Dyskusja, jaka przetoczyła się przez Polskę przy okazji głosowania projektów ustawy o związkach partnerskich, mogłaby być jedynie kolejnym przykładem na nasze lokalne wojny kulturowe, gdyby nie fakt, że wpisuje się w szerszy kontekst zmian prawnych, burzliwych debat i tłumnych manifestacji niezadowolonych obywateli w innych państwach. Mimo że każdy kraj, w którym toczą się te spory, jest na innym etapie prac nad kształtem prawa, wydaje się, że argumentacja poszczególnych grup wpisuje się w większą, ponadnarodową narrację. Być może właśnie dlatego w Polsce projekty, które nie wspominają nawet o adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, budzą lęk przed taką możliwością – przecież we Francji zaczęło się od niewinnych, choć też pierwotnie budzących kontrowersje, paktów cywilnych solidarności (PACS), które regulowały takie kwestie jak korzystanie z ubezpieczenia społecznego partnera czy wypłacenie zasiłku pogrzebowego, a skończyło się w kwietniu tego roku przyjęciem przez francuski parlament prawa zezwalającego na małżeństwa i adopcje dzieci przez pary jednopłciowe. Można więc spodziewać się, twierdzą zaniepokojeni, że w Polsce także nie skończyłoby się na uregulowaniu kwestii spadkowych i ubezpieczeniowych. A to właśnie rysujące się na horyzoncie regulacje dotyczące sytuacji dzieci wydają się budzić największe kontrowersje. Argumentem za taką tezą jest choćby sytuacja Francji posiadającej od kilkunastu lat wspomniany już PACS, gdzie dopiero prawo do małżeństw i adopcji dla osób homoseksualnych skłoniło licznych obywateli, żeby swoje oburzenie wyrazić na ulicach.
Które dobro?
Kwestii związków partnerskich i małżeńskich dla osób homoseksualnych nie należy oczywiście sprowadzać jedynie do sytuacji dzieci, ale nawet gdybyśmy na potrzeby tego tekstu założyli, że jedynie ten problem należy rozstrzygnąć, i tak nie ułatwiłoby to nam zadania. Wydaje się, że zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy nowej instytucji uważają dobro dzieci za niezwykle istotne. Trudność polega na tym, że inaczej to dobro definiują.
Z jednej strony mamy przeciwników wychowywania dzieci przez osoby homoseksualne, twierdzących, że brak dwojga rodziców różnej płci może być dla rozwoju dziecka szkodliwy. Można przeczytać o tym m.in. w dokumencie wydanym przez Kongregację Nauki Wiary w 2003 r. Uwagi dotyczące projektów legalizacji prawnej związków między osobami homoseksualnymi: „Jak pokazuje doświadczenie, brak dwubiegunowości płciowej stwarza przeszkody w normalnym rozwoju dzieci, ewentualnie włączonych w takie związki. Brakuje im doświadczenia macierzyństwa albo ojcostwa. Włączenie dzieci do związków homoseksualnych na drodze adopcji oznacza w rzeczywistości dokonanie przemocy na tych dzieciach w tym sensie, że wykorzystuje się ich bezbronność dla włączenia ich w środowisko, które nie sprzyja ich pełnemu rozwojowi ludzkiemu”.
Przekonanie o istnieniu niemożliwych do zatarcia różnic między płciami nie musi jednak wcale opierać się na nauczaniu Kościoła i jego dokumentach. Sylviane Agacinski, francuska filozof, która nie odrzuca teorii gender i aktywnie popiera dążenia feministek w zrównaniu praw kobiet i mężczyzn, podkreśla, że wiedza o mechanizmach konstruowania społecznych ról kobiet i mężczyzn (niewynikających z natury), nie może przesłaniać znaczenia płci biologicznej. Podczas konferencji zorganizowanej w ramach Francuskich Tygodni Społecznych w Paryżu w listopadzie 2012 r., Agacinski przekonywała, że „dwie płcie nie są w porządku pożądania, rozmnażania i rodzicielstwa ani wymienne, ani równoznaczne”. Agacinski, która wiele lat swojej pracy poświęciła na analizowanie znaczenia różnicy płci, twierdzi, że już samo istnienie heteroseksualizmu i homoseksualizmu dowodzi, że różnica między płciami definiująca to, kim jesteśmy, istnieje realnie i nie może być postrzegana jako kwestia umowna lub czysto filozoficzna.
Po drugiej stronie sporu o wychowywanie dzieci przez pary jednopłciowe najważniejsze wydają się argumenty praktyczne – osoby homoseksualne po prostu mają dzieci i je wychowują. Odpowiedzi domaga się więc nie pytanie o to, czy gej lub lesbijka może mieć dziecko. Wyzwaniem jest raczej to, jak takim dzieciom zapewnić prawną ochronę i najlepsze warunki do rozwoju w domu, ale i w społeczeństwie. Wbrew temu, co można przeczytać we wspomnianym dokumencie Kongregacji Nauki Wiary, wiele organizacji zrzeszających specjalistów zajmujących się zdrowiem psychicznym i rozwojem dzieci pozytywnie ocenia sytuację dzieci wychowywanych przez pary jednopłciowe. Co więcej, niektóre rekomendują wprowadzanie praw pozwalających na zawieranie małżeństw takim parom, ponieważ zwiększa to stabilizację i poczucie bezpieczeństwa wśród dzieci. W marcu tego roku Amerykańska Akademia Pediatryczna, organizacja naukowo-badawcza i edukacyjna, wydała raport Promoting the Well-Being of Children Whose Parents Are Gay or Lesbian [Wspieranie dobra dzieci, których rodzice są homoseksualni], w którym stwierdza: „Brak możliwości zawarcia małżeństwa w parach jednopłciowych przyczynia się do zwiększenia stresu, który wpływa na zdrowie wszystkich domowników. Ponieważ małżeństwo wzmacnia rodzinę, a przez to stwarza lepsze warunki dla rozwoju dziecka, nie powinno się dzieciom odbierać możliwości dorastania pod opieką rodziców, którzy są małżeństwem”. Akademia stwierdza jednocześnie, że 30 lat badań dowodzi, że dzieci osób homoseksualnych mimo społecznej stygmatyzacji rozwijają się poprawnie i potrafią dobrze radzić sobie z problemami.
Warto przy tej okazji też podkreślić, że nie wszyscy w Kościele podzielają lęki wyrażone przez Kongregację Nauki Wiary w Uwagach dotyczących projektów legalizacji prawnej związków między osobami homoseksualnymi. Przykładem jest tu choćby s. Véronique Margron, francuska dominikanka, wykładowca teologii moralnej i była dziekan wydziału teologii na uniwersytecie w Angers. W wywiadzie z 15 października 2012 r. dla francuskiego magazynu „Pèlerin”, Margron powiedziała: „Nie podważam kompetencji rodzicielskich osób homoseksualnych ani tego, że ich miłość jest prawdziwa. Nie mam do tego żadnego prawa. Nurtuje mnie inne pytanie – o to, czy przesuwanie granic nie doprowadzi do całkowitego zerwania relacji między rodzicielstwem biologicznym a rodzicielstwem w sensie prawnym”.
Wypowiedź teolożki pokazuje, że w dyskusji o osobach homoseksualnych i ich dzieciach należy wydzielić dwie płaszczyzny, które nie do końca się pokrywają. Pierwsza z nich to kwestia rozwiązań praktycznych – tworzenia odpowiednich warunków do prawidłowego rozwoju dzieci, m.in. stabilizacji w rodzinie. Bez wątpienia jest to kwestia priorytetowa. Druga, nie mniej ważna, dotyczy namysłu na nowo nad tym, co to znaczy być rodzicem. Jaką rolę odgrywa biologia, a jaką prawo? Jak rozdzielanie tych porządków wpłynie na kształt rodziny i sytuację dzieci w przyszłości?
Skąd się biorą dzieci?Przeciwnicy wychowywania dzieci przez osoby homoseksualne zdają się ignorować fakt, że w wielu przypadkach rodzice o orientacji homoseksualnej są rodzicami biologicznymi, którzy tworzyli wcześniej związki heteroseksualne. Mogą więc dziwić transparenty niesione niekiedy w proteście przeciw nowym projektom ustaw, na których widnieją napisy „Nie oddamy wam naszych dzieci”. Osobom homoseksualnym dzieci nie trzeba „oddawać”, wystarczy zaakceptować fakt, że one już u swoich rodziców są. Nawet prawo do adopcji nie musi wcale oznaczać, że osoby homoseksualne będą wychowywać obce dzieci. Ta regulacja najbardziej potrzebna jest po to, żeby parter lub partnerka homoseksualnego rodzica biologicznego mógł lub mogła stać się opiekunem prawnym dziecka, które współwychowuje. Budowanie prawnie…