Subskrybuj

Polityka jako sztuka niemożliwego – przypadki Václava Havla

Havel wprowadził do języka polityki słowa: prawda, miłość, sumienie i moralność. Jego koncepcja była czasem przyjmowana wzruszeniem ramion, a jego samego narażała na zarzuty o pięknoduchostwo i marzycielstwo. Jednak to właśnie obserwacje z czasów działalności publicznej w największym stopniu zaważyły na uwzniośleniu „niepolityczności polityki”, czyli tego, co wyszydzano jako mesjanistyczny romantyzm.

Jestem tym, kogo chyba można nazwać intelektualistą, zarazem jednak zrządzeniem losu znalazłem się – i to właściwie z dnia na dzień – w świecie nazywanym wielką polityką.
Z przemówienia z okazji wręczenia Nagrody Sonninga, 1991 r.

Obszerny wybór esejów, szkiców, artykułów i przemówień Václava Havla, wydany niedawno przez Agorę (Siła bezsilnych i inne eseje ), przekonuje, że ich autora należy włączyć do grona najciekawszych i najbardziej przenikliwych myślicieli politycznych drugiej połowy XX w. Ma rację Adam Michnik, pisząc we wstępie do tego tomu, że Havla można stawiać w jednym szeregu z Arendt, Brodskim, Miłoszem i Bibó. Jego koncepcja polityczna jest uporządkowana, poparta ciekawymi argumentami, czasem kontrowersyjna i zachęcająca do dyskusji oraz konsekwentna, bo propozycje z tekstów z początku XXI stulecia są zazwyczaj rozwinięciem i dopełnieniem obserwacji z lat 70. i 80. Z drugiej strony – jak słusznie zauważył Stanisław Barańczak – „Havel nie jest filozofem oryginalnym i sam się za takiego nie uważa” . Nie tylko dlatego, że nie ma żadnego formalnego wykształcenia w tym kierunku (jako młody chłopak dwa razy bez powodzenia zdawał na filozofię), ale również z tego powodu, że jego refleksje są silnie zakotwiczone w tradycji Heideggera, Masaryka czy Patočki.

Atrakcyjność Czecha nie polega jednak na świeżości czy finezyjności myśli. Jasne jest, że byłby on tylko jednym z kilku zacnych i szanowanych, choć może nieco przykurzonych, klasyków w rodzaju autorki Korzeni totalitaryzmu, gdyby nie to, że jako jeden z nielicznych intelektualistów tej klasy miał okazję wprowadzić swoje koncepcje teoretyczne do realnej polityki. Jest on więc kimś więcej niż tylko troskliwym obserwatorem z zaciemnionych gabinetów: jest aktywnym liderem ruchu opozycyjnego wobec komunistycznej dyktatury, jest głową niepodległego państwa. Istnieje więc Havel-myśliciel, Havel-dysydent i Havel-prezydent, a śledzenie dysonansów między tymi trzema odcieniami jednej postaci to zajęcie fascynujące i pouczające. Sam bohater o tym szczególnym położeniu, w jakim musiał się odnaleźć, opowiadał z humorem, porównując się do surowego krytyka literackiego, który nagle został zmuszony do napisania powieści. „Trudno się więc dziwić, że znalazłem się teraz w sytuacji nie do pozazdroszczenia: wszystkie moje polityczne poczynania, a wręcz cała moja wewnętrzna i zagraniczna polityka Czechosłowacji znalazły się pod mikroskopem, który kiedyś – nie mając świadomości, co spowoduję – sam skonstruowałem” (Czy polityka może być moralna?), mówił w październiku 1991 r.

Swobodne poruszanie się Havla między zajęciami literacko-intelektualnymi a głównym frontem działalności politycznej tłumaczyć można na dwa sposoby. Z jednej strony zaangażowanie należy według niego do podstawowych elementów etosu każdego świadomego obywatela. Szczególnie dotyczy to właśnie intelektualistów, ludzi, którzy skomplikowane mechanizmy świata zrozumieli (lub wydaje im się, że je rozumieją), a ich autorytet sprawia, że posiadają pewne realne możliwości wpływu na rzeczywistość. Havel nie wierzy w niezależność, widzi w niej wygodne wytłumaczenie bierności. Opowiadał: „Jakiś czas temu prosiłem jednego z moich przyjaciół, wspaniałego człowieka i pisarza, żeby zgodził się przyjąć pewną funkcję polityczną. Odmówił, argumentując, że przecież ktoś musi pozostać niezależny. Odpowiedziałem mu: jeśli będziecie tak wszyscy twierdzić, to może się zdarzyć, że nie będzie nikogo niezależnego, bo nie znajdzie się nikt, kto chciałby wam umożliwić i zagwarantować waszą niezależność” (Światowe lobby intelektualistów).

Skoro jako dysydent i pisarz domagał się większej aktywności od społeczeństwa, to – myślał – jego własnym obowiązkiem jest występować w awangardzie zaangażowania. W czasie krwawej wojny w Bośni przekornie apelował do swoich kolegów ze światowego Pen Clubu o powołanie „jakiegoś ogólnoświatowego lobby, szczególnego bractwa, czy (…) rodzaju spisowej mafii” (Światowe lobby intelektualistów), która w sposób skoordynowany i solidarny działałaby na rzecz poprawy jakości polityki i oddziaływała na nią. Ta przeniesiona z myśli platońskiej, ale mająca swoje źródła także w czeskiej tradycji masarykowskiej, koncepcja rządów filozofów była propozycją tyleż wizjonerską i odważną, co zanurzoną w pewnych zwodniczych schematach, które każą utożsamiać mądrość z dobrem. Jednak to właśnie w intelektualistach widział Havel najlepszych realizatorów polityki, rozumianej jako „działalność ludzka, która stawia zwiększone wymagania moralności, zdolności krytycznej autorefleksji, autentycznej odpowiedzialności, gustowi i taktowi, umiejętności wniknięcia w dusze innych, poczuciu umiaru, pokorze” (Polityka nie jest brudna).

Takie pojmowanie polityki wyjaśnia także jego otwartość na sferę publiczną. Havel głosił bowiem, że rząd potrzebuje silnego, zewnętrznego w stosunku do siebie punktu odniesienia. Nie może nim być jednak ideologia, bo to jedynie „pozorny sposób ustosunkowywania się do świata” (Siła bezsilnych). Systemy totalitarne przekonały Havla, że ta złudna i niebezpieczna fasada pod pozorem odpowiedzi na każde dręczące człowieka pytanie ukrywa dążenia klasy przywódców do bezwzględnej hegemonii. Nie może nim być także przemoc i antysystemowość: Havel jest bezwzględnym legalistą. Polityka nie powinna również opierać się na chłodnym racjonalizmie, tym pozbawiającym indywidualizmu dziedzictwie Machiavellego. Havel mówił, że inaczej niż chcieliby tego uczniowie autora Księcia, nie jest ona „sztuką możliwego”, ograniczoną do administrowania, cynicznego pragmatyzmu i konsumpcji. Czym więc jest?

W eseju Polityka a sumienie pisał: „Jestem zwolennikiem »polityki antypolitycznej«”, tzn. polityki nie jako technologii władzy i manipulowania nią lub jako cybernetycznego sterowania ludźmi czy też jako sztuki osiągania celów, machinacji i intryg, lecz polityki jako jednego ze sposobów szukania i znajdowania sensu życia; chronienia go i służenia mu; polityki jako moralności stosowanej w praktyce; jako służby prawdzie; jako najgłębszej ludzkiej i kierującej się ludzkimi kryteriami troski o bliźnich”. W innym miejscu, pytany o swoje polityczne credo, dopowiedział: „myślę, że prawo moralne stoi wyżej niż kodeks prawny, polityczny czy gospodarczy i że te zbiory praw powinny wyrastać z prawa moralnego, a nie szukać kruczków, w jaki sposób obejść jego imperatywy” .

Oparcie działalności politycznej na zasadach moralnych, przekonanie, że powinna się ona przyczyniać do szczęścia większości, a nie wąskich grup, nadanie jej pewnego „impulsu uduchowienia”, jasne wskazywanie dobra i zła – oto gdzie widzi miejsce intelektualistów. Polityka bowiem „może być także sztuką niemożliwego, to znaczy sztuką uczynienia lepszym i siebie, i świata” (Twoja władza, narodzie, powróciła do ciebie!). Właśnie dlatego Havel taką estymą darzył Japonię, której udało się połączyć sukces gospodarczy z tradycja duchową, wypełniającą jej życie polityczne (Intelektualista w polityce). Dlatego jako prezydent – w pełni świadomy peryferyjnej roli Czech – namawiał swoich obywateli do interesowania się przełomowymi wydarzeniami w innych częściach świata, bo zawężenie pola widzenia do własnego kraju byłoby przejawem oportunistycznej bierności. Dlatego w pierwszym przemówieniu po rozpadzie Czechosłowacji oskarżał elity o zdewastowanie kultury politycznej, która została przez nich zwulgaryzowana i pozbawiona szlachetności, co przełożyło się na problemy gospodarcze i kryzys zaufania społecznego (Trzy lata – dzieje dramatu). Dlatego wreszcie przywiązywał tak wielką wagę do czegoś, o czym nasi dysydenci zupełnie nie myśleli (w przeciwieństwie do np. opozycjonistów bułgarskich czy ukraińskich), czyli do ekologii, troski o naturę, która jest „światem naszej osobistej odpowiedzialności” (Polityka a sumienie). Polityka, aby pozostać skutecznym instrumentem wpływania na rzeczywistość, musi się pozbyć swojej polityczności – rozumianej jako demoralizujące politykierstwo. Musi się stać „niepolityczna”.

Triumf „niepolityczności”

Owa „polityka niepolityczna” przenosi punkt ciężkości na społeczeństwo. Havel jako jeden z pierwszych zaczął używać terminu „społeczeństwo obywatelskie”. A politycy? Jako klasa rządząca powinni swoją aktywność skierować właśnie ku niemu, poprzez „wszechstronne wspieranie zrozumienia zasad obywatelskich i obywatelskiej odpowiedzialności, umacnianie zaufania państwa do obywateli, stawiając na ich dobre cechy, kultywować międzyludzką solidarność, tolerancję i poszanowanie prawa, ulepszać instytucje demokratyczne i pogłębiać w sobie i wokół siebie szacunek dla źródeł tego wszystkiego – prawo moralne, które jest w nas i ponad nami” (Postkomunistyczny stan ducha). Innymi słowy: oddać część władzy i budować sprzyjające warunki do funkcjonowania silnego społeczeństwa obywatelskiego w rzeczywistości demokratycznej.

Havel wyznawał pogląd, że społeczeństwa czeskie i słowackie, spętane ograniczeniami narzuconymi przez reżim komunistyczny, bierne i zobojętniałe w ostatnich dekadach dyktatury, po odzyskaniu wolności będą dążyły do swoistej rekompensacji, wykorzystując nową sytuację polityczną do wzmożenia aktywności, samoorganizacji i wszystkiego, czego pozbawił je komunizm. A zadaniem nowej elity politycznej jest podsycanie owej tęsknoty za czynną postawą wobec życia i wspomaganie oddolnych inicjatyw. Można się domyślać, że, przemawiając do swoich rodaków zimą 1990 r. jako nowo wybrany prezydent Czechosłowacji, traktował z całą powagą cytowane przez siebie słowa Masaryka: „Twoja władza, narodzie, powróciła do ciebie!”.

Mogłoby się wydawać, że jest to próba zrzucenia z polityków odpowiedzialności za państwo. Havel jednak precyzuje: „Uważam, że partie polityczne są jednym z ważnych instrumentów demokratycznej polityki, ale nie jej szczytem ani sensem. (…) Powinny być raczej tylko wisienką na torcie bogato ustrukturyzowanego społeczeństwa obywatelskiego; narzędziem, które wysysa z niego substancje odżywcze, aby nadać im polityczny kształt, nadający się potem do wykorzystania w politycznej rywalizacji” . Im więcej przejawów życia obywatelskiego, im więcej ruchów i stowarzyszeń, inspirujących działania polityków i kontrolujących je, tym wyższa jakość ugrupowań partyjnych i całego państwa. To charakterystyczne, że Havel, mówiąc w 1993 r. o trudnej sytuacji w kraju, wskazywał przede wszystkim na zły stan społeczeństwa, pogrążonego w marazmie, niewierze i beznadziei (Trzy lata – dzieje dramatu).

Wprowadził on do języka polityki słowa: prawda, miłość, sumienie i moralność. Jego koncepcja była czasem przyjmowana wzruszeniem ramion, a jego samego narażała na zarzuty o pięknoduchostwo i marzycielstwo. Jednak – jak wspomnieliśmy na początku – w przeciwieństwie do wielu innych wpływowych myślicieli, Havel był także politycznym praktykiem. I to właśnie obserwacje z czasów jego własnej działalności publicznej w największym stopniu zaważyły na uwzniośleniu „niepolityczności polityki”, czyli tego, co wyszydzano jako mesjanistyczny romantyzm.

Owa „niepolityczność”, na którą Havel bardzo często i w różnych miejscach się powoływał, to efekt przemyśleń z lat dysydenckich. Manifestem takiej postawy jest bodaj najbardziej znany esej Czecha, czyli Siła bezsilnych. Pisał w nim: „W systemie posttotalitarnym najgłębszym zapleczem i podstawą wyjściową ruchów stopniowo nabierających znaczenia politycznego nie są zazwyczaj wydarzenia czysto polityczne ani starcia różnych wyraźnie politycznych sił i koncepcji – ruchy te rodzą się przeważnie całkiem gdzie indziej: w znacznie rozleglejszej sferze »przedpolitycznej«, gdzie dochodzi do konfrontacji życia w kłamstwie z życiem w prawdzie”. Najlepszym tego przykładem była Praska Wiosna. To właśnie ją uznaje Havel za triumf „niepolityczności”, bo przecież jedną z iskier, która sprowokowała Czechów do wystąpień przeciw komunistom, było wydarzenie nie mające żadnych ambicji politycznych, czyli proces muzyków rockowych z zespołu The Plastic People of the Universe, których władza oskarżyła o pasożytnictwo.

To Praska Wiosna przekonała go, że w tym apatycznym społeczeństwie, osadzonym między autoironią Szwejka a fatalizmem Kafki, może z dnia na dzień odrodzić się prawdziwa postawa obywatelska. A opozycyjność „dokonuje się [przecież – przyp. D. K.] na płaszczyźnie ludzkiej świadomości i sumienia, na płaszczyźnie egzystencjalnej” (Siła bezsilnych). Siła potencjału społecznego, który nagle i zupełnie nieoczekiwanie może wybuchnąć, powinna być zatem przestrogą dla wszystkich polityków, spętanych myśleniem w kategoriach manipulacji i walk partyjnych. Havel pozostał wierny tym przekonaniom także po aksamitnej rewolucji. Już w pierwszym przemówieniu, jakie wygłosił w roli prezydenta Czechosłowacji, powiedział, że przyczyna ewentualnego sukcesu państwa tkwić będzie w rozwoju samoświadomości obywatelskiej. To nie klasa polityczna, która jest przecież tylko ograniczonym i narażonym na pokusy władzy narzędziem kierowania sprawami kraju, ma kluczowe znaczenie dla pomyślności jego losów, ale silne, samodzielne i solidarne społeczeństwo obywatelskie. Od rodaków domagał się jednak nie tylko dołączenia do chóru krytyków starego ustroju, ale także – postulat znany z Siły bezsilnych – wzięcia odpowiedzialności za lata komunizmu. Apelował: „Musimy przyjąć to dziedzictwo jako coś, czego sami się dopuściliśmy. Jeśli tak to przyjmiemy, to zrozumiemy, że tylko od nas zależy, aby coś z…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Michał Heller: Kulturę tworzą naukowcy