wygląda to logicznie, jednak szkody, które niesie twierdząca odpowiedź na to pytanie, znacznie przewyższają korzyści”.
Nie wybrzmiały jeszcze dobrze te słowa, gdy w czerwcu 1991 r. odbyła się pierwsza część czwartej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, w trakcie której ojciec święty powiedział: „Postulat neutralności światopoglądowej jest słuszny głównie w tym zakresie, że państwo powinno chronić wolność sumienia i wyznania wszystkich swoich obywateli, niezależnie od tego, jaką religię lub światopogląd oni wyznają. Ale postulat, ażeby do życia społecznego i państwowego w żaden sposób nie dopuszczać wymiaru świętości, jest postulatem ateizowania państwa i życia społecznego”. Choć na Zachodzie procesy sekularyzacyjne trwały już w najlepsze zmieniając oblicze religijne Europy, w Polsce lata 90. przebiegały raczej pod znakiem desekularyzacji. Jednak, czy aby na pewno miarą wielkości Kościoła i jakości wiary, winna być jedynie liczba wiernych uczestniczących w nabożeństwach, liczba powołań, obecność krzyża w szkole, szpitalu, a później – również i w Sejmie? Być może należało już wtedy powiedzieć głośno, że należy pielęgnować nie tylko zewnętrzne objawy przywiązania do katolickiej tradycji, lecz przede wszystkim pogłębiać rozumienie przesłania Ewangelii, pokazywać, jakie wartości może wnieść chrześcijaństwo do dialogu ze współczesnym światem. Inaczej, o czym niejednokrotnie pisał Zbigniew Nosowski, Kościołowi hierarchicznemu grozi zamknięcie w twierdzy, w której kontakt z rzeczywistością staje się coraz bardziej iluzoryczny. Zarówno laiccy liberałowie, i sporo katolików o poglądach liberalno-lewicowych krytykowało wówczas część hierarchii za ingerowanie w politykę czy nierespektowanie zasady światopoglądowej neutralności państwa. Nie znaczyło to, że katolicy ci byli zwolennikami całkowitego oczyszczenia sfery publicznej z obecności religii. Przyjazny rozdział Kościoła od państwa polega na tym, że instytucje państwowe zachowują równy dystans wobec Kościołów i wyznań, ale zarazem popierają obecność religii w przestrzeni publicznej. Czynią tak nie z pobudek religijnych, lecz we własnym interesie. Religia wnosi bowiem w życie demokratycznego społeczeństwa niezbędny mu do funkcjonowania ładunek wartości, wzmacnia symboliczne zaplecze demokratycznego ustroju. Dlatego zamiast dogmatycznie bronić tezy o obecności lub też nieobecności religii w sferze publicznej, należałoby się zastanowić, w jakim zakresie obecność ta jest korzystna z punktu widzenia dobra publicznego i samej religii. Takie pytania w latach 90. padały, chociażby z ust ks. Józefa Tischnera czy Tadeusza Mazowieckiego, nigdy jednak nie znalazły swojego praktycznego wcielenia. Szkoda, bo – być może – gdyby stało się inaczej, uniknęlibyśmy dziś „awantury o krzyż”, którą trudno będzie zakończyć inaczej niż poprzez odwołanie się do brutalnych argumentów. Jak wiadomo polityka oparta na sile nie przynosi trwałego spokoju ani tym bardziej zadowolenia żadnej ze stron konfliktu. A przecież demokracja widziana jako ustrój osadzony m.in w symbolicznej przestrzeni cywilizacji judeochrześcijańskiej, wyrastający z charakterystycznej dla chrześcijaństwa…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół. Lewica. Dialog