Subskrybuj

Ideały i twarde fakty demokracji

Demokracja od samego początku jest ideą zdumiewającą. Polega zaś na tym, że my jako lud, lud demokratyczny, sami bierzemy los w swoje ręce, sami chcemy o sobie decydować i czynimy to z pewnym upodobaniem. To najszczytniejsze powołanie człowieka!

Zdaniem Abrahama Lincolna demokracja to rządy ludu sprawowane przez lud i dla ludu. Czy ta definicja demokracji wciąż obowiązuje?

Nie ma co do tego wątpliwości. Demokracja to rządy ludu, czyli ogółu, rządy wszystkich. Oczywiście wszystkich uprawnionych, których skład zmieniał się na przestrzeni lat. Dziś obejmuje już wszystkie dorosłe osoby, bez względu na płeć czy kolor skóry.

Czy demokracja jako władza ludu nie jest jednak tylko metaforą władzy? Czy lud nie jest tu jedynie symbolem suwerena, który władzy nie sprawuje, a zaledwie przyzwala na jej sprawowanie komuś innemu?

Moim zdaniem bez rządów wszystkich demokracji w gruncie rzeczy nie ma. Powtórzę, warunkiem zaistnienia demokratycznej władzy są rządy ludu jako ogółu obywateli. Trzeba to traktować dosłownie, ale współcześnie oczywiście niezbędna jest reprezentacja ludu, co stwarza wiele problemów. Choć trzeba przyznać, że na świecie pojawiają się tendencje zmierzające w kierunku ograniczenia demokracji tak rozumianej, myślę tu o propozycjach np. Fareeda Zakarii, który za wzór podaje Singapur, zafascynowany jest też sukcesem Chin.

Filozofia polityki dopuszcza zatem, że lud pozostaje jedynie „w rezerwie”, jak twierdzi politolożka Margaret Canovan, a samą władzę sprawują wybrane elity?

To zawsze pytanie, co to znaczy, że rządzą elity, tzn., czy to opis stanu faktycznego czy też pewien filozoficzny postulat. Jeśli to pierwsze, to powiedziałbym, że rządy elit są czymś nieuchronnym, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie wszyscy mogą rządzić. Nie ma ustroju, który technicznie umożliwiałby rządy wszystkich, to niewykonalne, chociaż można sobie wyobrazić próby zwiększenia codziennego udziału obywateli w życiu publicznym. Takie próby są coraz częściej podejmowane. Jeśli natomiast mowa o postulacie rządów elit, to zupełnie inna historia, bo wówczas mamy do czynienia z elitaryzmem.

Mówiąc w znacznym uproszczeniu, demokracja to zawsze rządy pewnego rodzaju elit, pytanie tylko, co to za elity i czy są w jakiś sposób wybierane, kwalifikowane do rządzenia. Mało kto pamięta, że świetną ilustracją tego zagadnienia jest instytucja Kolegium Elektorów w Stanach Zjednoczonych. Ten dziwny system wyboru prezydenta, który przecież ciągle istnieje, dziś przypomina już jedynie swego rodzaju maszynkę do głosowania, powstał jednak z inicjatywy m.in. Madisona jako próba znalezienia przysłowiowych najlepszych. To udało się, powiedziałbym, tylko w pewnym stopniu, niezbyt wielkim, ale na początku rzeczywiście elektorzy byli wybierani jako stosunkowo najlepiej reprezentujący poglądy wyborców. Jednak rutyna i brak zainteresowania obywateli wzięły górę i teraz system ten działa tylko teoretycznie.

Z początku wydawało się też, że ci najlepsi będą rządzić w imieniu ogółu, ale szybko okazało się, że dbają jedynie o partykularne interesy. Według Josepha Schumpetera, twórcy realistycznej definicji demokracji, nie powinniśmy się jednak dziwić, jako że samo rządzenie sprowadza się do rywalizacji elit, myślących głównie o dobru elektoratów, które doprowadzą ich do władzy, a nie o dobru całej wspólnoty. Czy w ten sposób nie doprowadziliśmy do degeneracji samej idei rządów ludu?

Jestem przekonany, że sensowna rozmowa o demokracji i przede wszystkim sensowna wizja demokracji nie może sprowadzać się do oferty sprawnego zarządzania społeczeństwem. W demokracji, jak ją rozumiem, chodzi o coś zupełnie innego. Trzeba podkreślić, że demokracja od samego początku jest ideą zdumiewającą. Polega zaś na tym, że my jako lud, lud demokratyczny, sami bierzemy los w swoje ręce, sami chcemy o sobie decydować i czynimy to z pewnym upodobaniem. To najszczytniejsze powołanie człowieka! Oczywiście to wątpliwe, czy tak jest w praktyce, w życiu, ale tu chodzi o kierunek, czyli o pewne ogólne wytyczne, w którą stronę dążyć. W tym sensie demokracja to projekt bez precedensu, nadzwyczajny. Na marginesie, takie rozumienie demokracji nie ma nic wspólnego z demokracją ateńską, demokracja współczesna jest czymś zupełnie innym. To, co wiemy o demokracji ateńskiej z mowy Peryklesa, brzmi groźnie, występuje tam bowiem przymus uczestnictwa w życiu publicznym.

Spór o naturę demokracji toczy się zresztą od dawna. Obok poglądu, który nazwijmy tu filozoficznym, z ducha Rousseau, polegającego na tym, że społeczeństwo pragnie rządzić samo sobą, istnieje pogląd, reprezentowany m.in. przez Ágnes Heller, mówiący, że demokracja jest zaledwie pewnego rodzaju mechanizmem rządzenia i stabilizowania wspólnoty politycznej. Richard Rorty – inny reprezentant tej opcji – twierdził, że demokracja służy jedynie temu, by skutecznie zawierać kompromisy. Nawiasem mówiąc, gdyby nie ludzka słabość, to ostatnie stanowisko – jak sądzę – znalazłoby nawet pełniejsze ucieleśnienie w systemie oświeconego absolutyzmu.

Te dwa sposoby rozumienia demokracji to zatem w pewnym uproszczeniu albo metoda możliwie skutecznego unikania konfliktu, zwłaszcza wojny domowej, albo pewien filozoficzny i swoisty cel, polegający na realizacji bardzo szczególnego systemu politycznego. To są zupełnie dwie różne rzeczy i myślę, że warto je odróżniać, i to w sposób zupełnie zasadniczy.

Wydaje się jednak, że dziś ludzie bynajmniej nie interesują się sprawowaniem rządów, osiąganiem tego szlachetnego celu, o którym Pan mówi, a jedynie zaspokojeniem swoich prywatnych interesów, przyjmujących np. formę niczym nieograniczonej konsumpcji.

Demokracja zawsze będzie podszyta jakąś formą utylitaryzmu, tzn. dążenia do przyjemności i do dobrobytu. Nie ma w tym zresztą nic specjalnie złego, nie ma co ludzi potępiać z tego powodu. Według mnie odchodzi się natomiast od przekonania, że to konsumpcja jest największą przyjemnością. Chodzi mi o to, że przyjemności przyszłości, jeśli można tak powiedzieć, będą inne po prostu, nie mówię, że radykalnie odmienne, ale inne. Gdybym chciał to powiedzieć dobitnie, to posłużyłbym się lekturą, która jest tu niesłychanie cenna i nie dość jak myślę szanowana, a mianowicie Kulturą jako źródłem cierpień Freuda. Jeżeli czytamy Freuda dzisiaj, po 100 latach, to zgadzamy się, że zasada, którą ten pesymistycznie opisuje – że całe nasze życie spędzamy na próbach unikania cierpienia, a nie na dążeniu do przyjemności – ciągle funkcjonuje, choć cierpienia i przyjemności, jakich dziś doznajemy, są już zupełnie inne. To też przyczyna, dla której być może dojdzie do zmiany. Utylitaryzm jest przy tym wygodny dla rządzących, bo rządzonym nie chce się uczestniczyć w życiu publicznym.

Zatem wraz ze zmianą naszych potrzeb odrzucimy partykularne interesy i wrócimy do demokratycznego ideału, tego swoistego powołania człowieka?Odpowiem nie wprost. Mówiliśmy już o tym, że według niektórych teoretyków demokracja jest pewnym mechanizmem organizacji wspólnoty politycznej. W gruncie rzeczy demokracja jest sposobem unikania konfliktów wewnętrznych, a przede wszystkim wojny domowej. Proszę jednak zwrócić uwagę na to, że filozofowie polityki, którzy rozpoczęli ten wątek rozważań, wśród nich najważniejszy jest zaś Hobbes, w ogóle nie myśleli o demokracji. Uważano po prostu, że tego rodzaju konflikt da się zażegnać bez jej wprowadzania. I tu pojawia się drugi nurt, który przedstawia demokrację jako pewien bardzo ambitny plan. Sam zaliczam się do jego zwolenników. Dzieje się tu rzecz dość interesująca. Otóż od wielu lat współcześni filozofowie, od Schmitta przez Straussa, Oakeshotta, Sartoriego, aż po Manent, czytają tego samego odrzucającego demokrację Hobbesa i znajdują w nim wiele cennych także dla nas, demokratycznego ludu, idei. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że Hobbes podsunął nam rozwiązanie, które jest całkowicie sprzeczne z demokracją; mianowicie, zastanawiając się nad tym, jak utrzymać stan polityczny, czyli wewnętrzny spokój w reakcji na wojny religijne, zaproponował wprowadzenie pewnej formy władzy oświeconej i absolutnej zarazem, władzy pilnującej obywateli, tak by ci nie robili rzeczy nierozsądnych po prostu, zakazującej im np. niedotrzymywania umów. Obecnie odnajdujemy u niego jednak myśli, które mogą się nam przydać w pogłębieniu naszej refleksji o współczesnej demokracji. Chodzi mi tu przede wszystkim o szukanie nowych korzeni wzajemnych zobowiązań lub – by wyrazić się nieco bardziej ryzykownie – korzeni pewnych filozoficznych podstaw zasady solidarności społecznej, już nie całkiem pragmatycznych, jak do tej pory, ale zakładających, że świadczenie wzajemne jest zasadą życia społecznego, tzn. wszyscy rozumieją, że działanie zbiorowe przysparza wszystkim dodatkowych korzyści. Innymi słowy, gdy dziś obserwujemy nawrót do koncepcji demokracji deliberatywnej, to czerpiemy właśnie z idei mówiącej, że wszyscy będziemy lepiej się wzajemnie rozumieli, że osiągniemy większą korzyść, jeśli zaczniemy ze sobą rozmawiać, że wówczas z tej rozmowy wyniknie jakiś skutek. Ten pogląd jest niesłychanie szlachetny, tkwi w nim tylko jeden problem, tj. kwestia ludzkiej racjonalności. Idea demokracji deliberatywnej i idea demokracji filozoficznej w ogóle, takiej jak ją sobie wyobrażał Rousseau w jednej z wersji, a w innej Hannah Arendt, są oparte na założeniu, że ludzie będą działali z pobudek racjonalnych, że są rozumni i że dobrze rozumieją interes…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak pamiętamy o Żydach?