Wieloznaczni ekolodzy
Często powtarzany termin „ekologia” obrósł w mnóstwo nieporozumień. Media, a za nimi ogół społeczeństwa, używają tego słowa, rozmywając jego znaczenie. Trzeba zatem zacząć od zdefiniowania pewnych pojęć. Ekologia jest eksperymentalną nauką podstawową, należącą do domeny biologii; zajmuje się zjawiskiem życia, w szczególności interakcjami pomiędzy organizmami oraz między nimi a środowiskiem. Jest bliska biologii ewolucyjnej, a od czasu, gdy biologom udało się odkryć, jak wielki wpływ żywe organizmy wywierają na całą biosferę (obieg pierwiastków i klimat), ekolodzy współpracują z geochemikami i klimatologami. Dziedziny te zachowują swoją autonomię, ale wszystkie należą do domeny przyrodniczych nauk eksperymentalnych (science), a zatem obowiązują w nich identyczne rygory co do metodologii badań i komunikowania.
W języku polskim „ekologia” może oznaczać ochronę środowiska albo powstrzymywanie jego zanieczyszczenia, uprawę roślin bez nawozów sztucznych albo zgodnie z fazami Księżyca, ochronę gatunków, promocję rowerów, kierunek filozofii, ideologię ruchów społecznych, wyznanie wiary etc. Najczęściej chodzi tu o przekonania i postawy oparte na systemie wartości, dotyczącym warunków życia i stosunku do przyrody, cechującym niektórych ludzi. W wielu językach reprezentanci takich poglądów nazywani są „środowiskowcami” (environmentalists), „zielonymi (greens), „ochroniarzami” (conservationists), jeżeli już „ekologami”, to „głębokimi” (deep ecologists), przy czym zakres znaczeniowy tych terminów nieco się różni. Po polsku ich wszystkich nazywa się ryczałtowo „ekologami”, wliczając do tego również techników zajmujących się ochroną środowiska (np. monitoringiem, ochroną przeciwpowodziową czy oczyszczaniem ścieków). Toteż kiedy telewizyjny redaktor zapowie rozmowę z „ekologiem”, to na ekranie prawie na pewno nie pojawi się naukowiec parający się wyżej zdefiniowaną dziedziną biologii.
Nie ma sensu walczyć z wiatrakami, rozmycie pola semantycznego terminu ekologia jest faktem nieodwracalnym. Dla odróżnienia w dalszym tekście będę używał słowa ekologia tylko dla oznaczenia nauki biologicznej, a w pozostałych przypadkach będę pisał „ekologia”. Cudzysłów nie ma tu znaczenia deprecjonującego – sam, będąc zawodowym ekologiem, często czuję się również „ekologiem”. Dopiero mylenie tych pojęć, traktowanie „ekologii” jako miarodajnej nauki przyrodniczej, a ekologii – jako dziedziny nacechowanej wartościami – prowadzi do skutków opłakanych. Ekologia i „ekologia” stykają się tam, gdzie ideolodzy poszukują wsparcia nauki dla uzasadnienia swojej hierarchii wartości. Ekolodzy też chcieliby wiedzieć, jaką społeczną wartość mają ich badania – a przynajmniej powołać się na nią, kiedy występują o dotacje. Poszukiwanie związków pomiędzy ekologią a „ekologią” jest produktywne, dopóki zachowany jest rygor pojęciowy. Ekologia naprawdę stanowi naukowy fundament działań praktycznych w zakresie ochrony środowiska i przyrody, wyzwania społeczne zaś rzeczywiście motywują ekologów do podejmowania badań, które mogą mieć praktyczne implikacje.
Czy nauka pomaga aktywistom?
Mylenie ekologii z „ekologią” nie tylko utrudnia społeczną debatę i podejmowanie racjonalnych działań, ale ma też jeszcze poważniejsze, dalekosiężne skutki: prowadzi do zwątpienia w wiarygodność nauki w ogóle. Nauki przyrodnicze wypracowały bezkonkurencyjnie skuteczną metodę wyjaśniania zjawisk naturalnych, zwaną niekiedy „mocnym wnioskowaniem” (strong inference), a wywodzącą się m.in. z postulatów metodologicznych Karla Poppera. Metodologia nauki sama jest domeną burzliwie się rozwijającą i niewolną od kontrowersji, ale nie wykrzywię zanadto obrazu, kiedy – bez dalszych uzasadnień – wymienię jej charakterystyczne cechy: rygor stawiania formalnie poprawnych i testowalnych empirycznie hipotez; wnioskowanie oparte na ilościowej analizie statystycznej; pragmatyka otwartości przy publikowaniu – ujawnianie nie tylko wyników i wniosków z badań, ale również drobiazgowo opisanych metod; instytucja krytykowania badań na wszystkich etapach – od projektu (konkursy grantowe) poprzez publikację (recenzje) po możliwość dyskusji nad każdym opublikowanym wnioskiem i uogólnieniem. Taka ewaluacja również podlega ścisłym rygorom – w naukach przyrodniczych nie ma miejsca na ustalanie konkluzji większością głosów, siłą autorytetu czy też sprawnością retoryki; na dłuższą metę nie są tolerowane sprzeczności wewnątrz ogólniejszych teorii. Ogromny postęp w rozwoju nauk przyrodniczych, polegający na coraz szerszym zakresie teorii wyjaśniających coraz większą liczbę zjawisk na Ziemi i we wszechświecie, przejawiający się również masą praktycznych zastosowań, dowodzi skuteczności tej metodologii i umacnia wiarygodność ustaleń nauki. Można podważyć ten obraz jako nazbyt wyidealizowany – każdy zna przecież przykłady błędów naukowych (nieraz uporczywych) czy zgoła korupcji, naginania wniosków badań dla poparcia czyichś doraźnych interesów. To prawda, taka patologia występuje, szczególnie na styku nauki z praktyką lub ideologią, są to jednak zjawiska marginalne, na dłuższą metę nieszkodzące rozwojowi wiedzy.
„Ekologia” jest w zupełnie innej sytuacji. Systemy wartości mają z natury charakter subiektywny, dlatego argumenty ideologiczne – opierające się na wybranej hierarchii wartości – również są subiektywne lub wręcz arbitralne. Spory o hierarchię wartości „ekologicznych” toczą się zwykle na płaszczyznach pragmatycznych, estetycznych, etycznych, lub ich kombinacji. Gdy ścierają się różne systemy wartości, ich adherenci poszukują „obiektywnych” uzasadnień, jakie spodziewają się znaleźć w domenie nauki, której wiarygodność jest powszechnie akceptowana. Jednak nauka nie ma kompetencji w dziedzinie rozstrzygania dylematów dotyczących ludzkich wartości. Może potwierdzić przyrodnicze fakty i dostarczyć wyjaśnień przyczynowo-skutkowych, a i to tylko w granicach ustalonego ilościowo stopnia wiarygodności (nigdy ze stuprocentową pewnością). Tak samo nauka nie potrafi rozstrzygnąć, jakie praktyczne działania w rozwiązywaniu „ekologicznych” problemów będą najbardziej zadowalające – może tylko wskazać, jakie mogą być skutki różnych posunięć, jak najefektywniej osiągnąć cel, jeśli zostanie on wcześniej sformułowany, a nauka nie uzna go za nierealny. Relacje ekologii i „ekologii” najlepiej pokazać na konkretnych przykładach – weźmy dwa problemy bardzo intensywnie badane przez ekologów i emocjonalnie dyskutowane przez „ekologów”: zagrożenie bioróżnorodności i ocieplenie globalne.
Świstaki i górale
Niepokoją nas doniesienia mówiące, że bezpowrotnie giną gatunki zwierząt i roślin. Znamy spektakularne przykłady gatunków wymarłych (dront dodo z wyspy Mauritius czy tur z europejskich lasów) lub takich, które w ostatniej chwili uratowano przed wyginięciem (jak choćby żubr). Mówi się o globalnej redukcji różnorodności biotycznej, a tempo tego procesu wydaje się dorównywać wielkiemu katastrofalnemu wymieraniu, jakie zdarzało się niejednokrotnie w zamierzchłej przeszłości biosfery. Takie oceny opierają się na wnioskowaniu pośrednim, a margines błędu przy ilościowym ustalaniu tempa wymierania gatunków jest bardzo szeroki, zarówno w odniesieniu do zjawisk współczesnych, jak i danych paleontologicznych. Jednak sam fakt wymierania gatunków jest bezsporny: mamy wiele udokumentowanych przypadków zniknięcia gatunków zwierząt i roślin, zarówno w czasach historycznych, jak i prehistorycznych. Dla wielu tych wydarzeń można z całą pewnością wskazać człowieka jako bezpośredniego lub pośredniego sprawcę. Wymieranie gatunków jest jednak przede wszystkim procesem naturalnym. Większość z tych, które kiedykolwiek żyły na Ziemi, już wymarła – bez udziału człowieka. Nauka potrafi wskazać rozmaite przyczyny stopniowego lub gwałtownego wymierania gatunków w przeszłości, związku tego zjawiska z interakcjami międzygatunkowymi w ekosystemach i zmian warunków środowiska. Badając dynamikę populacji, jej zmienność genetyczną i inne konkretne wskaźniki, ekolodzy nie tylko umieją wyjaśniać dawne wydarzenia, ale nawet przewidywać dalsze losy tych, które są obecnie zagrożone wymarciem. Wydaje się faktem dobrze potwierdzonym, że za sprawą ekspansji naszej cywilizacji tempo wymierania gatunków jest znacznie przyspieszone w stosunku do naturalnego tła.
Głosy „ekologów” bywają w tej mierze silnie nacechowane emocjonalnie: ich zdaniem, przyczyniając się do wymierania gatunków człowiek, „zaburza naturalną równowagę w przyrodzie”, co może spowodować nieobliczalne skutki – może zmniejszyć pulę obecnych i przyszłych (jeszcze nieznanych) korzyści, jakie sam czerpie z otaczającej przyrody, może zmienić swoje środowisko w stopniu pogarszającym jakość życia, a w skrajnym wypadku może nawet zniszczyć życie na Ziemi.
Wielu ekologów kwestionuje te twierdzenia: wszak w historii biosfery były już nieraz wymierania, i to wielkie, a życie trwa nadal. Pomysł, że człowiek mógłby wysterylizować planetę, jest przejawem groteskowej megalomanii. Od początku trwania życia na Ziemi, średnio rzecz ujmując, gatunków przybywa, nie ubywa, a epizody wielkiego wymierania nie zatrzymują tego trendu. Sceptycy twierdzą nawet, że nie ma dla nas praktycznego znaczenia liczba gatunków, bo w żywność, włókno, surowce dla farmacji i inne materiały zaopatrują nas te…