Subskrybuj

Paradoksy realnej demokracji

Współczesna normatywna teoria polityczna nie ma wiele dobrego do powiedzenia o „realnej” demokracji – takiej, jaka ukształtowała się w świecie zachodnim – choć nie ma już także złudzeń, że w ogóle istnieje ona poza nim. W istocie to, co charakteryzuje znakomitą większość licznych modeli demokracji – państw budowanych przez filozofów „w słowie” – to nic innego jak próby jej zdemokratyzowania.

„Prawdziwa” demokracja ma być zatem zgromadzeniowa, stowarzyszeniowa, komunikacyjna, kosmopolityczna, deliberatywna, bezpośrednia, dyskursywna, ekologiczna, przemysłowa, uczestnicząca, pluralistyczna, radykalna, referendalna, refleksyjna, społeczna wreszcie wirtualna (e-demokracja). (…)

Ta długa lista nie świadczy bynajmniej o bogactwie alternatyw wobec ustroju określanego najdelikatniej jako demokracja elitarna czy partyjna, lecz jedynie o stopniu niezadowolenia z jej stanu. Fundamentalną wadą, grzechem pierworodnym tego ustroju, ma być to, że został on zdominowany przez ideologię co najmniej ambiwalentną wobec politycznego zaangażowania obywateli bądź też to, że „władzę ludu” zinstytucjonalizowano w nim w sposób zupełnie wypaczający jej istotę, za co zresztą obarcza się odpowiedzialnością tę samą ideologię. Pierwszy nurt tej krytyki datuje się od czasu, kiedy demokracja była jeszcze ideą wiodącą lud na barykady, drugi ma swe źródło w rozczarowaniu, jakie przynoszą jej rządy.

Różniąc się co do diagnozy obecnej sytuacji, krytycy obu nurtów zgodnie odsyłają swoich czytelników do antycznej Grecji, do Aten złotego wieku, aby tam mogli odnaleźć właściwą „obietnicę polityki”, którą przypomniała Hannah Arendt i inni XX-wieczni filozofowie, poszukujący w starożytności rozwiązania problemów współczesności. To nowożytne idee liberalizmu i instytucje reprezentacji miały pozbawić obywateli doświadczenia wspólnego działania na forum publicznym, czyniąc ich ledwie klientami administracji państwowej, zazdrośnie pilnującymi swoich indywidualnych uprawnień. Demokracja XXI wieku, z wszystkimi patologiami, z którymi zmaga się od ponad 100 lat (…), skonfrontowana zostaje z ideałem polis wywiedzionym z mowy pogrzebowej Peryklesa.

Krytyka, o której mowa, jest dziś o wiele bardziej widoczna niż apologia demokracji w jej obecnym kształcie instytucjonalnym. Od kilkunastu lat lokuje się ona w głównym nurcie współczesnej teorii politycznej i z tego też względu, poddając się regułom dyskursu, zdążyła się już w nim zakorzenić – by nie powiedzieć: pogrążyć – i utracić świeżość spojrzenia wspomnianych filozofów. (…)

W porównaniu z krytyką liberalizmu, uważanego za ideowe oblicze zachodniej demokracji, krytyka jej instytucjonalnej formy cechuje się jeszcze godną uwagi rzeczowością i wstrzemięźliwością. Nawet jeśli niektórzy jej przedstawiciele puszczają wodze fantazji i przedstawiają rozwiązania w pełni alternatywne wobec istniejącego porządku, to pozostali są zazwyczaj na tyle pragmatyczni, by dopominać się jedynie o jego korektę. Jedni z nich chcieliby uzupełnić istniejące instytucje reprezentacji jakimiś formami zinstytucjonalizowanej deliberacji, drudzy natomiast podnieść reprezentatywność tych instytucji, przyznając prawo do zbiorowego przedstawicielstwa określonym kategoriom i grupom społecznym (zwykle kobietom i mniejszościom etnicznym). Proponowane przez nich rozwiązania zasługują z pewnością na większą uwagę niż antyliberalne tyrady filozofów, rozprawiających wyłącznie o zasadach i wartościach, i rzeczywiście od kilkunastu już lat są przedmiotem akademickiej i stricte politycznej debaty.

 

Paradoksy idei reprezentacji

Koncentrując się na problemie deficytu demokracji w instytucjach władzy, zwolennicy ich demokratyzacji zdają się jednak nie rozumieć złożonego charakteru samej idei reprezentacji i nie zauważać wielości funkcji, jaką w swej zinstytucjonalizowanej formie pełni ona w całym systemie politycznym. Roli tej nie można bowiem sprowadzić do sprawowania władzy przez nominalnego suwerena za pośrednictwem niewielkiej grupy osób podejmujących decyzje. W rzeczywistości (…) reprezentacja nadaje też tej władzy prawomocny charakter, przyznaje reprezentantom istotne uprawnienia wobec reprezentowanych, a jednocześnie zapobiega ich nadużywaniu ze szkodą dla rządzonych, służyć ma także ustaleniu wspólnego interesu całej wspólnoty, a jednocześnie oddawać zróżnicowanie interesów grupowych.

Żadnej z tych funkcji instytucja reprezentacji nie mogłaby pełnić, gdyby w całości przyporządkowana została idei wyrażania woli ludu przez ciało przedstawicielskie. Funkcje te wikłają ją jednak w nieuchronne paradoksy, kompromitujące w oczach „mocnych” demokratów. Ci w istocie nie są dalecy od prawdy: idea reprezentacji jest tyleż demokratyczna, co antydemokratyczna, i – z wyjątkiem klasycznej tyranii – służyć może właściwie każdej formie władzy. Jej instytucjonalizacja w demokratycznym systemie politycznym paradoksy te jednak ukryła, na plan pierwszy wysunęła natomiast problemy samej instytucji, takie jak ordynacja wyborcza czy wielkość okręgów wyborczych, które zajmują dziś politologów, ale pozostają raczej poza horyzontem zainteresowania filozofów.

Dlatego właśnie, aby pojąć właściwą obietnicę polityki we współczesnej demokracji, nie należy jej bynajmniej wywodzić z greckiego ideału władzy ludu, lecz poddać analizie idee, na których opiera się rząd przedstawicielski. Bardziej znaczące dla tej formy władzy niż jej powołanie w drodze powszechnych wyborów jest bowiem to, że sprawuje ją kategoria profesjonalnych polityków – ludzi żyjących dla polityki i z polityki, jak pisał o nich Max Weber już na początku ubiegłego wieku. I jeśli nawet w długiej perspektywie każda demokracja jest rzeczywiście, zgodnie z formułą Abrahama Lincolna, „władzą ludu, przez lud i dla ludu”, to w duchu Hobbesa można powiedzieć, że ludzie musieliby żyć naprawdę długo, aby tego doświadczyć. (…)

W istocie, jeśli krytycy demokracji przedstawicielskiej mają rację i kryzys tej formy państwa jest rzeczywiście kryzysem reprezentacji, to właśnie ta idea i instytucja powinna być przedmiotem szczególnego namysłu, a nie pospiesznego odrzucenia. Wymaga to jednak wyjścia poza schematy wyjaśnień właściwe dla normatywnych teorii demokracji i adekwatne w ramach jej symbolicznego uniwersum, ale zupełnie nieprzydatne do badania rzeczywistych relacji władzy. Normatywne, ale też realistyczne spojrzenie na relacje między rządzącymi i rządzonymi oznacza więc konieczność dokonania zdecydowanej zmiany perspektywy i zobaczenia we współczesnym państwie bynajmniej nie demokracji, ale ustroju reprezentacyjnego. Oceniając jego instytucje, należy więc pytać o to, czy dają one obywatelom możliwości wpływu na władzę, zamiast ubolewać nad tym, że pozbawiają ich władzy, którą obiecuje im idea suwerenności. (…)

Nie oznacza to oczywiście zakwestionowania demokratycznego charakteru współczesnego państwa, lecz jedynie przesunięcie jego aspektu normatywnego. Zachodnia demokracja ma dziś niemal bez wyjątku charakter liberalny i reprezentacyjny. Poszczególne kraje nie różnią się od siebie zakresem praw politycznych, skoro ich pełnię posiada ogół obywateli, nie różni też ich praktycznie zakres ochrony praw obywatelskich i jednostkowych swobód, różni natomiast znacząco dominująca kultura polityczna, a jednym z jej wymiarów jest właśnie odpowiedzialność rządzących przed rządzonymi. Choć bowiem w sensie formalnym każda władza demokratyczna jest reprezentacyjna na mocy konstytucyjnych zapisów, to żadna konstytucja nie może zapewnić obywatelom poczucia, że wybrani przez nich politycy rządzą z ich mandatu i nie przypominają sobie o tym wyłącznie przed wyborami. Nie znaczy to też jednak, że rządzić mają zgodnie, i tylko zgodnie z ich wolą; w ustroju przedstawicielskim możliwe to jest wyłącznie w sensie symbolicznym.

Być może najbardziej radykalni krytycy reprezentacji mają w tej sprawie rację i współczesne państwo musi się istotnie zmienić, jeśli ma pozostać demokratyczne, ale jeśli normatywna teoria polityczna ma mieć w tym jakiś udział, sama musi przejść rewolucję w słowie na miarę Hobbesa. Taka rewolucja wydaje się nawet nieunikniona, wziąwszy pod uwagę, jak bardzo państwo zmieniło się od czasu, kiedy dobiegł końca proces jego demokratyzacji w instytucjach przedstawicielskich. Kwestią otwartą pozostaje pytanie, które ideały bardziej mu dziś odpowiadają: czy władzy demokratycznej z ograniczoną reprezentacją, czy władzy reprezentacyjnej z ograniczoną demokracją, ale wykracza ono już daleko poza ramy niniejszych rozważań.

 

Mit władzy luduParadoksalnie, współcześni filozofowie polityki kwestionujący demokratyczny charakter ustroju przedstawicielskiego idą poniekąd tropem wskazanym przez pierwszego krytyka tego sposobu myślenia o polityce, jaki oni sami prezentują. Tak zwana realistyczna czy też empiryczna teoria demokracji Josepha Schumpetera (on sam nazwał ją po prostu „inną” teorią), wyłożona przez niego krótko przed II wojną światową, a więc w czasie kiedy demokracja parlamentarna nie była jeszcze nawet w świecie zachodnim niekwestionowanym ideałem ustrojowym, demaskuje w swoim punkcie wyjścia mit władzy sprawowanej przez lud. Nie ma na świecie żadnego takiego państwa – twierdzi Schumpeter; władza ludu nie oznacza niczego więcej niż przyzwolenia na rządy partyjnych elit. Oczywiście, dzisiaj to stwierdzenie można uważać za ujawnienie prawdy o świętym Mikołaju, zresztą także w czasach Schumpetera, dzięki popularnym książkom Gustava Le Bona, a także mniej lub bardziej akademickim publikacjom Vilfredo Pareto, Gaetano Moski i Roberta Michelsa, nie było ono szczególnie odkrywcze. Prawda ta nie jest zresztą aż tak okrutna, zważywszy, że mniej szczęśliwymi narodami rządzą dyktatorzy z przyzwolenia wojska, a czwartą częścią ludności świata włada obecnie partyjna oligarchia. Dlatego też można zrozumieć, dlaczego normatywna teoria polityki większą wagę przykłada mimo wszystko do faktu, że to obywatele „ostatecznie” wybierają polityków, nawet jeśli „ostatecznie” to politycy rządzą swoimi wyborcami. Normatywna, a przy tym realistyczna teoria władzy reprezentacyjnej w każdym razie powinna zacząć jednak od obrazoburstwa – zlekceważyć konstytucyjny zapis mówiący, że władza w państwie należy do Narodu, który sprawuje ją bezpośrednio lub za pośrednictwem swoich przedstawicieli. Współczesną demokracją rządzą politycy, którzy lepiej lub gorzej reprezentują rządzonych, ci natomiast różnymi sposobami wpływają na władzę, tak że nie może być ona w żaden sposób arbitralna. Dla politologów takie stwierdzenie jest banałem, ale też wcale nie jest – jak mogliby sądzić – jedynie prostym stwierdzeniem faktów; jest ukrytym sądem normatywnym, o ile tylko skłonni są przyznać, że władza, która rządzi zgodnie z opinią publiczną, lepsza jest od tej, która nie bierze jej pod uwagę. Jeśli i to stwierdzenie ociera się dziś o banał, to tylko dlatego, że kwestionować będą je wyłącznie ci, którzy w ogóle odrzucają reprezentacyjny charakter władzy bądź też upierają się, iż ponad głowami rządzących reprezentuje ona na ziemi jakąś wyższą wartość: Boga, Porządek czy historyczny Postęp. Choć w tym obrazoburstwie, o czym będzie mowa poniżej, normatywna teoria reprezentacji nie może podążać ślepo za teorią Schumpetera, w żadnym razie nie może jej ignorować, ponieważ faktycznie przedstawia ona wizję demokracji bez reprezentacji (…). Autor „innej teorii demokracji” odrzucił bowiem w całości teorię „klasyczną”, skażoną w jego opinii takimi metafizycznymi pojęciami, jak rzeczony „lud”, „wola powszechna”, a przede wszystkim „dobro wspólne”, nawet jeśli rozumiał powody, dla których utrzymuje się ona w życiu publicznym, „w ludzkich sercach i w oficjalnym języku rządów”. Jego wyjaśnienie tego stanu rzeczy nawet dziś wydaje się przekonujące, mimo iż jego teoria nie wyszła właściwie poza mury akademii, a krytykowana przez niego doktryna „tak całkowicie sprzeczna z rzeczywistością” nadal jest obecna tam, gdzie była w jego czasach. Realistyczna teoria władzy przedstawicielskiej musi to brać pod uwagę; nie wystarczy, że idąc za Schumpeterem, zdemaskuje ją jeszcze raz jako mit użyteczny tyleż dla rządzących, co rządzonych. (…) Krytyka Schumpetera koncentruje się na idei dobra wspólnego, kwestionując instytucję reprezentacji jako procedurę „odkrycia” tegoż dobra. Schumpeter zdaje się jednak nie rozumieć, że dla Rousseau demokratyczna wola powszechna nie jest związana z żadną substancją dobra wspólnego, lecz jedynie ze sposobem jego ustalenia, czego on sam dowodzi, rzekomo wbrew autorowi Umowy społecznej i filozoficznym utylitarystom. Błędnie interpretując ideę Rousseau, Schumpeter łączy bowiem w jedną procedurę wykluczające się wolę powszechną i utylitarną agregację; skądinąd dokładnie ten sam błąd, być może pod jego wpływem, popełniają współcześni teoretycy agregacji. Niesłusznie przypisując woli powszechnej znamiona racjonalności, autor „innej teorii” przekonuje z wigorem, że dokonując aktu wyboru, ludzie nie kierują się bynajmniej rozumem, o czym przecież sam Rousseau wymownie milczał, kładąc nacisk tylko na to, aby był to ich własny wybór. W długim wywodzie, odwołującym się do psychologii tłumów Le Bona i socjologii Pareto, Schumpeter kwestionuje też przesłankę mówiącą, że jednostki są świadome swoich interesów i mogą je rozpoznać mimo presji ideologicznej propagandy. W istocie kwestionuje wszystkie przesłanki nieistniejącej teorii demokracji (…). Ciało przedstawicielskie – brzmi zasadniczy argument Schumpetera – bez względu na to, czym jest formalnie i nieformalnie, ani dobra wspólnego nie agreguje, ani nie potrafi nad nim deliberować. Le Bon miał rację: parlament jest zgromadzeniem tłumu, zwłaszcza w krajach łacińskich, i tak jak każdy tłum jest manipulowany przez swoich przywódców. Nie są to bynajmniej reprezentanci czyichkolwiek interesów, ludzie bowiem nie potrafią sobie nawet takich wybrać. Jak mogliby być do tego zdolni, skoro nie mają pojęcia o sprawach, o których ci będą później decydować? Nie rozumiejąc rzeczywistości politycznej, mają też obniżone poczucie odpowiedzialności; wybierają nieodpowiedzialnie, i będą tak wybierać, skoro nie odpowiadają bezpośrednio za swój wybór. Być może Jefferson i Lincoln mieli rację, że na przestrzeni wieków wielu ludzi jest zawsze mądrzejszych od niewielu i nie można ich przez cały czas ogłupiać, ale Schumpeter, myśląc o historii raczej jak Machiavelli, w krótkiej perspektywie, widzi w tym niewielką pociechę: ogłupiony lud może zrobić wystarczająco wiele złego, aby zrujnować państwo. Instytucja reprezentacji, wbrew nadziejom utylitarystów, nie zmienia zatem natury demokracji i wcale nie zapobiega jej słabościom. O samej reprezentacji w państwie demokratycznym, dowodzi dalej autor, można mówić przy tym wyłącznie w sensie ideologicznym; pod tym względem parlament niczym się nie różni od średniowiecznego zgromadzenia stanów. Idea przedstawicielstwa służy demokracji jedynie do tego, by ocalić mit suwerenności ludu stworzony przez demokrację bezpośrednią, podczas gdy instytucja reprezentacji podporządkowana jest w pełni jednemu celowi – wyborowi władzy, o czym Schumpeter pisze wręcz z lekceważeniem: „Komitet ten czy organ delegatów, jak się przekonaliśmy, nie będzie reprezentował ludu w sensie prawnym, będzie on jednak reprezentował go w technicznym sensie – będzie wyrażał, odzwierciedlał czy reprezentował wolę wyborców. (…) Wśród tych mniejszych komitetów będzie też komitet ogólnego przeznaczenia, zajmujący się przede wszystkim bieżącą administracją, nazywany gabinetem albo rządem, na czele z sekretarzem generalnym lub kozłem ofiarnym, nazywanym premierem”. Krytyka Schumpetera nie wychodzi zatem poza znane toposy Platońskie, rozciągając je tylko na demokrację reprezentacyjną; przeciw samej instytucji reprezentacji skierowana jest ona tylko dlatego, że ta została przyporządkowana zasadom demokracji. Schumpeter skądinąd nie kwestionuje samej zasady deliberacji, a…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak pamiętamy o Żydach?