Tęsknota za źródłem jest jedną z podstawowych tęsknot człowieka. Czujemy, że strumienie i rzeki, nad których brzegami siedzimy i płaczemy, niosą wody zanieczyszczone i mętne, a prawda w nich jest rozcieńczona i niedostępna.
Co oznacza źródłowość w przypadku Biblii? Odpowiedź może iść w dwóch kierunkach. Biblia jest tekstem spisanym, zbiorem tekstów, a więc źródłowość oznaczałaby tu tekst nieskażony, czysty, pierwotny. Biblia jest też tekstem czytanym, a więc źródłowość oznaczać może lekturę, która sięga sensu podstawowego, niezabrudzonego późniejszymi interpretacjami, zmianą kontekstu i niezrozumieniem. Czy te dwie tęsknoty, poszukiwanie źródłowego tekstu i lektury, są nadziejami, które można spełnić? Wydaje się, że obok tego pytania pojawia się ważniejsze: czy należy je spełniać?
Proponuję pewien niegroźny, jak sądzę, eksperyment myślowy. Wyobraźmy sobie mianowicie przez moment sytuację, w której nagle otrzymujemy nowe tłumaczenie Pisma św., które jest wierne oryginałowi: czytając je, dotykamy tych samych znaczeń co w tekstach pierwotnych, nie istnieje już żadna bariera, która odgradzałaby nas od prawdziwej mowy Boga. Czy to nam wystarczy, by sięgnąć do źródła? Oczywiście tekst staje się żywy w lekturze, a nasza lektura jest lekturą ludzi współczesnych, innych niż wspólnota, która czytała Biblię przed wiekami. Czy znając prawdziwe brzmienie tekstu, potrafilibyśmy lepiej go czytać? Zapewne kilka wątpliwości by się wyjaśniło, może kilka lub kilkadziesiąt scen nabrałoby innego znaczenia. Czy jednak sięgnęlibyśmy źródeł? Chyba towarzyszyłoby nam poczucie, że jesteśmy dopiero w połowie drogi, że pierwsze chrześcijańskie gminy inaczej czytały świeżo napisane Ewangelie niż my dzisiaj. Zatem wyobraźmy sobie, że oto zyskujemy możliwość takiej „prawdziwej lektury”, zyskujemy możliwość wejścia w kontekst, który odsłania źródłowe sensy Biblii. To eksperyment jeszcze bardziej fantastyczny. Ale załóżmy, że jesteśmy w lekturze Biblii najbliżej źródła, jak to tylko możliwe. Czy rzeczywiście mamy prawo sądzić, że bylibyśmy bliżej prawdy? Jakiej prawdy? Jakiego źródła? Mam nieodparte wrażenie, że dysponując takim tekstem i takimi możliwościami lektury, jak w powyższym eksperymencie, dalej mielibyśmy poczucie, że jesteśmy co najwyżej w dobrym punkcie, by do źródeł wyruszyć. Czym byłyby te źródła? Sensem, który może się ujawnić. Rozumieniem, które zmienia życie. Czulibyśmy, że jesteśmy bliżej, może dużo bliżej niż poprzednio. Ale to jeszcze nie jest źródło.
Ciągłe lektury Biblii, powracające w liturgii lekcje tych samych fragmentów, homilie i katechezy analizujące sceny znane od lat, przywołujące te same cytaty – to wszystko, co jest obecne w tradycji Kościoła, odsłania nie tylko treści, które zawiera Pismo Św. W tym ujawnia się przede wszystkim nasz sposób doświadczania sacrum.
Pewne opowieści Starego i Nowego Testamentu znamy od dziecka. Potrafimy opowiedzieć ewangeliczne perykopy, przesłanie przypowieści, wybrane historie patriarchów i proroków. Jednak w życiu duchowym ustawicznie powraca się do tych samych fragmentów, jakby ta wiedza była niewystarczająca, jakby wymagała ciągłego odświeżenia. Co dodaje do naszego rozumienia danej historii kolejna lektura? Czy dowiadujemy się czegoś nowego? Co więcej, to „drążenie Pisma” nie kończy się na lekturze. Powstają nowe tłumaczenia, bibliści nie ustają w swej hermeneutycznej pracy. Wydaje się, że wszystkim tym działaniom towarzyszy silne przekonanie, iż trzeba dotrzeć jeszcze głębiej, sięgnąć samego źródła. Co znaczy zatem: sięgnąć do źródła?
Sądzę, że w samym sięganiu do źródła ujawnia się więcej, niż na ogół zauważamy. Oznacza ono bowiem, że ciągle mamy poczucie, że jeszcze nie dotarliśmy jeszcze do źródłowego doświadczenia mowy Boga. Człowiek powracający do Biblii żyje w przekonaniu, że jeszcze nie sięgnął, jeszcze nie dotknął Tajemnicy. Skoro jednak opowieści, do których powracamy, są znane, cóż jeszcze pozostaje do odkrycia? Czy liczymy, że kolejne tłumaczenie nagle wywróci nasz obraz historii Abrahama, Dawida i Natana czy spotkania Jezusa i Samarytanki przy studni? Chyba nie. To uporczywe dążenie ujawnia jednak pewien istotny rys doświadczenia sacrum, które jest nieusuwalnym doświadczeniem Tajemnicy.
Tajemnica nie wynika z niedopowiedzenia, nie jest wynikiem niedokładności tłumaczenia. Tajemnica Pisma nie jest zagadką, którą będziemy mogli kiedykolwiek rozwiązać, zadowoleni, że niejasne i niezrozumiałe uczyniliśmy „jasnym i wyraźnym”. Nasze dążenie do jasności i jednoczesne tkwienie w półmroku chyba najlepiej opisuje ten rodzaj doświadczenia sacrum. Symbole biblijne nie zostaną przetłumaczone na jasne pojęcia, nikt nie rozprostuje ich, żebyśmy mogli klarownym językiem opowiedzieć to samo. Tajemnica wydarza się właśnie w tych symbolach, a nie poza nimi. Doświadczyć jej źródłowo dzięki Pismu, to doświadczyć nie krystalicznej przejrzystości, ale właśnie pewnego mroku.
Próbując zatem odkryć źródło, uświadamiamy sobie, że ono zawsze pozostanie zakryte.Są ślady mowy Boga, ślady dane w symbolach i opowieściach. Źródłowość byłaby więc doświadczeniem owej skrytości. Widzimy strumień, źródła pozostają w głębi ziemi. Coś, co wydawało się źródłem, co u początku drogi wyglądało na absolutny początek, nie jest miejscem, gdzie woda się rodzi. Jest jedynie miejscem, gdzie ona wytryska ze skały. Ale wiemy, że w głębi góry płyną strumienie, do których nigdy nie dotrzemy. Można wskazywać na rozmaite przykłady, można badać hermeneutycznie dwuznaczną, tajemniczą strukturę symboli w języku biblijnym. Chcę zaproponować inną drogę. Ta…