Subskrybuj

Gorliwy nadinterpretator

Jak na człowieka, który – bez względu na jakość swych dzieł – szczerze przejmuje się tragediami, o których pisze, poglądy Goldhagena na geopolitykę wydają się albo umyślnie naiwne, albo po prostu idiotyczne.

Daniel Jonah Goldhagen – politycznie zaangażowany amerykański historyk dziejów najnowszych – od początku swojej kariery nie uciekał od kontrowersji. Już w swojej pierwszej książce – Gorliwych katach Hitlera – poruszył światową opinię publiczną pytaniem o kolektywną odpowiedzialność Niemców za okrucieństwa drugiej wojny światowej. W kolejnej – w nie mniej stanowczym i stronniczym tonie – pisał o stosunku Kościoła katolickiego do Zagłady Żydów. Dziś po kilku latach przerwy Goldhagen wydał nową książką, poświęconą tym razem przyczynom pojawiania się ludobójstw lub – w jego własnej terminologii – praktyk eliminowania, tj. okrutnego zabijania milionów ludzi w całym XX w. Nowa praca Goldhagena, pod wieloma względami podsumowująca jego dotychczasowy dorobek, ma jednak jeszcze jeden cel – ma wywołać dyskusję na temat sposobów przeciwdziałania przyszłym aktom ludobójstwa, z którymi nie radzą sobie dziś ani państwa, ani współczesne organizacje międzynarodowe. Goldhagen jako historyk pisze więc o masakrach i ludobójstwach, jako polityk – stawia palące pytania i wzywa do działania.

David Rieff – amerykański pisarz i publicysta, znany m.in. z reportaży z ogarniętej wojną Jugosławii – omawiając najnowszą, opublikowaną niedawno po polsku, pracę Goldhagena pt. Wiek ludobójstwa kreśli krytyczny obraz całej jego twórczości. Pełne moralnego oburzenia pisarstwo Goldhagena warto zderzyć z nieraz sarkastycznym tonem tekstu Rieffa – pytania zadawane przez tego pierwszego nie stracą przy tym na ważkości, a odpowiedzi zyskają więcej koniecznej powagi.


Niemal nie sposób sobie wyobrazić, by Daniel Jonah Goldhagen – niegdyś harwardzki politolog, dziś pełnoetatowy moralista, proizraelski polemista i historyk-amator – mógł mieć wielbiciela bardziej sobie oddanego niż, no cóż – on sam. Już w swoim książkowym debiucie – Gorliwych katach Hitlera – zapowiedział, że, by wyjaśnić Holokaust, konieczna będzie radykalna rewizja wszystkiego, co dotąd napisano, i że jego dzieło właśnie takiej rewizji dokona. W Niedokończonym rozrachunku postawił sobie cel jeszcze ambitniejszy: ujawnić zbrodniczą rolę, jaką Kościół katolicki odegrał w Szoa – nie tylko w trakcie wojny, ale praktycznie od zawsze, gdyż – jak tłumaczy – instytucja ta stanowiła główny ośrodek zachodniego antysemityzmu niemal od chwili swego poczęcia.

Rozprawiwszy się w ten sposób z „fałszywym paradygmatem” badań nad Holokaustem, zastąpiwszy przekłamania własną adekwatną analizą, a następnie zdemaskowawszy olbrzymie „winy i wykroczenia” Kościoła katolickiego oraz duchowieństwa, winy, którym w ich historycznym zarysie, jak powiada, nikt nie może uczciwie zaprzeczyć, niedawno oddał w nasze ręce kolejne dzieło – Wiek ludobójstwa. Jego skromnym celem jest „na nowo określić, zrozumieć, inaczej zinterpretować i właściwie wyjaśnić katastrofalny i systematycznie pojawiający się problem eliminacjonizmu oraz zaproponować realne reakcje na ten problem” (s. 802) .

W zależności od punktu widzenia Wiek ludobójstwa można uznać albo za logiczne następstwo drogi, jaką autor konsekwentnie podąża od piętnastu lat, albo jej reductio ad absurdum. Wbrew szumnym zapewnieniom, w wielce wymownym posłowiu sam nieświadomie zdradza, że w zasadzie nie przedstawia w książce wyników żadnych oryginalnych badań. Nie kłopocze się tym jednak zanadto, książka bowiem „nie ma zawierać wyczerpującej dokumentacji żadnego ludobójstwa z osobna, nie mówiąc o historii wszystkich masowych mordów, a tym bardziej innych przejawów eliminacjonizmu naszej epoki” (s. 802).

Dlaczego jednak mielibyśmy się godzić z faktem, że Goldhagen pisze książki, które – jak sam wyznał w 2003 r. przy okazji publikacji Niedokończonego rozrachunku – dotyczą raczej „moralności niż historii”, a jednocześnie autor zastrzega sobie prawo do potępienia i pogardy (pogarda to typowy motyw jego twórczości) względem prac wielu wybitnych współczesnych historyków, to już zupełnie inna sprawa.


Jak się wyważa otwarte drzwi?

Początki tego schematu można zaobserwować już w Gorliwych katach Hitlera, gdzie Goldhagen – o ile nie ustanawia akurat prawa moralnego – koncentruje się na polemice z panującym w historiografii konsensusem wokół Holokaustu, ze szczególną wzgardą odnosząc się do prac wybitnego badacza, Raula Hilberga. Historię Niemiec od wczesnych lat XIX w. po upadek Berlina w 1945 r. Goldhagen postrzega w sposób esencjalistyczny – jej istotę, w ogólnym zarysie, miałby stanowić tak zwany antysemityzm eliminacyjny. Z równie niezachwianą pewnością diagnozuje jednak i szczodrze wychwala moralne odrodzenie postnazistowskiego państwa i społeczeństwa niemieckiego w okresie powojennym.
Szkopuł w tym, że Goldhagen – jak już przed dekadą zauważył historyk nazizmu, Christopher Browning (skądinąd ulubiony obiekt ataków w Gorliwych katach Hitlera) – bez względu na to czy chwali, czy oskarża, konsekwentnie twierdzi, że przeciera nowe szlaki w zrozumieniu zjawiska. W rzeczywistości jego poglądy nie odbiegają od obiegowych sądów, które z taką zaciekłością zwalcza i które wedle własnego mniemania stara się poddać rewizji i skorygować.

Tymczasem niewielu historyków kiedykolwiek podawało w wątpliwość fakt, że zwyczajni Niemcy dobrowolnie uczestniczyli w zagładzie europejskich Żydów. Wcześniejsi badacze nie twierdzili też nigdy, że zabijali oni z lęku przed represjami. Innymi słowy, idea gorliwych katów Hitlera była wśród historyków powszechnie akceptowana na długo przed tym, nim harwardzka dysertacja Goldhagena stała się światowym bestsellerem.

Niedokończony rozrachunek mierzy już w grubszą zwierzynę niż prace innych historyków. Goldhagen stwierdza tam, że Kościół katolicki i jego duchowni na przestrzeni wieków wyrządzili tyle zła (jego kulminację stanowiło ideologiczne przygotowanie Holokaustu), że ich pilnym, zbiorowym obowiązkiem powinno być obecnie, jak powiada za katechizmem, „moralne naprawienie szkody” w oparciu o historię, którą nie kto inny, jak on sam, Daniel Jonah Goldhagen, w swojej pracy niepodważalnie wykłada. Czy jednak rzeczywiście to czyni? Po raz kolejny zaledwie podnosi on dobrze już znany motyw – oskarżenie Watykanu o współudział w Holokauście – i łączy go z innym, znacznie mniej dyskusyjnym (niekwestionowanym nawet przez większość poważnych historyków katolickich): z tragicznym nurtem antysemityzmu w historii Kościoła. Następnie, ponieważ nie umie się oprzeć pokusie esencjalizmu, pierwszy wątek czyni egzemplifikacją drugiego, a tym samym podnosi antysemityzm do rangi centralnego faktu w moralnych dziejach katolickich instytucji.

Praca ta, choć obszerna i napuszona, stanowi dokonanie znacznie mniej imponujące niż wskazywałyby na to jej długość i zapowiedzi samego autora.

Podobnie jak w swej analizie niemieckiego antysemityzmu eliminacyjnego w Gorliwych katach Hitlera i systemowej winy Kościoła katolickiego w Niedokończonym rozrachunku, tak i tu Goldhagen po raz kolejny stawia uogólniające twierdzenie, że na dobrą sprawę żaden rząd, żadna instytucja, a nawet większość jednostek, nie okazały się dotąd gotowe, by otwarcie zmierzyć się z problemem ludobójstwa, a co ważniejsze, by właściwie zrozumieć jego naturę. Tutaj wkracza zaproponowany przez Goldhagena klucz wyjaśniający oraz aktualne reakcje instytucjonalne i rozwiązania polityczne. Ten człowiek naprawdę nie wystawia dobrego świadectwa wysokiej samoocenie.

O ile już we wcześniejszych pracach zdradzał Goldhagen pewną skłonność do nadęcia, o tyle w porównaniu z zakresem analizy, jaki rysuje w przedmowie do książki Wiek ludobójstwa, a która nosi koturnowy niemal tytuł Wybór, jego wcześniejsze pretensje mogą się wydać wręcz śmiesznie skromne. Już w pierwszym zdaniu kategorycznie oznajmia, że „setkom milionów ludzi grozi niebezpieczeństwo, że padną ofiarą ludobójstwa i związanych z nim aktów przemocy” (s. 11). Zważywszy, że twierdzenie to opiera na ocenie ryzyka nie tylko tych krajów, w których ludobójstwo rzeczywiście miało miejsce lub gdzie jego możliwość wciąż zdaje się realna, ale również tych, gdzie – jak sam przyznaje – „nie widać sygnałów ostrzegawczych wskazujących na bezpośrednie zagrożenie” (s. 11), poniekąd zaskakiwać może, że nie szacuje liczby potencjalnych ofiar na miliard. Przy tak dowolnych kryteriach naprawdę nie wiadomo, dlaczego nie miałby wybrać tej właśnie, czy nawet jeszcze wyższej liczby. W rzeczywistości liczba ta wyraża przede wszystkim emocje autora – doskonale zrozumiałe ubolewanie nad tym, co aż nazbyt często i w zbyt wielu miejscach działo się w minionym stuleciu. Stanowi również nieco wyolbrzymiony przejaw lęku o to, co wciąż może spotkać ludzi w krajach rządzonych dziś przez reżimy polityczne, które dopuszczają się lub – co już bardziej sporne – jak uważa Goldhagen, mają wrodzoną skłonność do popełniania masowych mordów.

W pierwszych dziewięciu rozdziałach pracy Wiek ludobójstwa, czyli niemal na 500 stronach tekstu, autor chce ustalić ramy interpretacyjne pozwalające zrozumieć naturę eliminacjonizmu w historii i współczesnej geopolityce. Znajdziemy tam długie opisy (raz narracyjne, raz porównawcze) szeregu okrucieństw dwudziestego stulecia: dokonanego z początkiem wieku przez Niemców ludobójstwa Herero w dzisiejszej Namibii, rzezi Ormian, Gułagu, zbrodni Pol Pota, masakry dokonanej na rdzennych Gwatemalczykach w latach 80. przez dyktatorski reżim generała Efraína Ríosa Montta i ludobójstwa w Rwandzie. To tylko garść przypadków, które Goldhagen stara się zbadać. Ustalenia te rzeczywiście są przejmujące. Przykłady jednak – bez względu na to, jak bardzo go poruszają i jak bardzo pragnie, by oburzyły i pchnęły czytelnika do czynu – zawsze mają służyć większemu projektowi, jakim jest skonstruowanie schematu dla zrozumienia eliminacjonizmu i ludobójstwa.

Nie powinno dziwić, że we własnym mniemaniu autor odnosi olśniewający sukces. W posłowiu zatytułowanym Refleksje i podziękowania – które po części jest konwencjonalną laurką, a po części ma służyć dziecinnemu wyrównaniu rachunków z krytykami i naukowcami, z którymi w przeszłości przyszło mu skrzyżować miecze – Goldhagen obwieszcza, że udało mu się znacznie przekształcić nasze rozumienie tego zjawiska.

Mimo całej rozwlekłości dzieła, poglądy Goldhagena na to, jak eliminacjonizm funkcjonuje w społeczeństwach, a także na dyskurs o prawach i charakter struktur politycznych, mają zazwyczaj naturę zdroworozsądkową.

Z kolei opinie, które stara się zwalczyć, wydają się w dużej mierze wydumane. Jego oburzenie budzą w szczególności dwa sądy. Po pierwsze, pogląd, że czyny uczestników masowych mordów „są zdeterminowane przez siły zewnętrzne; że ludzie nie mają wielkiego lub żadnego zgoła wpływu na to, jak postępują; że wolna wola to złudzenie”. Po drugie, że „ludzie dopuszczają się ludobójstwa pod wpływem wewnętrznych popędów” – co trafnie nazywa „Kaligulą tkwiącym w każdym człowieku” (s. 24). Szkopuł w tym, że ani wulgarny materializm pierwszego poglądu, ani wulgarny freudyzm drugiego kompletnie nie przystają do tego, co ludzie mający jakiekolwiek pojęcie o wojnie czy masowych rzeziach kiedykolwiek twierdzili na temat losu, jaki spotkał choćby bośniackich muzułmanów czy rwandyjskich Tutsi. To prawda, w Bośni przed 1945 r. panował względny spokój (nawet jeżeli wzajemna kurtuazja nie wykraczała poza obręb miejskich twierdz takich, jak Sarajewo czy Tuzla), a na rwandyjskiej wsi – od czasu wypędzenia części populacji Tutsi w latach 60. do początku wznowienia walk u końca lat 80. – mordy miały epizodyczny charakter. Nikt, kto zwracał się do bośniackich Serbów i rwandyjskich Hutu w czasie masowych mordów, nie mógł jednak wątpić, że wielu zabijało z własnej nieprzymuszonej woli, a nie pod groźbą utraty życia. Ponadto zbrodnie te zostały uprzednio przez sprawców obmyślone w kategoriach politycznych, etnicznych, rasowych i religijnych, choć w zależności od miejsca i czasu nieco się one różniły. Nie jest to czcza spekulacja; dziennikarze, relacjonujący wydarzenia obu tych okropieństw, w tym ja, a także wielu, których nazwiska przywołuje sam Goldhagen, posiadają taśmy pozwalające twierdzenie to udowodnić.

Pojęcie społeczeństwa obywatelskiego często stosuje się mylnie na określenie instytucji, które po prostu odpowiadają upodobaniom liberalnych internacjonalistów i działaczy praw człowieka (i tak np., na gruncie amerykańskim, subsydiowane Human Rights Watch uznaje się za filar społeczeństwa obywatelskiego, podczas gdy wspieranego finansowo przez członków National Rifle Association już nie, a przynajmniej się nie powinno).

Wydaje mi się jednak, że w przypadku Bośni rząd serbski odwoływał się do poglądów swoich wyborców, gdy wzywał do mordu i czystek etnicznych. W jeszcze większym stopniu odnosi się to do rwandyjskich Hutu w okresie bezpośrednio poprzedzającym ludobójstwo z 1994 r. Kiedy więc Goldhagen pisze – jak gdyby odkrył coś, czego nikt przed nim nie miał dostatecznej śmiałości przemyśleć – że, aby zrozumieć ludobójstwo, należy najpierw przyjąć, że „ludzie dokonują wyboru sposobów postępowania, nawet jeśli nie wybierają sobie kontekstów, w jakich go dokonują (…) ich wybory wypływają z tego, jak oni sami wyobrażają sobie sposoby kształtowania świata i rządzenia nim” (s. 25) – któż by się z tym nie zgodził? Nie ma również nic kontrowersyjnego, choć też i szczególnie oryginalnego, w apelu o ścisłość językową i w nawoływaniu, by nazywać morderców po imieniu – np. mówić o Niemcach, a nie nazistach – zamiast chronić się w poprawnych politycznie, sterylnych określeniach, choć nawet sam Goldhagen zaciemnia nieco obraz, gdy islamskich terrorystów nazywa politycznymi islamistami, a nie Saudyjczykami czy Kuwejtczykami. Gdy zaś stwierdza, że „musimy stawiać podobnie dociekliwe pytania na temat krytycznej roli świadków” (s. 301), chyba nie sądzi, że poważni ludzie tego nie czynią. Mimo że do książki dołączona jest wyczerpująca bibliografia, domyślnie przyjmowane przez Goldhagena stanowisko, że obiegowy pogląd głosi „X”, on natomiast wykaże, że w rzeczywistości to „Y”,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Tajny dziennik Białoszewskiego