Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Obciąć lewe skrzydło Kościoła

Środowiska „Tygodnika Powszechnego”, „Znaku” i „Więzi” zbyt łatwo rozmieniły swój kapitał na drobne. W pewnym momencie przestraszyły się debaty z biskupami. A moim zdaniem powinny wyraziście zaznaczać swą odrębność, także w polemikach. Twardo bronić swych racji i swych tradycji intelektualnych. Tylko w ten sposób wewnątrz Kościoła może powstać nurt tak samo wyrazisty jak „Fronda”, broniący pryncypiów.

„Wielkie otwarcie” – tak między innymi określa się postawę Kościoła w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. Umożliwiła ona podjęcie dialogu z ludźmi wywodzącymi się z bardzo różnych środowisk, nierzadko odległych od katolickiej ortodoksji. Czy Pana zdaniem takie „otwarcie” było zjawiskiem wyjątkowym, jeśli spojrzymy szerzej na historię polskiego katolicyzmu?

Chcąc odpowiedzieć na to pytanie, powinniśmy się w zasadzie cofnąć do drugiej połowy XIX w. Z naszego punktu widzenia jest to prehistoria, z punktu widzenia Kościoła niekoniecznie. Był to czas, kiedy rodziła się idea świeckiego państwa, a pozycja Kościoła rozumiana w sposób tradycyjny – jako duchowej władzy nad społeczeństwem – była jeszcze dominująca. Nic więc dziwnego, że Kościół patrzył niechętnie na zachodzące procesy. Jego sytuacja w wieku XIX polegała na stopniowej utracie tej dominującej władzy nad myślami i kulturą. Na wsiach pojawiali się lokalni liderzy ruchów chłopskich, którzy spychali księży z pozycji przewodników intelektualnych i duchowych. Wystarczy przypomnieć takie fakty sprzed I wojny światowej jak ekskomunika Wincentego Witosa czy ciężki los ks. Stanisława Stojałowskiego, założyciela Stronnictwa Chrześcijańsko-Ludowego.
Również w okresie międzywojennym Kościół był dość nieufny wobec stronnictw ludowych. Do pewnego stopnia tolerował jeszcze PSL „Piast”, ale do PSL „Wyzwolenia”, które zresztą stanowiło główny nurt przedwojennego antyklerykalizmu, odnosił się wręcz wrogo. Podobny los spotykał także wiejskie związki młodzieżowe. Z ust księży padały zarzuty: „Dlaczego młodzież nie gromadzi się przy parafiach, tylko w osobnych kółkach?”. Na tym tle postawa takich księży jak Władysław Korniłowicz czy Jan Zieja była czymś wyjątkowym. Z kolei miejskie środowiska robotnicze w okresie międzywojennym w większości pozostawały poza wpływem Kościoła. Oczywiście Kościół próbował na nie oddziaływać poprzez chrześcijańskie związki zawodowe czy chadecję. Jednak na tym gruncie przegrywał z partiami socjalistycznymi.

Broniąc się przed zmianami, stawiał na ugrupowania konserwatywne?

Przed I wojną światową postawił na konserwatystów integralnych, takich jak „Stańczycy” w Galicji, a w okresie międzywojennym – na endecję. Dlatego już w 1918 r. Kościół nie był postrzegany jako instytucja ogólnonarodowa, ale raczej jako strona na scenie politycznej związana z prawicą. Dlatego dla nurtów, które wychodziły z lewicy, jak np. Józefa Piłsudskiego i jego obózu, Kościół był czymś zewnętrznym. W pismach Piłsudskiego nie znajdziemy chyba ani jednego zdania na ten temat. Polska lewica demokratyczna w okresie międzywojennym była przez Kościół postrzegana przez pryzmat lęku związanego z bolszewizmem. Stąd wynikał brak zainteresowania jakimkolwiek z nią dialogiem. A przecież PPS nie była partią z natury ateistyczną, miała obojętny stosunek do religii, choć występowała przeciw przywilejom Kościoła i za świeckością państwa oraz kultury. Zygmunt Żuławski, przewodniczący Rady naczelnej PPS w latach 30., wyrażał nadzieję, że przyjdzie czas, gdy „socjalizm będzie widział w katolicyzmie największą ostoję wolności, równości i sprawiedliwości.” Pisząc to, Żuławski odwoływał się do przesłania Ewangelii, a nie do praktyki politycznej katolicyzmu. Jednak po stronie Kościoła nie było chętnych do podjęcia dialogu. Była natomiast gotowość do szukania siły politycznej w oparciu o środowiska nacjonalistyczne.

Co zatem zdecydowało o tym, że taki dialog stał się możliwy w latach 70. i 80. ubiegłego wieku?

Zbiegły się tu dwa czynniki związane z ewolucją postaw zarówno ludzi Kościoła, jak i lewicy. Po pierwsze, w latach 70. XX w. w polskim Kościele wykonano ogromną pracę związaną z wprowadzaniem w życie reform II Soboru Watykańskiego. Dzięki temu Kościół stał się intelektualnie atrakcyjny, otwarty również na ludzi spoza niego. W tym samym czasie po stronie lewicy doszło do głębokiego kryzysu przeświadczeń o charakterze ideowym: przede wszystkim ostatecznego bankructwa marksizmu i scjentyzmu. Byt to długi i powolny proces erozji, który trwał właściwie od lat 50. do końca 60. W ten sposób powstało pole do wzajemnej wymiany idei. Ze strony lewicy pojawiła się fascynacja tym, co w chrześcijaństwie najlepsze, czyli Ewangelią, ze strony Kościoła – zainteresowanie przemianą współczesnego świata i problemami praw człowieka.

Dlaczego jednak po roku 1989 szanse na kontynuowanie tego dialogu zostały zaprzepaszczone?

Przyczyn było wiele. Musimy pamiętać, że sam sobór był ideą elitarną, która niekoniecznie miała pełne zrozumienie w Kościele oddolnym. Zresztą dialog Kościoła i dawnej lewicy był w gruncie rzeczy sprawą elit, a nie mas. Mówimy bowiem o ludziach, którzy swoją postawę ideową mieli przemyślaną.

Po roku1989 Kościół stracił szansę na zachowanie pozycji moralnego autorytetu. Wszystko zaczęło się od podarowanych mu w maju 1989 r. przez komunistyczny rząd ustaw „O stosunku państwa do Kościoła katolickiego w PRL” oraz „O gwarancjach wolności sumienia i wyznania”. Miały one go skłonić do zajęcia w wyborach czerwcowych neutralnej pozycji. Kościołowi jako instytucji podarowano zbyt wiele, np. to, że do dziś nie płaci podatków, również od dużych operacji finansowych.
Po wyborach czerwcowych Kościół uznał się za beneficjenta zmian i wystąpił z kolejnymi roszczeniami, mniej lub bardziej uzasadnionymi. Niektóre sprawy np. wprowadzenie religii do szkół można było przeprowadzić bardziej umiejętnie. Tymczasem przez Kościół zostało to załatwione tak, że znaczna część społeczeństwa uznała jego działania za narzucanie rozwiązań i odcinanie kolejnych kuponów od zwycięstwa.

Bez wsparcia ze strony Kościoła przeprowadzenie transformacji ustrojowej byłoby jednak znacznie trudniejsze.

Hierarchia kościelna uczestniczyła bardzo aktywnie w przełomie roku 1989. Ona właściwie współtworzyła ten przełom. Historycy, którzy znają dokumenty z tamtego okresu, wiedzą, że Kościół odegrał ogromną rolę w doprowadzeniu do obrad Okrągłego Stołu, po czym, z koniunkturalnych powodów w latach 90. tę rolę przemilczał. Najprawdopodobniej nie doszłoby do Okrągłego Stołu, gdyby nie zakulisowa praca biskupów, którzy doprowadzili zwaśnione strony do podjęcia wspólnych rozmów. Zasadniczą rolę odegrało tu kierownictwo polskiego Kościoła: kard. Józef Glemp, abp Bronisław Dąbrowski, abp Tadeusz Gocłowski, ks. Alojzy Orszulik, a także papież Jan Paweł II, który, będąc w Watykanie, wszelkimi możliwymi sposobami zachęcał, stymulował do wielkiego kompromisu w Polsce.

Dlaczego później Kościół nigdy nie mówił głośno, że był akuszerem Okrągłego Stołu?

W latach 90. biskupi dokonali ważnego wyboru politycznego; postawili na prawicę, a ta, jak wiadomo, krytykowała nie tylko Okrągły Stół, ale i cały porządek polityczny, który dzięki niemu wyrósł. W związku z tym biskupom było niezręcznie podkreślać: „To my byliśmy akuszerami tamtego wydarzenia”. A przecież wystarczy sięgnąć po stenogramy spotkań, chociażby słynnej rozmowy w Klarysewie, która odbyła się 4 stycznia 1989 r. z udziałem Mieczysława Rakowskiego i Stanisława Cioska oraz kard. Franciszka Macharskiego, abp Bronisława Dąbrowskiego i bp Jerzego Stroby. Ustalono wówczas m.in. kiedy dokładnie odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne i że będą miały charakter kontraktu.

Czy właśnie dlatego po 1989 r. ludziom Solidarności nie przyszło do głowy, aby odsuwać Kościół od polityki?

Te środowiska łączyły wspólne przeżycia, przegadane setki godzin. Od roku 1984 na ulicy Wroniej w siedzibie Episkopatu Polski spotykali się na wspólnych dyskusjach politycznych abp Bronisław Dąbrowski, ks. Alojzy Orszulik, Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Andrzej Wielowieyski, Andrzej Celiński, niekiedy pojawiał się Lech Wałęsa. Tam wymyślano bardzo wiele rozwiązań, które następnie legły u podstaw polskich przemian. Ci ludzie nie tylko przez wiele lat systematycznie się spotykali, współdziałali, tworzyli możliwe scenariusze zmian, łączyły ich także więzy przyjaźni, zaufania. Po zakończeniu obrad Okrągłego Stołu Tadeusz Mazowiecki, Witold Trzeciakowski i Bronisław Geremek pojechali do Jana Pawła II, aby osobiście zdać mu relacje z wydarzeń. W tamtym kontekście to było zupełnie naturalne.

Kiedy więc po raz pierwszy zaczęto myśleć poważnie o rozdziale Kościoła i państwa?

Polscy politycy nie spieszyli się zbytnio ze zdefiniowaniem, jak należy rozumieć ten rozdział. Nie było takiej konieczności, a poza tym istniały wówczas ważniejsze sprawy. Kościół był naturalnym uczestnikiem życia narodowego, miejscem różnych spotkań – również w sensie dosłownym: proszę pamiętać, że np. większość komitetów obywatelskich odbywała publiczne zebrania w salach parafialnych. Po raz pierwszy ta kwestia pojawiła się w roku 1990 w trakcie tzw. „wojny na górze”, która wybuchła pomiędzy Lechem Wałęsą a rządem Tadeusza Mazowieckiego i większością dawnych przywódców Solidarności. Na pewno problem zyskał na znaczeniu po wyborach parlamentarnych, które odbyły się w październiku 1991 r., w których wyraźne wsparcie Kościoła uzyskała Wyborcza Akcja Katolicka (WAK).

Jednym z przykładów bezpośredniego zaangażowania Kościoła w politykę, które ożywiło dyskusję na ten temat, była słynna już wypowiedź abpa Józefa Michalika podczas Mszy św. z udziałem liderów ZChN-u, które wówczas wchodziło w skład WAK. Arcybiskup powiedział wówczas: „Katolik ma obowiązek głosować na katolika, chrześcijanin na chrześcijanina, muzułmanin na muzułmanina, Żyd na Żyda, mason na masona, komunista na komunistę, każdy niech głosuje na tego, którego sumienie mu podpowiada”.

Słowa te zostały zrozumiane jednoznacznie: ci, którzy głosują na katolików spod znaku WAK lub ZChN-u, są prawdziwymi Polakami, ci zaś, którzy głosują na UW, są Żydami, masonami, ateistami, słowem: obcymi. Wśród obywateli danego kraju zawsze znajdą się ludzie, którzy nienawidzą swych sąsiadów, wierzą w spiskową wizję dziejów, z różnych względów nie akceptują współczesności. Tacy ludzie są i we Francji, i w Niemczech, i w innych krajach europejskich. Zazwyczaj jednak duże instytucje społeczeństwa i nowoczesnego państwa starają się tego typu nurty albo wychowywać, albo marginalizować. Tymczasem w Polsce te nurty zostały wprowadzane do mainstreamu. Przywołana przez Panią wypowiedź abpa Michalika jest wyraźnym przykładem wprowadzania do głównego nurtu refleksji poglądów, które Kościół powinien zwalczać w imię budowania pokoju społecznego, ale też możliwości oddziaływania na różne nurty ideowe. Nawet jeżeli wcześniej Kościół nie walczył wyraźnie np. z antysemityzmem, to nie głosił go w otwarty sposób, a tak uczynił abp Michalik, wyodrębniając rzekomych Żydów jako grupę przeciwstawną Polakom. Późniejsza praktyka Kościoła często szła niestety również tym torem.

Dlaczego po 1989 r. Kościół postawił na dialog ze środowiskami prawicowo-konserwatywnymi?

Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Zacznijmy od polityki personalnej. Dlaczego na to, co Kościół ma do powiedzenia nie mieli decydującego wpływu duchowni tacy jak ks. Józef Tischner, o. Jan Andrzej Kłoczowski, a z hierarchów abp Józef Życiński, biskupi Tadeusz Gocłowski i Tadeusz Pieronek, tylko ludzie zupełnie innej formacji? Za mało wiemy o polityce personalnej Watykanu, aby formułować tu jakieś hipotezy. Przypuszcza się np., że w kwestii nominacji kard. Józefa Glempa na prymasa Polski i przewodniczącego Konferencji Episkopatu Polski, Jan Paweł II uszanował wolę kard. Stefana Wyszyńskiego.

Jednak bp Tadeusz Pieronek był w latach 1993-1998 sekretarzem Konferencji Episkopatu Polski. Zastąpił zresztą na tym stanowisku bp Bronisława Dąbrowskiego.To prawda, sekretarz Episkopatu był wówczas w wymiarach publicznym i politycznym drugą osobą w Kościele, zaraz po prymasie. Rola bp. Pieronka przez wiele lat była bardzo pozytywna, potrafił podtrzymać dialog ze środowiskami sceptycznymi. Jednak od wielu lat bp Pieronek nie zajmuje już znaczącej pozycji…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół. Lewica. Dialog