Jaka nazwa przedmiotu?
Spór o lekcje z wiedzy o seksualności dla niektórych sprowadza się do samej nazwy. Nie ma dla nich znaczenia, czy w szkolnym dzienniku zapiszemy edukacja seksualna czy wychowanie do życia w rodzinie. Ważne, by ten przedmiot w szkole w ogóle był. Podobnego zdania jest Marek Babik, który zauważa, że nawet w literaturze przedmiotu stosuje się te określenia zamiennie. Za ich kategorycznym rozróżnieniem jest Szymon Grzelak. I jako że użyliśmy w naszej ankiecie pierwszego terminu, dla autora jest jasne, że opowiadamy się po jednej ze stron, przemycając w ten sposób ukrytą w pytaniu tezę. Termin ten nie jest, jak pisze Grzelak, obojętny. Czy nazwa przedmiotu determinuje zatem jego tematykę i czy któraś z dwóch kategorii jest neutralna?
Wypada zgodzić się z Szymonem Grzelakiem, że język, jak dawno temu zauważyli Edward Sapir i Benjamin L. Whorf, oddziałuje na nasze myślenie. Dwie wymienione nazwy odwołują się do różnych pól znaczeniowych. Edukacja seksualna z jednej strony kojarzy nam się z wiedzą przekazywaną w szkołach, która z założenia powinna być obiektywna, rzetelna i bezpieczna. Z drugiej strony, zastosowany tu przymiotnik może kierować myśli ku ars amandi, wypaczając w ten sposób cele i złożoną tematykę nauczania. Z wychowaniem do życia w rodzinie mamy inny problem. Nazwa budzi skojarzenie z długim procesem socjalizacji, podczas którego dzieci dowiadują się tego, co jest dobre, a co złe, co jest uważane za normalne, a co takie nie jest. Tradycyjnie, to rodzice zajmują się wychowaniem i robią to tak, jak sami uważają za słuszne. Ponadto jest to sfera intymności, do której mają dostęp tylko najbliżsi (o ile nikomu w domu nie dzieje się krzywda). Przeniesienie zatem wychowania na grunt szkolny u wielu budzi opór. Drugi człon – do życia w rodzinie – choć pozwala uniknąć jednoznacznych skojarzeń z przymiotnikiem występującym w pierwszej nazwie, jest równocześnie wykluczający – nie obejmuje tych, którzy rodziny nie posiadają i nie planują jej założyć. Marek Babik pisze w swojej ankiecie: „Każdy z nas jest seksualny, ale nie każdy musi żyć w rodzinie”.
Oba określenia nie są zatem wolne od ukrytych znaczeń. Babik używa w swojej ankiecie wyrażenia „wychowanie seksualne”, które znajduje się pośrodku dwóch spornych stanowisk.
Jest czy go nie ma?
Czytając ankiety, można dostrzec prawidłowość – posługiwanie się określoną kategorią wychowanie do życia w rodzinie lub edukacja seksualna warunkuje odpowiedź na pytanie, czy wiedza o seksualności jest dziś w szkole przekazywana. Obecnie w systemie szkolnictwa przedmiot nazywa się „wychowanie do życia w rodzinie”. Według Marka Grzelaka ma on „mądrą i szeroką podstawę programową, która obejmuje całościowo zagadnienia miłości i seksualności”. Nie zgadzają się z tym zwolennicy drugiej nazwy, którzy mówią raczej o brakach w nauczaniu tego przedmiotu niż o wyczerpaniu jego tematyki. Paulina Wawrzyńczak z Grupy Edukatorów Seksualnych „Ponton” sugeruje nawet, że podręczniki nie są oparte na naukowej wiedzy i są nieaktualne. Zarówno przeciwnicy jak i zwolennicy takiego tytułowania zajęć są zgodni w jednym – wiedza o seksualności powinna znaleźć się na szkolnym świadectwie i być poważniej traktowana, niż ma to teraz miejsce.
Podobne podejścia?
Ankiety pokazały również, jak mało uczestnicy dyskusji wiedzą zarówno o sobie nawzajem, jak i o innych wizjach przedmiotu niż ich własna. Szymon Grzelak i Hanna Malska patrzą na edukację seksualną w opozycji do wychowania do życia w rodzinie i widzą w niej promocję antykoncepcji, aborcji na żądanie i rozwiązłości. Grzelak pisze o liberalnej obyczajowo edukacji, gdzie: „bliskość seksualna nie musi być związana ani z małżeństwem, ani z trwałością związku, zaś odpowiedzialność nastolatków za własną seksualność oznacza w większym stopniu stosowanie antykoncepcji oraz aborcji (…) niż wstrzemięźliwość seksualną i wierność”. Spojrzenie to może mieć związek z tym, że niektóre organizacje obok postulatu wprowadzenia do szkół tego przedmiotu, dodają te dotyczące zwiększenia dostępności środków antykoncepcyjnych i liberalizacji prawa do przerywania ciąży. Tak było np. w przypadku inicjatywy „Tak dla kobiet. Masz prawo do decyzji!” (miała ona na celu wprowadzenie pod obrady sejmu ustawy o świadomym rodzicielstwie i innych prawach reprodukcyjnych). Trudno jednak przypuszczać, że intencją osób popierających takie zajęcia w szkole – czyli w jednej z podstawowych instytucji legitymizujących porządek nie tylko symboliczny, ale również prawny – była możliwość agitowania do zmiany prawa w Polsce. Te lekcje są okazją, żeby o prawie do aborcji czy antykoncepcji porozmawiać w kontekście istniejących uregulowań prawnych. Jest też wiele środowisk, organizacji, czy osób fizycznych, które skupiają swoje wysiłki głównie na upowszechnieniu tej wiedzy w szkołach (np. sygnatariusze Porozumienia na rzecz upowszechniania edukacji seksualnej dzieci i młodzieży w polskiej szkole z lipca 2009 r.). Napotykamy też trudności w zdefiniowaniu samego…