Subskrybuj
Dziennikarz i publicysta, redaktor czasopisma „Kontakt. Magazyn Nieuziemiony” (www.magazynkontakt.pl), członek redakcji portalu ngo.pl oraz zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Zaangażowany w rozmaite akcje społeczne, przede wszystkim na rzecz osób w kryzysie bezdomności

Porzucone ideały

Warunkiem, który musi zostać spełniony, by polski Kościół i polska lewica mogły zacząć ze sobą rozmawiać, jest podjęcie wspólnych tematów, które – jak się wydaje – przez obie strony zostały odesłane do lamusa. Stało się tak ze szkodą dla najbiedniejszych – „ofiar transformacji” – którym zarówno chrześcijanie, jak i ludzie lewicy winni służyć.

Próbując prognozować kształt przyszłego dialogu Kościoła ze środowiskami lewicowymi – zarówno wiążących się z tym dialogiem nadziei, jak i skrywanych przezeń pułapek – nie sposób uniknąć wątpliwości dotyczącej tego, kto i z kim miałby właściwie rozmawiać. Kościół instytucjonalny – zarówno powszechny, jak i partykularny, reprezentowany przez lokalny Episkopat lub biskupa – nie ma swojego odpowiednika po „drugiej stronie”. Cokolwiek by mówić o następcach „papieża polskiej lewicy”, Ludwika Krzywickiego, nie są oni równorzędnymi partnerami dla sprawujących posługę duszpasterską hierarchów. W mający na celu zidentyfikowanie i rozwiązanie konkretnych problemów dialog z lewicowymi politykami i intelektualistami wejść mogą jedynie ich katoliccy odpowiednicy, którzy występują we własnym imieniu, nawet jeśli inspirują się zasadami katolickiej nauki społecznej. Nauki, na której swoje piętno odcisnęła także bez wątpienia myśl lewicowa.

Tu jednak napotykamy kolejny problem, który z przymrużeniem oka można by określić mianem „dylematu Wyszyńskiego”. Jeśli bowiem dialog polskiego Kościoła z lewicą w praktyce oznaczać ma dialog intelektualistów katolickich, przeważnie wywodzących się ze środowisk dawnego ruchu „Znak”, z intelektualistami laickimi, to stajemy wobec niebezpieczeństwa znacznego oddalenia się wąskich kręgów inteligencji od kościelnego środka ciężkości. Środek ten zaś, wciąż jest wyznaczany przez religijność o charakterze mniej lub bardziej ludowym, zabarwioną wyraźną niechęcią do wszystkiego, co z nazwy – choć niekoniecznie z istoty – jest „lewicowe”. Tak rozumiana współpraca Kościoła ze środowiskami laickimi mogłaby zatem prowadzić do pogłębiania istniejącego już we wspólnocie kościelnej pęknięcia. Odpowiedź na pytanie, czy warto ryzykować jedność Kościoła dla skutecznego realizowania jego misji społecznej, nie jest bynajmniej oczywista. Liczni przedstawiciele liberalnej lewicy nie zdają sobie sprawy z dramatu, jaki przeżywa chrześcijanin zmuszony do wybierania pomiędzy tymi dwiema wartościami.
Aby więc bez szkody dla integralności wspólnoty móc myśleć o uzgodnieniu postulatów katolickiej nauki społecznej i społecznego programu lewicy, niezbędny byłby parasol, który nad takim przedsięwzięciem może rozpostrzeć jedynie Episkopat. Nie trzeba dodawać, że w czasach światopoglądowej wojny z lewicą szanse na podobne przyzwolenie z jego strony są wyjątkowo mizerne.

Zapatrzeni w niebo

W ramach przygotowania fundamentów pod ewentualną przyszłą współpracę środowisk katolickich i lewicowych, zadaniem kluczowym wydaje się przezwyciężenie narastającej pomiędzy nimi wrogości – bo trudno tu mówić nawet o zwykłej niechęci. Rozmiar negatywnych emocji osiągnął poziom, przy którym należy postawić pytanie, czy jakikolwiek dialog w dającej się przewidzieć przyszłości będzie w ogóle możliwy.

Polski Kościół wielokrotnie wpadał w pułapki, które niepostrzeżenie sam na siebie zastawił, upartyjniając się i angażując w ryzykowne romanse z władzą i posiadaniem. Sprowokował w ten sposób alergiczną reakcję antyklerykałów, którzy ujrzeli w nim poważne zagrożenie dla światopoglądowej neutralności państwa. Ich zarzuty bywały niekiedy boleśnie niesprawiedliwe, a że najczęściej formułowano je w sposób histeryczny, nic dziwnego, że wyzwoliły one równie emocjonalny odpór ze strony przedstawicieli Kościoła. Dziś stereotypowe wyobrażenia o „katolu” i „lewaku” należą do kanonu etykiet najbardziej troskliwie pielęgnowanych po obu stronach światopoglądowej barykady. Każdy jest zadowolony, mogąc bez opamiętania walić w wygodnie ustawionego „chłopca do bicia”. Stąd „cywilizacja śmierci” przeciwko „państwu wyznaniowemu”, stąd „komuniści” i „libertyni” z audycji Rydzyka przeciwko „wypasionym brzuchom” ze spotów Palikota.

Żadna ze stron sporu zdaje się nie rozumieć, że podjęcie na nowo, zerwanego wiele lat temu, wątku leży w jej najbardziej żywotnym interesie. Nie znaczy to oczywiście, że pozbycie się fałszywych etykiet pozwoliłoby nam cieszyć się chwilą, w której sceptyczni katolicy i laiccy socjalliberałowie padliby sobie w ramiona. Przyjmujący nauczanie o grzechu pierworodnym chrześcijanin nie może podpisać się pod przesadnie optymistyczną wizją natury ludzkiej, podobnie jak – wypatrując powtórnego przyjścia Chrystusa – nie może on uwierzyć w urzeczywistnienie królestwa Bożego już tutaj, na Ziemi. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by wespół z ludźmi lewicy zaangażował się w klarowanie i wdrażanie konkretnych rozwiązań, które uczyniłyby nasze doczesne życie choć trochę bardziej znośnym.

By do tego doszło, człowiek wierzący musi jednak ominąć niebezpieczeństwo pogodzenia się z cierpieniem, z którym stykamy się na każdym kroku. Niebezpieczeństwo to wymownie opisują Dzieje Apostolskie: „Kiedy uporczywie wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: »Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?«” (Dz 1,10–11). Oto życie jest tutaj, świat czeka. Czekają ludzie wykluczeni, których trzeba nakarmić, gdy łakną, napoić, gdy pragną, odziać, gdy nie mają czego na siebie włożyć, odwiedzić, gdy chorują lub siedzą w więzieniu. To z tego wymiaru naszej wiary, wymagającego ugruntowania osobistej relacji z Bogiem, będziemy kiedyś rozliczani: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40).

Na człowieka lewicy czyha niebezpieczeństwo zgoła odmienne, polegające na upatrywaniu źródła wszelkiego zła w niesprawiedliwych instytucjach politycznych i stosunkach społecznych. Planując ich przebudowę, nie powinien on zapominać o tym, że liberalno-demokratyczne procedury potrzebują osadzenia na fundamencie moralnym, którego nie da się zagwarantować w sposób strukturalny. „Niezależnie od tego, z jakim ustrojem mamy do czynienia, tradycyjnym, mieszczańskim czy socjalistycznym – pisał Raymond Aron – nigdy nie są zapewnione ani wolność umysłu, ani solidarność ludzka. Jedyna lewica, jaka zawsze pozostaje wierna samej sobie, to ta, która powołuje się nie na wolność czy na równość, ale na braterstwo, to jest na miłość”.


Życie jest gdzie indziejKolejnym warunkiem, który musi zostać spełniony, by polski Kościół i polska lewica mogły zacząć ze sobą rozmawiać, jest podjęcie wspólnych tematów, które – jak się wydaje – przez obie strony zostały odesłane do lamusa. Stało się tak ze szkodą dla najbiedniejszych – „ofiar transformacji” – którym zarówno chrześcijanie, jak i ludzie lewicy winni służyć. W efekcie owi wykluczeni zostali sprawnie zagospodarowani przez populistów, łączących hasła opartego na rozdawnictwie społecznego solidaryzmu z nacjonalistyczną retoryką, przedstawiającą katolicyzm jako „formę polskości”. Cierpi na tym zarówno Kościół, który stał się dziś zakładnikiem rzeczonych populistów i ich nowej religii, jak i lewica, która w powszechnym przekonaniu została utożsamiona z domagającą się wprowadzenia podatku liniowego partią Janusza Palikota. 13 listopada odczytano z kościelnych ambon list pasterski biskupów, regulujący procedury pogrzebowe w przypadku kremacji ciała zmarłego. Nie byłoby w tym nic nagannego, gdyby nie fakt, że tego samego dnia polski Kościół obchodził Dzień Solidarności z Kościołem Prześladowanym, w ramach którego organizowano zbiórkę pieniędzy na pomoc chrześcijanom mieszkającym w targanym wewnętrznymi konfliktami Sudanie. W sprawie Sudanu biskupi głosu nie zabrali, a było to milczenie bardzo wymowne. Nie dlatego, że w tej akurat sprawie Konferencja Episkopatu powinna wydać oświadczenie, lecz dlatego, że rzadko kiedy zwykła ona wypowiadać się w podobnych sprawach. Katolicka nauka społeczna, której postulaty w dobie kryzysu gospodarczego wydają się szczególnie aktualne, jest w Polsce uprawiana jako dyscyplina teoretyczna. Wyjąwszy wykładaną w mało empatyczny sposób etykę seksualną, w najlepszym wypadku słyszymy z…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół. Lewica. Dialog