Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

Własne „Tak”

Nie mamy prawa nikomu nakazywać heroizmu, tym bardziej jeżeli nie oferujemy jakiegoś rozwiązania alternatywnego. Macierzyństwo to zawsze jest własne „Tak” powiedziane życiu nowego człowieka. A jeśli wymaga nadludzkiego wysiłku? Wtedy nie skazujmy kogoś, kto się załamał, uderzając go okrucieństwem sądu moralnego albo cywilnego, tylko szukajmy świadectwa, które mu pomoże.

Dominika Kozłowska: Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. w Polsce obowiązywały przepisy prawne ustanowione w okresie zaborów. Przewidywały one odpowiedzialność karną za dokonanie aborcji prawie bez wyjątków. Lata Pani wczesnej młodości przypadały na czas pierwszej w Polsce dyskusji o warunkach przerywania ciąży. Nowa ustawa została uchwalona w 1932 r.

Józefa Hennelowa: Powstawaniu tej ustawy towarzyszyła debata, w której wielki wpływ na opinie miał Tadeusz Boy-Żeleński, zwolennik wprowadzenia zapisu o niekaralności przerywania ciąży z przyczyn społecznych. Uchwalone ostatecznie przepisy dopuszczały aborcję jedynie z powodu wskazań medycznych lub w sytuacji gdy ciąża była wynikiem przestępstwa. W pozostałych przypadkach za jej przerwanie karany był zarówno lekarz, jak i kobieta.

Mówię o tym z perspektywy późniejszych doświadczeń. W tamtym czasie byłam jeszcze dzieckiem. Wychowywałam się w środowisku religijnego mieszczaństwa. Moja mama osierociła nas bardzo wcześnie, uczyłam się w gimnazjum zakonnym. O problemie przerywania ciąży dowiedziałam się niespodziewanie. Otóż jedna z moich szkolnych koleżanek zaprosiła mnie na imieniny, a mój ojciec oświadczył, że do tego domu nie pójdę, bo to córka lekarza, który robi rzeczy tak złe jak przerywanie ciąży. Dotarło wtedy do mnie, że opinia publiczna może nie liczyć się zupełnie z tym, co dobre albo złe, przecież w zakonnym gimnazjum też musiano o tym wiedzieć i nikt się najwyraźniej nie gorszył.

W późniejszych latach znalazłam dyskusję na ten temat w magazynie „Bluszcz”. Atakowano tam społeczny ostracyzm, który dotykał ubogich dziewczyn z nieślubnym dzieckiem, a nie ginekologa, który pomagał „pozbyć się problemu” zamożnym pacjentkom.

Czy w Pani środowisku rozmawiało się wówczas w ogóle o macierzyństwie?

Nie pamiętam żadnych narodzin dzieci w rodzinach moich koleżanek, chociaż każda z nich miała rodzeństwo. O małżeństwie i miłości nie rozmawiałyśmy, byłyśmy jeszcze dziećmi. Ale wychowanie religijne podkreślało przecież całą tajemnicę macierzyństwa w postaciach najważniejszych: Maryi i Jej Dziecka.

Parę lat później, gdy byłam już nastolatką, mój katecheta zapytał mnie kiedyś w prywatnej rozmowie: „Czy masz już sympatię? I chcesz wyjść za mąż?”, a potem dodał: „Jak nie masz, to ja pomogę ci znaleźć kogoś odpowiedniego na męża, ale pamiętaj, żebyście mieli dużo, dużo dzieci.” Uznałam to za bardzo piękne. Marzenie, że kiedyś będę mieć rodzinę, w której będą się rodziły dzieci, było chyba wówczas udziałem wielu z nas, bo to było coś najbardziej oczywistego i normalnego.

Skąd zatem czerpała Pani wiedzę na temat macierzyństwa?

Była to nie tyle wiedza, ile bolesne wspomnienia i wizje. Pierwsze wynikały z faktu, że mój ojciec owdowiał po 4 latach małżeństwa. Mama zapłaciła życiem za siostrę i za mnie. Wizje to była wielka literatura, wystarczy wspomnieć Wojnę i Pokój (narodziny i śmierć w domu Bołkońskich), Krystynę córkę Lavransa, Cichy Don (tragedia świadomego odrzucenia ciąży jako protest wobec niewierności męża) czy Dzieje grzechu, a z drugiej strony apoteozę rodzicielstwa u Sienkiewicza. To było naprawdę coś, co pozostawiało niezatartą wizję wzorów życia.

Przedwojenny język opisu macierzyństwa, ciąży, porodu, aborcji w znacznym stopniu kształtował się pod wpływem literatury. Jak ten język zmienił się po wojnie?

Tutaj dotykamy rzeczywiście bardzo ważnego zjawiska związanego z brakami w wiedzy medycznej, ale i z innym rozłożeniem akcentów. Tamten język kładł silny nacisk na stan kobiety. Mówiło się „przerwać ciążę”, a nie posługiwano się pojęciem „aborcja”, chociaż znaczy ono przecież to samo. Wszystkie określenia językowe były jakoś związane z ciążą i stanem kobiety.

W latach powojennych język zaczął się zmieniać w dwóch kierunkach. Ponieważ prawo miało charakter laicki, a nawet antyreligijny, ustawa z 1956 r. liberalizująca zakaz aborcji łagodziła drastyczność decyzji, wprowadzając pojęcie „zabiegu” oraz nazywając ciążę „odmiennym stanem” (który wraca do normalności po „zabiegu”). Te zmiany w praktyce językowej rozmywały świadomość, że kobieta w ciąży to już dwoje ludzi. Kościół natomiast tę właśnie kwestię coraz mocniej akcentował, a pomagał mu w tym rozwój wiedzy medycznej o prenatalnym życiu człowieka.

Co Pani zdaniem najsilniej wpływało na te widoczne zmiany w języku?

Ustawa z 1956 r. była znacznie bardziej liberalna niż ta z roku 1932. Dopuszczała przerwanie ciąży również ze względu na trudne warunki życiowe kobiety. Jednak dyrektor jednego z krakowskich szpitali powiedział mi kiedyś, że jego zdaniem do wzrostu liczby zabiegów przerwania ciąży w największym stopniu przyczyniła się nie tyle sama ustawa, ile dodatkowe rozporządzenia. Według pierwszego z nich, które weszło w życie jeszcze w 1956 r., lekarz miał możliwość weryfikacji oświadczenia kobiety o trudnych warunkach życiowych. Nowe rozporządzenie wprowadzone w 1959 r. zezwalało już na przerwanie ciąży jeśli lekarz uznał, że jest to dopuszczalne, a oświadczenie kobiety o jej ciężkich warunkach życiowych nie podlegało przy tym żadnej weryfikacji. Pod wpływem tego właśnie rozporządzenia zaczęła się zmieniać praktyka. Dość nagminnie zdarzało się, że gdy do lekarza przychodziła kobieta będąca w kolejnej ciąży, z jego ust padało pytanie: „To co, usuwamy?”. Muszę jednak od razu dodać, że ani ja, ani moje koleżanki nie spotkałyśmy się osobiście z tego typu postępowaniem. Lekarze w ośrodku byli zawsze opiekuńczy, pełni optymizmu i aprobaty.

###banner###

W 1990 r., w trakcie obowiązywania poprzedniej ustawy, Ministerstwo Zdrowia wydało zarządzenie zobowiązujące kobiety, które chciałyby się poddać zabiegowi przerwania ciąży w szpitalu publicznym, do przedstawienia zaświadczenia potwierdzającego odbycie rozmowy z dwoma ginekologami, lekarzem internistą oraz psychologiem. Czy obowiązek takich rozmów wpływał na zmianę liczby zabiegów przerwania ciąży?

Wspomniany już przeze mnie dyrektor szpitala opowiadał mi, jak to wyglądało u niego. Szybko okazało się, że liczba kandydatek do „zabiegów” bardzo znacząco spadła. Zwykła rozmowa na temat powodów decyzji o przerwaniu ciąży, a także zasugerowanie możliwości oddania dziecka do adopcji w sporej liczbie przypadków wpływały na zmianę decyzji. To wydało mi się najważniejsze w pracy nad ustawą – nie tylko zakazać, lecz tworzyć warunki, w których wybierze się ocalenie dziecka i rozwiąże trudności matki.

W tym samym roku Sejm rozpoczął pracę nad senackim projektem nowej ustawy. Została Pani wiceprzewodniczącą komisji sejmowej. Miała Pani za sobą doświadczenia związane z obowiązywaniem dwóch różnych porządków prawnych w tym zakresie. Czy potwierdzają one, że w praktyce społecznej to właśnie ustawa jest rzeczą rozstrzygającą o naszym stosunku do życia?

Do dziś dnia szukam odpowiedzi na to pytanie. Uczyliśmy się tej pracy, tego, że nie wystarczy ustanowić prawo, trzeba zadbać o to, aby nie pozostało ono tylko na papierze. Nie zawsze prawo, które bezwarunkowo zakazuje przerywania ciąży, jednocześnie opowiada się po stronie życia. W socjalistycznej Rumunii obowiązywał bezwzględny zakaz przerywania ciąży, a jednocześnie domy dziecka, w których wychowywały się wszystkie dzieci z różnych powodów odrzucone przez rodziców, to były domy nędzy i samotności. Widziałam reporterskie zdjęcia z takich miejsc. W Polsce od wielu lat dominuje sposób myślenia, którego znakomitym wyrazicielem jest Marek Jurek. Wedle niego człowiek wierzący powinien się „opowiedzieć za życiem”, czyli przyjąć zakaz prawny. Wydaje mi się, że nie ma nic gorszego od prawa papierowego, które jest ustanawiane dla spokoju czyichś sumień, a w praktyce społecznej jest kompletnie lekceważone. W trakcie prac nad ustawą przestrzegał nas przed tym prof. Andrzej Gaberle, karnista z Uniwersytetu Jagiellońskiego. W ogromnej mierze miał rację, zwłaszcza że dziś kobiety nie odwołują się już do tak drastycznych metod, jak te utrwalone w literaturze. Istnieją na przykład pigułki wczesnoporonne.

Pamiętam rozmowę z jednym z lekarzy, którzy podczas prac senackiej komisji brali udział w konsultacjach. Powiedział on, że skoro śmierć orzekana jest wówczas, gdy w zapisie encefalografu występuje linia płaska, to należy przyjąć, że życie definiuje linia wstępująca w tymże encefalografie. Nie jestem lekarzem, więc mogłam jedynie powiedzieć, że w moim przekonaniu dawcą życia jest Bóg, przez co my nie mamy prawa do rozstrzygania, czy życie ludzkie zaczyna się wraz z rozwojem mózgu, czy już w chwili poczęcia.

Wiele środowisk w Polsce uważa, że dziś znów nadeszła pora na zmianę ustawy. Czy jest Pani zwolenniczką zmiany?Po tylu latach od przyjęcia ustawy można by znów myśleć…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak pamiętamy o Żydach?